Król chaosu i bałaganu. Nagrastory 1

Król chaosu i bałaganu. Nagrastory 1

Biuro pana Kudelskiego, było już wcześniej splądrowane i niczego nie można było tam znaleźć

Cytat pochodzi z książki Marii Anny Macury – Nagrastory

Tak tłumaczył się zdziwionym policjantom, złapany po włamaniu do biura konstruktora, rzezimieszek. Nie mogli zrozumieć, dlaczego, skoro się włamywał i nie szczędził sił i środków, aby zdobyć cenną dokumentację, to opuścił miejsce przestępstwa z pustymi rękami? Żona Stefana Kudelskiego (i autorka wspomnianej książki) twierdzi, że gabinet szefa, miał wygląd normalny. Tak straszliwy bałagan robił wokół siebie nasz geniusz i żadne starania organizacyjno-porządkowe nie przynosiły nigdy żadnych rezultatów. On z kolei ripostował, że bałaganiarstwo uratowało go, przed utratą cennych danych. Co prawda, to prawda. Najważniejsze, że on w tym rozgardiaszu umiał pracować, a jego pomysły były klarowne i dopracowane.

Większość Polaków nie ma świadomości, że ktoś taki jak Stefan Kudelski istniał, oraz jakie są jego dokonania. Ale podobnie niewiedzą nic o Kazimierzu Pruszyńskim czy Bolesławie Matuszewskim, jeżeli wspomnimy wyłącznie pionierów światowego kina. Super więc, że taka książka powstała (wyd. Muzeum Kinematografii w Łodzi). Niestety została wydała w niewielkim nakładzie, co nie daje szans na szerokie rozpowszechnianie, ale też pewnie żaden z wielkich graczy, nie był nią zainteresowany, bo skoro o nieznanego faceta chodzi… A szkoda.

Rzecz jest w zasadzie beletrystyczna, na co wskazuje podtytuł i informacje na tylnej okładce. Zgodnie z moją stałą dewizą, na każdy temat potrzebne są książki bardzo naukowe, popularno-naukowe, techniczne i historiograficzne, a wreszcie popularne i beletrystyczne, a nawet fabularyzowane i koloryzowane. To pozwala spojrzeć na bohatera z różnych stron i przede wszystkim wyrobić sobie zdanie, znaleźć swój punkt widzenia, a przy okazji zobaczyć go w szerszym kontekście historii, sytuacji geopolitycznej czy rodzinnej. Może to choroba zawodowa konsultantów muzycznych, ale ja najcenniejsze wiadomości znajduję zawsze w miejscach kompletnie nieprzewidywalnych i nie są to przeważnie opasłe naukowe dzieła wielkich autorów, a książki obyczajowe, pamiętniki, kryminały. Gdzieś znalazłam karnecik z balu, w innym miejscu opis wędrującej przez pola żydowskiej kapeli, a w muzeum regionalnym unikatowy zegar z pozytywką z interesującej mnie epoki. Każdy ma swoje przyjemności.

Nagrastory to opowieść lekka, wielowątkowa, utrzymana w stylu rodzinnych wspomnień. Świat obserwujemy z punktu widzenia bohatera, aktywnego emeryta, już po zakończeniu kariery zawodowej. Całość wkomponowana jest w rodzinne wakacje w posiadłości na południu Francji i rejs po Morzu Śródziemnym, w którym uczestniczą dwie cioteczne siostry bohatera i jego żona (córka jednej z sióstr) oraz jej dwóch synów, kilkunasto- i dwudziestokilkuletni. Książkę przeczytałam z zapałem, na pewno będę do niej wracać, bo zawiera wiadomości na wagę złota, ale pozostałam z ogromnym niedosytem.

Może zmylił mnie tytuł, bo nie przewidziałam, aż tak wielu rodzinnych dygresji, a liczyłam na opowiadania bardziej dotyczące genialnego konstruktora i powstawania Nagry. W odróżnieniu od większości Polaków, moja wiedza o Stefanie Kudelskim od lat istniała, ale ogrom niewiedzy był i tak wielki. Teraz wiem więcej, ale pozostaję ze świadomością, że mnóstwa rzeczy powinniśmy się jeszcze dowiedzieć. Pewne nadzieje robią uwagi autorki o powstających w czasie rejsu pamiętnikach mistrza, czy notatkach, pisanych po francusku i w typowym dla niego chaosie, które należało by uporządkować i przetłumaczyć na polski. Niech tak się stanie i oby jak najprędzej. Może z pomocą filmoznawców, specjalistów od realizacji i inżynierii dźwięku. Bo był to człowiek niezwykły i większość Polaków powinna móc być z takiego rodaka dumna.

