Śląskie anioły

You are currently viewing Śląskie anioły

Moja firma miała zająć się udźwiękowieniem drobnego reportażu. Jurek Szebesta przyszedł jeszcze przed zdjęciami (nasze firmy dzieliło piętro tego samego budynku), bo terminy były dość napięte i chodziło o to, aby wszyscy w tych decydujących momentach mieli czas. Reportaż kręcono na Dolnym Śląsku i była to opowieść o ciekawym miejscowym zwyczaju. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, zamiast przebierańców z gwiazdorem, czy też z gwiazdą, na bezdrożach pojawiały się postaci w zwiewnych białych szatach, w dodatku na szczudłach. Podobno były to anioły.

Nie pamiętam nazwisk żadnych realizatorów poza Bartkiem Putkiewiczem, który stawiał swoje pierwsze kroki w zawodzie operatora dźwięku, więc postanowiliśmy, że wykona tę prostą robotę z moją pomocą, czyli przygotuję mu opracowanie muzyczne. Po naszym reportażu, który stał się filmem nie ma niestety śladu w www.filmpolski.pl, ale sytuacja wydaje się zabawna i pouczająca za razem. Kiedy nikt się do nas umówionego poranka nie odezwał, poszłam odwiedzić sąsiadów. Miny mieli nie tęgie.

– Czy coś się stało? – I tak i nie. Jest u nas w montażowni redaktor z Polsatu i dziś podejmiemy decyzję co dalej.

– Czyli reportażu nie będzie, a my mamy wolne? – Dzisiaj tak, ale za kilka dni, będziecie potrzebni bardziej niż kiedykolwiek.

Sprzęt na zdjęcia pochodził z Polsatu. Dał m.in. ekipie kamerę, podobno sprawną, a nawet prosto z serwisu. Wszystko wyglądało prawidłowo, aż do czasu przeglądu nagranych kaset. Kamera w ramach twórczości własnej (jak wiadomo dzieło musi być wytworem człowieka, czyli kamera praw autorskich nie ma. Natomiast może takie prawa mieć człowiek, który tak urządzenie poprowadził) pokolorowała obraz według nieznanej nikomu logiki. Wtedy okazało się, że sprzęt spędził długi czas na Spitsbergenie i specjaliści w tym doszukują się takich zmian w działaniu, ale do ostatniej chwili wszystkie nagrane tam materiały nie odbiegały od normy, czyli może coś się zadziało w podróży. A może były to zwykłe duchy, zważywszy na tematykę.

to nad czym debatujecie? materiał się do niczego nie nadaje, tylko pracy chłopaków na zdjęciach szkoda.

– I tu się mylisz. To nie wygląda na awarię sprzętu, ale jak świadoma działalność artystyczna, czyli redaktor z reżyserem debatują, jak z tego materiału zrobić artystyczny film. Mamy oczywiście więcej czasu, bo pokażą go w paśmie filmowym, a nie reportażowym, no a ty i Bartek macie więcej pracy i chyba trudniejszej.

Rzeczywiście ekipa od sąsiadów pojawiła się za kilka dni i rzeczywiście powstał film trochę czarowny, trochę niesamowity, a nawet surrealistyczny. Ustaliliśmy w jakim kierunku będziemy starali się ozdobić obraz dźwiękiem. Pamiętam, że poszukiwałam w muzyce ezoterycznej, Bartek nagrywał przerysowane efekty synchroniczne i przesłuchiwał różne atmosfery i tła, które dodatkowo jakoś przetwarzał lub łączyliśmy je z moimi dziwnymi znaleziskami muzycznymi.

W rękach reżysera pojawił się też tomik Wierszy XIX wiecznych poetów śląskich, czy dolnośląskich. Może tomik to za dużo powiedziane. Bardziej ten zbiór przypominał wydawnictwa podziemne, bo papier był gazetowy, a druk jakby prosto z maszyny do pisania, ale były okładki i nazwa wydawnictwa. Nie było też nazwisk poetów, za to używany język był piękny i archaiczny, co utwierdzało nas, że wszystko się zgadza.

