Studio Sonoria

Lubię wracać

Lubię wracać

Całe swoje dorosłe życie przepracowałam w branży, w której wszyscy się znają, a przynajmniej starają się za takich uchodzić. Przepisując moja kartę telefoniczną panienka z T-mobile nie mogła wyjść z podziwu z powodu jej objętości. A to nie wszystkie telefony, tylko te najpotrzebniejsze.

Podobno człowiek pierwotny był zaprogramowany na roz-poznawanie 150 osób, czyli swego plemienia. Są osoby, które mają świetną pamięć do twarzy (taka jedna Pani z norweskich kryminałów), ale przeciętnemu człowiekowi zdarza się, że nie tylko nie umie opisać, jak ktoś wygląda (przeciętny portret pamięciowy jest do niczego nie podobny), ale nawet kogoś widzianego kilka razy nie rozpoznać (ja, jeszcze przekręcę nazwisko).

Powszechnie mamy kłopot z rozróżnieniem dwóch żółto czy czarnoskórych osób. Oni na pewno nie są nasi, a więc wszystko jedno, wróg to wróg, rozróżniać nie trzeba. Działa to w obie strony. Mój kuzyn po Erazmusie w Tay Pey opowiadał, że przez pół roku 10 Chińczyków miało kłopot z rozróżnieniem 4 białych kolegów i nie pomagał ani wzrost, ani kolor włosów czy oczu. Oczywiście z 10 żółtych kolegów, tylko dwóch rozróżniało się bez problemu.

Konieczność znania wszystkich w branży, wiele osób doprowadza do frustracji, ilekroć pojawia się ktoś nowy i jakoś już znany, a oni go jeszcze nie spotkali. Może to pierwsze objawy wypadania z obiegu? Z drugiej strony, te branżowe znajomości są w większości przypadków, wyjątkowo powierzchowne i papierowe, za to nadrabiane ostentacyjną poufałością i serdecznością, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistym, chociaż minimalnym zaangażowaniem emocjonalnym. Artyści to wędrowne ptaki. Ludzie się spotykają, rozjeżdżają i pozostaje to bez jakiegokolwiek znaczenia.

Oczywiście można się dziwić, że miewamy mało znajomych spoza branży, ale to całkiem inna historia. Najlepiej rozumieją to muzycy. Zaczynamy specjalną edukację (mama jednego z kolegów tak tłumaczyła co to znaczy szkoła muzyczna) w wieku 7 lat, a więc od razu ta nasza grupa kolegów, jest lekko profilowana. Z kolegami z podwórka, nie spotykamy się w szkole, rzadko uczestniczymy w ich pozaszkolnych zajęciach i zabawie. Za to nasza klasa nie musi organizować specjalnych spotkań, bo nie tylko razem chodzimy całe życie do szkół różnych szczebli, ale potem razem zasiadamy w orkiestrze, lub taką orkiestrę klasową nagrywamy. Dlatego też często całkiem szacowne i utytułowane osoby mają śmiesznie zdrobnione imiona, albo rozbrykane ksywki: Malina, Duduś, Hamer, Mania, Suchy, Pucek, Dzidzia. Zupełnie jak na zjeździe koleżeńskim w Czterdziestolatku (reż. J.Gruza, 1974 – 1977). Dlatego jest tak dużo branżowych par i małżeństw, co wcale nie wychodzi wielu z nich na zdrowie, ale innym wręcz przeciwnie.

Są jednak znajomości prawdziwe, a nawet przyjaźnie, na poziomie nie tylko zawodowym, ale i prywatnym i te przypominają standardowe kontakty międzyludzkie. Czasem, rzeczywiście nie widzimy się dłużej, bo podróżujemy, pracujemy w nie standardowych godzinach, ale tak wiele o sobie wiemy, i tak dobrze się rozumiemy, że po chwili rozmowy jesteśmy znowu razem, jest nam przyjemnie, wesoło i wspaniale. Nawet, jeżeli rozłąka trwa kilka lat.