Meandry polskiej skomplikowanej historii powodują, że co jakiś czas, gdy zmienia się ustrój lub rządząca ekipa, pojawia się światła myśl, aby lekko historię poprawić, a przede wszystkim zmienić gradację osób i wydarzeń ważnych. A niektórych, zbyt znacznych, ale za to niezgodnych z panująca ideologią, pogrążyć w niebycie. Nigdy się to w 100% nie udaje, ale zawsze zmienia optykę chociaż na jakiś czas. Stefan Kudelski znakomicie się do takiego niebytu nadawał, bo trudno było ekipie powojennych przywódców PRL być z niego i jego rodziny dumnym i to pod każdym względem.

Przodkowie pochodzili z Kresów. Stanisławów, to dzisiejszy Nowo Frankowsk. Dawniej Galicja, dziś Zachodnia Ukraina. Rody jego rodziców były tam zasiedziałe, wykształcone i poważane. Technik odwiertów naftowych, naczelny architekt miasta, pisarz, książę, generał armii tureckiej, uczestnik powstania listopadowego, kolejny architekt, lekarz. Była babcia Węgierka i spolszczony Niemiec, bo Stanisławów był tyglem w którym mieszały się rożne kultury i narodowości. W ich domach bywali ludzie światli i ciekawi. Artyści, literaci (Jan Kasprowicz, Stanisław Przybyszewski), plastycy. Bardzo przykładano wagę do nauki języków obcych oraz szeroko pojętej wiedzy i wykształcenia (także kobiet). Matka Stefana (Irena) mówiła płynnie po węgiersku, była doktorem antropologii, siostra jego ojca (Anna) studiowała medycynę w Wiedniu.

Po odzyskaniu niepodległości część rodziny pozostała na Kresach, a rodzice Stefana (Tadeusz, architekt, brał udział w obronie Lwowa i był adiutantem Kazimierza Bartla, z żoną Ireną z Ulbrichów) oraz wujostwo (Henryk Le Brun – lekarz z żoną Anną z Kudelskich) osiedli w Warszawie. Dołączyli do nich dziadek (Jan Tomasz Kudelski, architekt, z żoną Olgą z Wilczyńskich). W okresie międzywojennym, warszawskiej części rodziny powodziło się świetnie. Dzieci chodziły do prywatnych szkół i tradycyjnie od małości uczyły się języków obcych (zajmowały się tym popołudniami stosowne bony). Irena prowadziła salon dla śmietanki towarzyskiej Warszawy i jeździła po mieście Buickiem. Chrzestnym Stefana był prezydent Warszawy, Stefan Starzyński. Ojciec zrobił karierę urzędniczą, wuj był dyrektorem szpitala, a dziadek pracował w Ministerstwie Robót Publicznych i Komunikacji. Dla swoich dzieci (Tadeusza i Anny) wybudował dwie wille na Mokotowie.

Kiedy Stefan miał 10 lat wybuchła II wojna światowa. Ojca ewakuowano z Warszawy z ekipą rządową. Miał 45 lat i był wybitnym specjalistą od zarządzania przemysłem chemicznym, znanym w Polsce i za granicą. Po drodze, zabrał z wakacji w Stanisławowie żonę i syna. Niestety bez bagaży, a przede wszystkim bez finansowych zasobów. Razem dotarli do Budapesztu, skąd ojciec, udał się na wojnę. Matka Buickiem, przez Jugosławię i Włochy dotarła z dzieckiem do południowej Francji (Antibe), a z ojcem spotkali się w połowie 1940 r. w Vichy. Stamtąd większą grupą udano się w kierunku Hiszpanii, skąd wojskowi chcieli przedostać się do Anglii.