Wybrano trzy teksty, które nagraliśmy we własnym zakresie, bo tak było łatwiej pracować nad dźwiękiem, a na sobotę zapowiedziała się Stanisława Celińska, która zgodziła się te wiersze przeczytać. Postawiła też warunek. Mam po nią przyjechać ja i to o 10:45 w znane mi miejsce na ulicy Dąbrowskiego. Warunek był tajemniczy, ale szybko się sprawa wyjaśniła. Aktorka miała do odebrania jakieś elementy garderoby ze sklepu na ul. Puławskiej, który otwierano o 11:00 i umówiła się chwilę wcześniej.

Nie chciała też, żeby przy zakupach towarzyszył jej obcy facet, a my, choć kompletnie tego wtedy nieświadome, znałyśmy się od momentu, kiedy ja pojawiłam się w szkole muzycznej na ul. Krasińskiego, w której uczyła jej mama. Oczywiście pracowałyśmy też od lat przy różnych filmowych projektach. A sklep był mocno zaprzyjaźniony, bo od lat korzystała z jego usług mieszkająca także nieopodal Anna Seniuk i przyprowadzała tu swoje koleżanki, a więc teraz i ja zostałam przyprowadzona i zaprzyjaźniona na następne lata (póki mieszkałam na Mokotowie).

Do studia dotarłyśmy lekko spóźnione, czym zaniepokoiłyśmy męską ekipę, ale za to w świetnych humorach i znakomitymi zakupami oraz ciastem. Nagranie szło bardzo sprawnie, a przede wszystkim okazało się, że wszystkie dźwiękowe elementy dobrze do siebie pasują i całość poza zgraniem wymaga tylko niewielkich korekt. W ten sposób potencjalna klęska zakończyła się spektakularnym sukcesem.

Polsat film wyświetlał kilkakrotnie i po jednej z takich projekcji odwiedził mnie mocno przestraszony Jurek Szebesta. Zadzwonił do niego pan, który oświadczył, że jest tłumaczem i, że przetłumaczył te wiersze, które są w naszym filmie, bo ci XIX wieczni poeci pisali po niemiecku lub w dialekcie śląskim. Oni może i nie są chronieni, ale on jak najbardziej, a producent nie wystąpił do niego o zgodę na wykorzystanie i nie kupił licencji.

– Pewnie chce 100 tysięcy złotych? – Ty nie żartuj, tylko pomóż mi rozwiązać problem.

Spisaliśmy sobie na początek wszystkie za i przeciw:

  1. Jesteśmy w posiadaniu tomiku wierszy. Nie ma informacji, że teksty są tłumaczeniem, a nawet nazwisk autorów.
  2. Wydawnictwo nie istnieje, mimo, że książkę wydano kilka lat temu.
  3. Żaden utwór nie jest zgłoszony w ZAiKS, więc uznaliśmy, że wydawnictwo zebrało teksty anonimowe (XIX wieczne). Wzmacnia takie twierdzenie archaiczność używanego języka.
  4. W napisach filmu podaliśmy źródło pochodzenia wierszy.

Rozumiemy, że naruszenie praw autora (tłumacza w tym przypadku), jest obiektywne, czyli jeżeli pan ma dokumenty, że to jest tłumaczenie i, że jest jego autorem, wiadomo, że mamy zapłacić mu stawkę stosowaną w danej sytuacji, ale w podwójnej wysokości. Natomiast z naszych dokumentów wynika, że nie zrobiliśmy tego z premedytacją, czyli nie należy mu się stawka trzykrotna, ani tym bardziej wielokrotna. Dla pewności mamy kserokopie kilku podobnych umów zawartych w ostatnim czasie, co pozwoli określić zwyczajową stawkę. Wyszło nam 3 piosenki x 1 do 1,5 tys. złotych x 2, czyli 6-9 tys. złotych. Niestety rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a realiami jest przynajmniej 10 krotna.

