Gdyby istniały wzorce skromności, prostoty, dobroci, uczciwości, altruizmu, bezinteresowności, uczynności, chęci niesienia pomocy i paru jeszcze innych, uważanych za wyjątkowo cenne cech, to każdym takim wzorcem mogła by być Wiesława Dembińska. Gdyby próbowano zmierzyć poziom tych cech u różnych ludzi, jakimś porządnych analogowym miernikiem dźwiękowym, to Pani Wiesia każdą skalę przekroczyłaby swobodnie o kilka jednostek, oczywiście bez żadnych zniekształceń, tak właściwych przesterowaniom.
Kilka dni temu (14.08.2025) Pani Wiesia odeszła do lepszego świata i mam nadzieję, że jest Jej tam naprawdę lepiej, bo ostatnie lata na ziemskim padole nie były dla Niej specjalnie lekkie i miłe. Niestety nie było też możliwe ulżyć Jej w niewygodach i cierpieniu, choć byśmy chcieli, chociaż w małym stopniu tak odwdzięczyć się Jej za to całe dobro, które za Jej pośrednictwem, spływało na każdego z nas.
Zaczynam od cech charakteru, nie dlatego, że jest to walor silniejszy od Jej cech zawodowych. Wiesława Dembińska, jest jednym z najwybitniejszych polskich reżyserów dźwięku, we wszystkich gatunkach filmowych i na przestrzeni wszystkich pokoleń. Jest autorką dźwięku do ponad 120 filmów. Wszystkie są produkcjami wzorcowymi i wyróżniają się tym szczególnym charakterem pisma: dbałością o szczegół, skromnością, prostotą i przez to… wielkością. Pani Wiesia! Wystarczy tak powiedzieć, aby każdy człowiek z branży wiedział o kogo chodzi, bo jest tylko jedna osoba, o której tak mówimy i to zawsze z szacunkiem i czcią najwyższą.
Wydział Reżyserii Dźwięku Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie (obecnie UMFC) ukończyła w 1962 r. Były to czasy, gdy na Wydziale nie było jeszcze sprzętu, ani pomieszczeń do nagrań. Dopiero chwilę później Uczelnia przeniosła się do znanego wszystkim budynku na ulicy Okólnik. Przekazywano wiedzę teoretyczną, a praktykę zdobywało się asystując starszym kolegom na planach filmowych, przy udźwiękowieniach i zgraniach filmów, nagraniach i emisjach radiowych, nagraniach muzycznych, a także w raczkującej telewizji, która w całości nadawała na żywo.
Wiesława Dembińska wybrała film, miejsce wyjątkowo dla słabej płci nieprzyjazne i trudne. Była jedną z pierwszych kobiet. Przed nią do WFDiF zawitała Halina Paszkowska, a dwa lata po niej Małgorzata Jaworska. Terminowała u Pani Haliny. Z Małgosią przyjaźniły się i współpracowały przez całe życie. Szybko kolejnych koleżanek nie przybywało. Kilka lat później pracę w filmie podjęła Krysia Pohorecka i dopiero pod koniec lat 70., można powiedzieć, że było nas około 10, oraz głównie Małgosie (Jaworska, Rok, Lewandowska, Przedpełska).
Jeszcze wtedy Wytwórnia bardziej przypominała fabrykę, czy warsztat, a na pewno nie marzenia o Hollywood. Początek lat 60. to dźwiękowy samochód, ciężarówka Lublin, pełniąca funkcję ciemni na kółkach, bo dźwięk nagrywano na światłoczułą taśmę perforowaną (tak jak obraz). W samochodzie znajdowała się też kamera dźwiękowa, w której eksponowano taśmę.
