Studio Sonoria

Kopia Mistrza

Przez blisko 10 lat pracowałam w ITI Film Studio, jako Sound Supervisor, czyli osoba odpowiedzialna za wszystko co słychać, a nawet więcej. Zajmowałam się regulowaniem praw autorskich, a jak nastały, także praw pokrewnych. A przede wszystkim, miałam za zadanie takie zagrożenia wychwytywać już na etapie produkcji, lub najlepiej przed. To były czasy, w których nie było wielkich agencji reklamowych, domów produkcyjnych itp. Do naszego studia przychodził klient, często osobiście. Produkował super stoliki, piece akumulacyjne lub kasetony z główkami wawelskimi z plastiku, które można było przykleić sobie do sufitu, albo zakładał anteny satelitarne. Później miał przedstawicielstwo Sony, Panasonic, Pumy czy był dyrektorem fabryki Mazowszanki, Sofixów (polskie Adidasy) albo i Baltony. Hitachi reprezentowało osobiście ITI i także zlecał to do Studia reklamy. 


No i kiedyś przyszedł taki pan co reprezentował zawodowe kolorowe kserokopiarki, nawet nie pamiętam jakiej firmy. Miał zarys pomysłu, z którego chciał żebyśmy coś zrobili, a przede wszystkim miał wymarzoną muzykę. Piosenkę Jej portret J. Kofty i W. Nahornego. Dlatego znalazłam się na spotkaniu z klientem już po kilku minutach. No i wiedział wszystko najlepiej, przynajmniej do pewnego czasu. Wyszło na to, że mam tę piosenkę za wszelką cenę kupić, a potem zatrudnić kompozytora, żeby zrobił odpowiedni aranż i nagrać to do gotowego obrazu. Co do treści, tajnej oczywiście, powiedziano mi tylko, że będzie o tym jak ta super maszyna zrobiła kopię Damy z łasiczką, czy Mona Lizy (no tej co jest w Sukiennicach) i nie można było odróżnić jej od oryginału. – Na płótnie zrobiła? – Nie na papierze, ale całkiem identyczną. Jasne jak słońce. Witamy w egzotycznym kraju. 


W zaistniałej sytuacji postanowiłam nie demaskować się ze swoją wiedzą, że jedna to na Wawelu (ewentualnie w Puławach), a druga w Luwrze, a nawet powszechnie wiadomo, która gdzie, bo po co to komu, i poszłam dzwonić do kompozytora oraz żony Jonasza Kofty, czyli spadkobierców. Rozmowy przebiegły pomyślnie, zaakceptowano stawki i natychmiast kazano utwór zakupić, a do opracowania mieliśmy wrócić jak obraz (znaczy film) będzie gotów. No to Jej portret kupiliśmy. 


Minęło kilka tygodni. W międzyczasie powstał scenariusz i zgrabna historyjka z napadem na muzeum, a potem nakręcono zdjęcia i zmontowano. Dla wszystkich z wyjątkiem „Pana Ksero” było jasne, że do takiej treści najlepiej pasowałaby muzyka typu Różowa Pantera, z gustownym pozytywno-lirycznym singlem na końcu, ale do tego nie potrzebna jest nam piosenka Jej portret. Ja oficjalnie oczywiście nic nie wiedziałam, a więc na spotkanie z klientem stawiłam się w towarzystwie kompozytora (uprzedzając go co nas czeka). Klient nie posiada się z radości mogąc uścisnąć rękę mistrza. I o to chyba głównie chodziło. 


Oglądamy. W nocy pod muzeum podjeżdża czarny samochód na przygaszonych światłach. Wysiadają faceci w kominiarkach. Jeden rozbraja alarm i otwiera drzwi. Dwaj targają do muzeum tajemnicze pudło. Ustawiają go przed wiadomym obrazem. Obraz zdejmują, wyjmują z ram, robią kolorowe ksero i wieszają kopię oprawiona w ramy na ścianie. Sami, razem z oryginalnym obrazem i pudłem, opuszczają niezauważeni muzeum. Cały ekran zajmują dwa identyczne obrazy i lektor triumfalnie obwieszcza, że oryginał i kopia są nie do odróżnienia. Kurtyna.