Tłumacz zatrudnił prawnika, może nie od prawa autorskiego, ale cywilistę. Jak chcesz się poczuć pewniej, to też idź do prawnika, tylko do takiego z najwyższej półki i specjalistę od prawa autorskiego. Sprawa ma szansę skończyć się błyskawicznie, bo jest typowa i wyjdzie to de facto taniej, a może przy okazji przestraszymy powoda. Masz tu do wyboru kilka nazwisk z telefonami. Ostatecznie wybrany został mecenas Andrzej Karpowicz. Potwierdził to, co ustaliliśmy.

Zaproponował, żeby kolega kierownik na spotkanie poszedł sam i zaoferował 6 tys. złotych nie więcej, wychodząc z wyliczenia jakie powstało. Jeżeli będą jakiekolwiek inne propozycje, dał kierownikowi kilka swoich wizytówek. Jedną przeznaczył dla prawnika naszego tłumacza. Tekst do wygłoszenia brzmiał:

– Widzę, że nie damy rady się porozumieć polubownie, ale sądy są też dla ludzi, tu jest wizytówka mojego pełnomocnika i wszystkie sprawy proszę załatwiać za jego pośrednictwem.

Podobno mecenas powoda zbladł i lekko się jąkając obiecał solennie, że będzie się kontaktował, bo może jednak uda się porozumieć polubownie i bez sądu. Tak się zresztą stało i w dodatku tak jak przewidziałam, w ramach jednego krótkiego spotkania. Czyli najlepiej zadziałały nie przemowy, a dobre nazwisko pełnomocnika i odpowiednia wizytówka.

Brak rozeznania w wysokości zwyczajowych honorariów, połączony z dużą emocją autora czy wykonawcy, kiedy swój utwór słyszy nagle w telewizji, często powoduje, że oczekiwane sumy są zbyt duże. Co charakterystyczne, znacznie prościej załatwia się takie sprawy ze znanymi twórcami, bo oni nie są zdziwieni, ani, że zdarza się taka sytuacja, ani co im się w związku z tym należy. Szczególnie, jeżeli osoba nieświadomie naruszająca prawa autorskie, jest chętna do współpracy i szybkiego uregulowania zobowiązań.

Ja zawsze staram się też, aby twórca został dodatkowo przeproszony i mogą to być serdeczności w Gazecie Wyborczej, ale też trochę większa ramka np. Polityce czy Newsweeku, kwiaty, albo butelka wina z liścikiem. Kiedyś w poczcie zwrotniej otrzymałam ogromną butelkę Geriavitu dla producenta filmu, no bo skoro zapomnieli, to powinni wzmacniać pamięć.

W takiej spokojniejszej już rozmowie, zazwyczaj twórca dowiaduje się dopiero, że aby żądać dużych sum, musi też dużą sumę (5%) wpłacić, zgłaszając swoje powództwo do sądu. Jest to powództwo cywilne, a więc musi to zrobić sam (może wyręczyć go upoważniony prawnik), a sprawa sądowa będzie trwać kilka lat. Szansa na uzyskanie tak dużego honorarium jest praktycznie nierealna, szczególnie, jeżeli nie można udowodnić, że wykorzystujący chciał naruszyć prawo twórcy z premedytacją. Stąd mimo buńczucznych zapowiedzi, sprawy dość proste i oczywiste, raczej nie trafiają do sądu.

W naszej sytuacji zadawaliśmy tłumaczowi pytania, dlaczego w oficjalnie wydanym zbiorku, nie było żadnej informacji, ani o nim, ani o autorach wierszy, a przecież obowiązkiem wydawcy, jest zadbanie o prawa osobiste twórców, a do nich należy podpisanie dzieła i to bez względu na to, czy prawa majątkowe już wygasły, czy też nie. Okazało się, że nasz tłumacz sam się na takie bezimienne wydanie zgodził. Wynikało to z ilości użytych arkuszy wydawniczych i konieczności zmniejszenia ilości wydrukowanych stron. W ten sposób przepadła porządna stopka wydawnicza.