Magnetofon przed II wojną światową opracowali Niemcy. W ramach reparacji technologię i prawa do patentów przejęli alianci. To umożliwiło dostępność systemu na świecie. W latach 50. powstały wielkie magnetofony studyjne, ale też mniejsze przenośne, na których można było nagrać efekty dźwiękowe, atmosfery, bez synchronu z obrazem i pewnie WFD miała ich dwa, albo i jeden. Takim magnetofonami (wysokiej jakości) były pierwsze, reporterskie Nagry (1951), skonstruowane przez Stefana Kudelskiego.
Metodą połączenia zapisu magnetycznego z filmem był Perfectone, a więc ciężarówka Lublin, tylko kamerę zamieniono na magnetofon na perforowaną taśmę. Przewrotem kopernikańskim była Nagra III NP (1958), a za jej debiut kinowy można uznać film Marcela Camusa Czarny Orfeusz, który kręcono w 1959 r.. Do Polski Nagrę, przywiozła w 1963 r. Halina Paszkowska, po realizacji zagranicznego filmu, przy którym pracowała.
Nagra ważyła 6,36 kg i nawet słaba kobieta radziła sobie z takim sprzętem bez niczyjej pomocy. Oczywiście, kiedy ja trafiłam do WFDiF pod koniec lat 70. Wydział dźwięku miał Nagr kilkanaście. Nagry były długowieczne, z zasady się nie psuły. Jednak, kiedy do pracy przyszła Pani Wiesia, jeszcze przez kilka lat podstawowym sprzętem był samochód Lublin z zawartością. Sprzęt studyjny pochodził głównie z prywatnych reparacji, czyli szabru przywożonego przez filmowców z terenów poniemieckich.
WFDiF (wtedy WFD) specjalizowała się w filmach dokumentalnych i bardzo szybko trzeba było sobie radzić samodzielnie. Wiesława Dembińska jako operator dźwięku, pierwsze filmy zrobiła już w 1962 r. W wielu nie nagrywano dźwięku na planie. Nagrywano lektora, nagrywano, albo wybierano z fonoteki efekty dźwiękowe, często samodzielnie nagrywano skomponowaną do filmu muzykę. Całość z kilku taśm zgrywano w 10 minutowych rolkach, a aparatury nie można było zatrzymywać, ani niczego wgrywać czy dogrywać.
Wśród tych wymienianych w www.filmpolski.pl filmów jest np. Jazz in Poland (reż. Janusz Majewski, 1964), gdzie całość nagrań, w tym bardzo trudnych, muzycznych, powstała na planie, zorganizowanym na hali zdjęciowej. Muzycy gadali, grali, oczywiście improwizowali. W 1965 r. była autorem dźwięku do pierwszego filmu fabularnego dla telewizji, a rok później Bariery (reż. Jerzy Skolimowski). Cały czas pracowała przy kolejnych filmach dokumentalnych.
Rok 1969 to pierwsza współpraca z Andrzejem Wajdą – Wszystko na sprzedaż. Film nietuzinkowy, trudny, paradokumentalny, z częściowo improwizowanym dialogiem. W filmie są postsynchrony, ale jest też dużo materiałów 100%, których nagranie było wyjątkowo trudne. W kolejnych latach powstają Przekładaniec, Polowanie na muchy, Krajobraz po bitwie, Brzezina, Wesele, które autorka sama uważała za najtrudniejszy z zrealizowanych filmów i jako ostatnia Smuga cienia (1976).
O pracy nad Weselem, kiedyś opowiadał Stanisław Radwan. Muzykę nagrywano na planie. Łączono nagrania muzyczne z dialogami 100%. Kamera była prowadzona (Witold Sobociński) w rytm przygotowanych kompozycji. Przez cztery tygodnie pracowano w oryginalnych wnętrzach, aby później całkowicie przenieść się do hali zdjęciowej, gdyż reżyser stwierdził, że naturalne plenery są za mało kreacyjne. Mało pisze się o dźwięku do Wesela. Jest świetny, ale jeżeli się pomyśli, że wyszedł spod rąk tej drobnej, kruchej kobiety, od razu nasuwa się pytanie: Jak ona dała radę?