Zbigniew Wodecki

Myślę o tym w cieniu wielkiej tragedii, jaką jest przedwczesne odejście Zbyszka Wodeckiego. Nie tylko nie umiem się z tym pogodzić. Ja nie umiem nawet w to uwierzyć. Znaliśmy się od dawna. Na pewno już w latach 80., pamiętam rozmowę z nim i z Andrzejem Zauchą za kulisami, kiedy koncertowali w warszawskiej Stodole z Big bandem Wiesia Pieregorólki. Ze Zbyszkiem trudno było się nie zaprzyjaźnić, nigdy nie dało się z nim nudzić. Kwintesencja optymizmu i dobrej aury dla wszystkich wokół. Inteligencja, dowcip, bezpośredniość i skromność. Życzliwość i całkowity brak zawiści. Kiedy słuchał u nas grającego na skrzypcach Adama Bałdycha umiał ocenić i podziwiać kunszt młodego skrzypka. – On też śpiewa? – Nie. – I całe szczęście, bo przyszło by się pakować. Piękna recenzja i taka Zbyszkowa.

Od blisko półtora roku u nas pracował nad nową płytą, a więc był częstym gościem w pracowni Rafała Stępnia i w naszym studio. Właściwie był już domownikiem. Bywał co dwa, trzy dni, a kiedy ginął na więcej niż tydzień, ktoś wreszcie zadawał to ważne pytanie: – A co ze Zbyszkiem? No właśnie. Co? Sąsiedzi zaakceptowali szary samochód jako nasz, okoliczne bary, gdy ktokolwiek zamawiał jedzenie na nasz adres pytały: A jest Pan Zbyszek? Często razem z Jego zamówieniem lub zamówieniem dla Niego przyjeżdżały bonusy: cola, deser….. Nikt się nie dziwił, że urzęduje w kuchni, na tarasie, w biurze. Podziwialiśmy wspaniały wynalazek: futerał na trąbkę ze skrzypcami i smyczkiem, dopasowany do wielkości bagażu podręcznego w samolotach.

Kiedy dostał Fryderyka, przyjechał z szampanem. Zaśpiewaliśmy mu 100 lat, a potem przez kilka godzin śpiewaliśmy z nim jego największe przeboje. Mój zięć marzył, że namówimy Zbyszka na warszawski koncert tak, żeby uświetnić 40 urodziny. Mieliśmy plan wykupienia kilku pierwszych rzędów, a potem wspólną prywatkę w ogrodzie. Zbyszek poznał ten fun club dużych i małych, kiedy przyszli do niego, zaanonsowani przeze mnie za kulisy, po koncercie w Parku Sowińskiego. Są podpisane płyty, ale koncertu urodzinowego, dla mojego zięcia już nie będzie.

Był u nas kilka dni przed operacją. Nawet się porządnie nie pożegnaliśmy. Bo jak, z domownikiem? Liczył, że za dwa trzy tygodnie wróci do nas do roboty, a jeszcze trochę i normalnie dośpiewa wokale, będzie koncertował. By pass to poważna operacja, ale lista znanych i nieznanych osób która, dzięki niej świetnie sobie dalej żyje, jest długa. W tym roku operowano już dwóch moich najbliższych sąsiadów. Jeden z nich, nasz lekarz, u drugiego był łaskaw osobiście stwierdzić zawał i wysłać go do szpitala. Za chwile sam był już pacjentem. Wrócili do zdrowia, widuję ich co kilka dni na ulicy i miło patrzeć jak wspaniale funkcjonują. Doktor nawet dalej nas leczy. Z takim nastawieniem szedł na operację Zbyszek. Nikt nie wierzył, że może być inaczej.

Po śmierci Zbyszka, na moje emocjonalne wpisy na facebooku zaczęła odpowiadać i skrzykiwać się nasza klasa. To znaczy klasa Zbyszka, ta z Krakowa. Podstawówka, średnia, Orkiestra Polskiego Radia w Krakowie, Anawa, Piwnica pod Baranami, nagrania w Poznaniu z Górnym. Tomek Lida, nasz wspólny znajomy, od lat reżyser dźwięku, który ze Zbyszkiem uczył się w tej samej klasie na skrzypcach, a ojcowie pracowali w tej samej orkiestrze, stał się centrum tej klasowej korespondencji. Szkolne wspominki, woźny, sprzątaczka, opowieści ze wspólnego pulpitu. Cóż za barwny i pogodny człowiek był z tego Zbyszka. Wspomnienia o nim z naszego smutku i żalu też są głównie radosne. O ile piękniejsze od służbowego nekrologu w którym każdy jest złożony z samych zalet, najczęściej takich, których nigdy nie miał. Zbyszek w naszych wspomnieniach jest człowiekiem z krwi i kości, z wadami, ale z paletą zalet, której nie odda żadna pogrzebowa mowa. Tu komuś zrobił psikusa, tu opowiedział żart. Właściwie sypał dykteryjkami, których można było słuchać w nieskończoność.