I co teraz? Zaczyna się krępująca dyskusja. – Ta piosenka to świetny pomysł, ale jako literacki ekwiwalent obrazu. I to jest w tekście, a nie w melodii. Tu jako podkład potrzebna jest muzyka bardziej dynamiczna, taka tajemnicza, akcyjna. – No to proszę zmieniać, rytmizować, to się na pewno da pogodzić, bo to taka piękna przenośnia i daje naszym maszynom takie intelektualne wnętrze. I tak z pól godziny. Finał? Kompozytor skomponował równie znakomitą, jak zakupiona piosenka, muzykę akcyjną, pełną napięcia i humoru. Zrobił też próby przerobienia, nieprzerabianego tematu i klient sam zauważył (na szczęście), że z kryminalną muzyką jest o wiele lepiej. – Ale piosenka piękna. Gratuluję. Wróciliśmy z rzeczywistości.


No, bo przecież mogło być gorzej. Jak zły sen wspominam spotkanie z dyrektorem wytwórni wód, który przyszedł w towarzystwie długonogiej Mazowszanki – jak została natychmiast nazwana. Po każdej błyskotliwej wypowiedzi, zwracał się do niej z tekstem – Prawda Krysiu, Zosiu (czy inna), Dorotko? Pomysł był prosty i logiczny jak myśl Lenina. Tańczy Zespół Pieśni i Tańca Mazowsze, w strojach łowickich, powiedzmy oberka. Jedna z dziewczyn wirując zatrzymuje się centralnie, zastyga, a następnie zamienia w charakterystyczny i dobrze znany znak firmowy. Na planie zdjęciowym puszczaliśmy oberka jako playback, a potem powstał piękny stylizowany oberek jako opracowanie muzyczne. I tu zaczęło się nieszczęście.


Pan dyrektor oraz jego Mazowszanka, tak bardzo zachwycili się nowoczesnym opracowaniem oberka, bo tak pięknie łączy tradycję z nowoczesnością, że postanowili pójść dalej w swoich pomysłach. Na razie oberek, ale jeszcze bardziej nowocześnie, może nawet egzotycznie. – Ale to Mazowsze i stroje łowickie? – To nie ma znaczenia. Miałam takie peruwiańskie opracowanie oberka, którego dokonał swojego czasu Kwartet Jorgi. Kiedyś wykorzystałam go z sukcesem w kabarecie Maćka Zembatego, jako podkład do opowiadania o tym dlaczego patronem piekarzy jest Anielka Bolesław Prusa. Myślałam, że państwa zniechęcę, a tu słyszymy – Dobrze, ten kierunek, może spróbujmy z country? Mina, stojącego za Panem i Panią Mazowszanką, Piotra Waltera była warta milion dolarów. Ja mimo to wytrzymałam i w charakterze Bustera Keatona udałam się do swojego pokoju. Piotrek był chwile po mnie. – Co zrobimy? To idioci. To jakiś poroniony pomysł. Te łowiczanki, no przecież to symbol tej całej wytwórni wód gazowanych i nie. Ludzie będą pękać ze śmiechu. Ciekawe, czy będą więcej kupować? – Pozostaje mieć nadzieję, że się zorientują, że pomysł był kiepski. A ja postaram się wybrać na tyle nie obrzydliwie, żeby nie podejrzewali, że się z nich nabijamy. I wybrałam. Niestety za dobrze. 


Zrobiliśmy pięć wersji. Jeden z utworów rozkręcał się, przez jakiś czas grał szybko, a potem hamował, aż do zatrzymania. Tytuł Country Train, czy jakoś tak. I tak to brzmiało. Wykonałam niezliczoną ilość jakichś karkołomnych montaży na Betacamie, tak że wszystko jakoś do siebie pasowało. Teraz pozostawało się tylko modlić. Państwo oglądali nasze produkcje w skupieniu. Byliśmy już dobrej myśli, bo miny mieli nieszczególna, aż tu nagle przy Country Train, bez konsultacji z Mazowszanką, pan krzyknął – Wspaniale. Widzi pani jak pięknie się broni. Akceptujemy, bez żadnych poprawek. Zemdliło mnie i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Zemdlałam dopiero jak wyszli. Piotrek w zasadzie też. Od tej pory Mazowszanki unikam jak morowej zarazy.

Close Menu