Wiesława Dembińska, była pierwszym filmowym operatorem dźwięku, którego nazwisko poznałam. W czasie nauki do egzaminów na studia, natrafiłam na informację, że na Lubuskim lecie filmowym (najstarszy polski festiwal, odbywa się od 1969), przyznano po raz pierwszy nagrodę za dźwięk. Był to dźwięk do Krajobrazu po bitwie. Byłam zawiedziona, kiedy okazało się, że autorki nie ma wśród egzaminatorów, a nawet pedagogów Wydziału, na który zdawałam. Pani Wiesia zaraz po studiach, przez krótki czas pracowała na uczelni, ale nie była etatowym pracownikiem. W czasie moich studiów pojawiła się na niej kilka razy, jako zastępstwo. Patrząc na spis jej filmowego dorobku, nie trudno się zorientować, że nawet, gdyby chciała, to niewiele miała by na karierę uczelnianą czasu.
W 1970 r. Wiesława Dembińska po raz pierwszy realizowała dźwięk do filmu fabularnego Życie rodzinne, dla Krzysztofa Zanussiego. Wcześniej współpracowali przy kilku filmach dokumentalnych (Krzysztof Penderecki, 1968) i szkolnych etiudach (Śmierć prowincjała, 1965). Pan Krzysztof stał się głównym reżyserem w jej karierze (Za ścianą, Die Rolle, Iluminacja, Hipoteza, Bilans kwartalny, Spirala, Kontrakt, Constans, Mein Krakau, Giovanni Paolo II, Rok spokojnego słońca, Życie za życie, Maksymilian Kolbe; Witold Lutosławski w rozmowie z Krzysztofem Zanussim, Dotknięcie ręki).
W filmach zagranicznych reżysera, nie zawsze wymieniana jest funkcja dźwięk, a więc i Jej nazwisko, ale przez wiele lat zawsze mu w pracy towarzyszyła. Wspominał, że bardzo cenił sobie odważne działania na rzecz nagrań 100%, które w przypadku jego filmów i swobody aktorów w interpretowaniu, a nawet improwizowaniu dialogów, były walorem nie do przecenienia. W Barwach ochronnych (1976) wykorzystano mikroporty, do sceny w której bohaterowie jadą na rowerach. Trudno sobie wyobrazić, mikrofoniarzy goniących rowerzystów z mikrofonami na tyczkach. Natomiast mikrofony bezprzewodowe, były jeszcze mocno awaryjne i nieprzewidywalne. Trzeszczały, anteny traciły zasięg, nadajniki działały tylko w małym promieniu. Każdy boczny ruch, czy obrót aktora powodował, że sygnał się urywał. Scena okazała się sukcesem technicznym, a artystyczne zyski były nie do przecenienia.
Niewiele razy miałam okazję współpracować z Wiesławą Dembińską, ale zdarzyło mi się to w 1981 r., przy filmie Marii Kwiatkowskiej Kto ty jesteś… (Polaków portret własny), jako montażystka dźwięku, a raczej muzyki, bo muzyka Zygmunta Koniecznego, była całym dźwiękiem do tego filmu. Tylko i aż, bo składała się z ponad 300 fragmentów i to był powód, dla którego filmu nie chciał robić nikt z doświadczonych kolegów.
Nam płacono honoraria za czas trwania dzieła. W tym przypadku były to 24 minuty, ale układałyśmy z montażystką (Ludmiła Godziaszwili) muzykę i obraz tak długo, aż powstał polonez, a ujęcia zmieniały się na mocnej części taktu. Zajęło nam to miesiąc. Cały czas towarzyszyła mi pani Wiesia, chętna do pomocy, przepisania potrzebnego fragmentu, pokazania na sali synchronizacyjnej kawałka gotowego filmu. Oczywiście z kanapkami, ciasteczkami i robiąca wszystkim herbatę. Nigdy nikt ani wcześniej, ani później nie otaczał mnie taką opieką. No chyba, że pracowałam z Panią Wiesią.