Stefan z matką zostali w Saint Antonin de Noble Val. Mieszkali w domu bez prądu, wody i łazienki. Chłopiec chodził do miejscowej szkoły, raczej marnej, ale intensywnie poprawiał swój francuski. Uczyła go też matka (historii) oraz póki nie wyjechali, znajomi rodziców (matematyka, fizyka, chemia) i brat matki Antoni (łowienie ryb i chemia, w tym produkcja materiałów wybuchowych). Ryby uzupełniały wyżywienie. Były też podstawą handlu wymiennego, czym zajmował się Stefan. Ojciec w Aix Le Bains organizował siatkę wywiadowczą. Matka z Antonim i Stefanem dotarli do niego rok później. Zamieszkali się w hotelu Savoy, przeznaczonym dla uchodźców z Polski. Stefan (12 letni) poszedł do szkoły. Edukację uzupełniali bliscy oraz co okazało się kluczowe i zaważyło na całym dalszym jego życiu, inni uchodźcy (inżynierowie). W ośrodku uruchomiono produkcję radioodbiorników i pozwolono mu w tym uczestniczyć. Zdobył też podręcznik do elektroniki i elektrotechniki (Guid Dunod) i rozpoczął samokształcenie (w języku francuskim) w tym zakresie.

Po pewnym czasie, ojca przeniesiono do Annemasse (granica francusko/szwajcarska), gdzie incognito zamieszkał z matką. Był oficerem polskim w służbie czynnej na terenie wroga, czyli szpiegiem, a więc dla bezpieczeństwa, syna wysłano do Instytutu Świętego Józefa w Thonon les Bains. Bywał u rodziców. Wykonywał też drobne zadania wywiadowcze (był mały i wyglądał na młodszego) np. opisywał transporty niemieckie przejeżdżające przez stację, czy przeprowadzał ludzi przez zieloną granicę do Szwajcarii. W 1943 r. doszło do wsypy. Całą siatkę trzeba było ewakuować. Ojciec z tajnymi dokumentami błyskawicznie znalazł się w Genewie. Stefan (14 lat) i matka, po różnych perypetiach dołączyli do niego, każde inną drogą, w drugiej połowie roku. Oboje rodzice zostali uhonorowani francuskim Krzyżem Wojennym.

W ten sposób rozpoczęło się życie w Szwajcarii. Rozwiązały się też moje zagadki: a skąd on się w tej Szwajcarii wziął i jak zdobywał wykształcenie? W miejscu gdzie zamieszkali mieścił się pchli targ, a więc Stefan kupował na nim różne części do swoich eksperymentów elektronicznych. Tam poznał innego pasjonata Michela Dovaz, którego ojciec został po wojnie dyrektorem Radia Genewa i dla którego powstała pierwsza Nagra (nie dla filmu jak wszyscy przypuszczają). Znaleziono szkołę, którą okazał się Instytut Florimont, prowadzony na wzór francuski. Zniżkę czesnego uzyskano w zamian za pracę syna, jako konserwatora urządzeń i instalacji elektrycznych. Z błogosławieństwem nauczycieli zmodernizował też szkolne laboratorium, w którym powstały jego pierwsze konstrukcje: elektrokardiograf i aparat do precyzyjnego regulowania czasometrów. To drugie urządzenie (generator kwarcowy) zostało opatentowane, a ponieważ wynalazca miał 15 lub 16 lat, dokumenty podpisała matka dziecka. Patentów Stefana, było już w tym czasie kilka!

Równolegle toczyło się normalne życie. Pieniędzy brakowało, a więc pani Irena zorganizowała przemytniczy interes. Dotarła do renomowanych producentów zegarków. Kupowała u nich części. Zadaniem syna było złożenie z nich prawidłowo działających chronometrów. To także bardzo się za chwilę młodemu konstruktorowi – wynalazcy przydało. Trzecim etapem był przerzut zegarków przez zieloną granicę do Francji. Tym zajmował się Stefan, ze starszym kolegą Michałem, który także odpowiadał za zorganizowanie kupców na trefny towar. Proceder był całkowicie nielegalny, chociaż zegarki działały prawdopodobnie nie gorzej niż fabryczne. Rozbawiła mnie dźwiękowa konkluzja kończąca to opowiadanie: Nie macie pojęcia jaki hałas robi setka tykających zegarków. Ano nie mamy, ale wyobraźnia podpowiada mi bardzo surrealistyczne wizje, włącznie ze znanym obrazem Salvadore Dali.

Po wojnie Stefan kontynuował naukę w Instytucie Florimont. Współpracował też z firmą pana Breslauera, przy niedokończonym projekcie Ignacego Mościckiego (zm. w 1946), dla której skonstruował kolejnych kilka urządzeń. W 1948 r. nasz bohater uzyskał szwajcarską maturę i mógł rozpocząć studia politechniczne. Na razie władze PRL nie zdawały sobie sprawy z jego istnienia, chociaż rodzice na pewno nie byliby powitani w PRL z radością. Wystarczyło cztery kolejne lata, żeby wszelkimi siłami zaczęto i jego wymazywać z kart polskiej historii.