Tak było przy dziełach wielkich (Lider, reż. Andrzej Trzos Rastawiecki, opracowanie dźwiękowe Marta Broczkowska, 1990) i takich, o których film polski nie wspomina (Lato Muminków, reż. Krzysztof Żurowski). Praca z Panem Andrzejem była testem cierpliwości, bo w trakcie zgrań i montażu dźwięku zmieniał obraz, co w eksperymentalnej technologii tego okresu było działaniem samobójczym. Podziwiałam Jej nieugiętą pogodę ducha, bo Ona płaciła cenę najwyższą. Pracowałyśmy po nocach, ale film nie trafił na festiwal, który miał szanse wygrać, bo nie zdążono z obrazem.
Na planie Pani Wiesia miała zawsze dodatkowe kanapki, bo ktoś mógł zapomnieć, albo zjeść swoje i zgłodnieć. Była skłonna podzielić się wszystkim, nawet jeżeli sama miała niewiele. Mówiono, że jej mikrofoniarz (Kazio Kucharski) jest rozbestwiony jak dziadowski bicz, ale ja także z nim pracowałam. W obecności całej ekipy zostałam pouczona w sprawie właściwego zwijania kabli i przeszłam szkolenie praktyczne, ale rzadko który z jego kolegów pracował tak wydajnie, skutecznie i bez potrzeby żadnych instrukcji ze strony operatora dźwięku.
Przy filmach fabularnych spotykałyśmy się tylko wtedy, gdy zastępowałam chorą Małgosię Jaworską (Wherever You Are, 1988, Stan posiadania, 1989), albo był to fragment większej całości (serial Napoleon, 1990), którą prowadziłam jako konsultant. Była aktywna przy mierzeniu i planowaniu muzyki, nawet, jeżeli podróżowałyśmy do Łodzi. W nagraniach nie brała udziału, ale towarzyszyła mi przy montażu muzyki i była bardzo otwarta na wszelkie, nawet rewolucyjne pomysły. Oczywiście były kanapki, ciasto i herbata.
Z tego okresu pamiętam wspólną podróż z pracy na Żoliborz, gdzie obie mieszkałyśmy, jej trabantem. Jechałyśmy ul. Mickiewicza, a na Placu Wilsona skręciłyśmy w ul. Słowackiego. Nad jezdnią natura odsłoniła przepiękny widok chmur i zachodzącego słońca. Niech Pani spojrzy: The Magic Hour. Dla mnie czas spędzony z Panią Wiesią to były zawsze takie magiczne godziny, dni, tygodnie i lata.
Na początku lat 90. Wiesława Dembińska odeszła na emeryturę. W tym czasie była taka możliwość (55 lat) dla kobiet uprawiających nasz zawód. Była samotna, ale opiekowała się mieszkającą z nią ciocią, kuzynką z Mariensztatu, a pewnie także innymi osobami, bo zawsze komuś służyła swoim sercem i pomocą. Nie spotykałyśmy się wtedy często, ale jedno spotkanie było niesamowite. Krzysztof Zanussi obchodził swoje imieniny w ogrodzie niedokończonego jeszcze, ale zamieszkałego domu w Laskach.
Było mnóstwo osób, ogromne zamieszanie. Naczynia i potrawy, rozwożono specjalnie w tym celu zakupioną taczką. Przelotne opady deszczu kazały nam ukrywać się pod plandekami. I nagle w posiadłości pojawiła się samotna rowerzystka. Szczupła, niepozorna. W brązowych spodniach, sweterku i kasku. To była Pani Wiesia. Przyjechała do Lasek z Żoliborza, aby wziąć udział w imprezie. To był 2008 r., a więc rowerzystka miała 72 lata. Tak Ja zapamiętam.