Tata Zbyszka był trębaczem w Operze Krakowskiej. W lecie orkiestra grywała chałtury, czyli koncertowała w uzdrowiskach i miejscowościach obleganych przez turystów. Przynajmniej kilku grających w orkiestrze ojców, zabierało w te objazdy swoich synów, licealistów, jako zmienników dla muzyków przebywających na urlopach. To był świetna szkoła czytania nut a’vista, grania w zespole, odporności estradowej, ale też zarobek w wakacje i trochę rozrywki. Oczywiście bardzo ich pilnowali, aby wyćwiczyli repertuar, bo taki był warunek tych letnich zastępstw. Chłopcy oczywiście początkowo kręcili nosami, ale Zbyszek umiał te starania ojców docenić i spożytkować. Miał zdolność do improwizowania. Równie dobrze na skrzypcach jak i na fortepianie, który był dla niego instrumentem dodatkowym. Nauczył się też grać na trąbce, jak to w muzycznej rodzinie, gdzie jest dostęp do tych wszystkich instrumentów. Jak wiadomo, pewnego dnia okazało się, że umie śpiewać i to jak, no i komponować. W końcu swoje największe przeboje sam sobie napisał. A ja uwierzyłam, że tam gdzie był i czuł się dobrze, będzie już zawsze wracał. Pewnego dnia nie wrócił. Zbyszku, dlaczego?

A jak przydało się to letnie granie innym jego kolegom? Na pewno jednemu. Przy okazji jednego z orkiestrowych wyjazdów na zachód został w Wiedniu i słuch o nim zaginął. Nie był to czas w którym jakiekolwiek kontakty z zagranicą były łatwe. Ku zdziwieniu kolegów, po kilku latach pojawił się na ich wiedeńskim koncercie. Elegancko ubrany, świetnym samochodem. Zdziwienie nie miało granic. – Co ty robisz? – Gram w Filharmonii Wiedeńskiej. – Tak od razu cię przyjęli? – Nie, gram od niedawna i przez przypadek, a raczej dzięki chałturom letnim z orkiestrą.

Otóż lądowanie w Wiedniu okazało się twarde. Dobry skrzypek nie był potrzebny, a więc zamienił skrzypce na dyskotekę, czyli pracę przy zmywaniu. Ktoś przypadkiem powiedział mu o naborze do Orkiestry, a kiedy się wzbraniał dodał – Nic nie stracisz, możesz zyskać, nikt cię nie zna to i kompromitacji nie będzie. Zapisał się, kilka dni intensywnie poćwiczył, odświeżył kilka utworów, jak mu się wydawało w miarę efektownych i poszedł. A tu same gwiazdy, laureaci najlepszych konkursów skrzypcowych, wspaniałe instrumenty, porywający repertuar i technika. Właściwie już się pakował do wyjścia, ale nazwisko miał na literę z początku alfabetu i właśnie w tym momencie wywołano go przed oblicze wysokiej komisji. Kilka minut rozmowy, a potem zamiast prośby o coś z repertuaru, kilka stron nut do grania a’vista. – Proszę przejrzeć to, i od razu nam zagrać. Patrzy w nuty, a to fragmenty walców Straussa, które grał na chałturach tyle razy, że właściwie mógłby obudzony w nocy kontynuować każdy najkrótszy zaintonowany fragment. No to popatrzył ze zrozumieniem i zagrał. Przyjęto jego i jeszcze jedną osobę z pośród reszty. W orkiestrze trzeba umieć przede wszystkim szybko czytać nuty i to chciano sprawdzić u szanownych kandydatów. Nikt się nie przyzna ile mozołu kosztowało go wyćwiczenie mistrzowskiego utworu, ale to nie ma znaczenia. Jego czas, jego pot i jego łzy. W orkiestrze liczy się sprawność i szybkość opanowania materiału. Naszemu bohaterowi Strauss pomógł wybitnie, bo nikt nie przypuszczał, że jakiś startujący do Filharmonii szaleniec zna praktycznie wszystkie najważniejsze walce mistrza na pamięć.

Oczywiście wtedy przestraszył się na dobre. Miał kilka tygodni do rozpoczęcia pracy i w życiu tak ciężko nie pracował, jak właśnie wtedy. Już nie chodziło o kompromitację. Ktoś uchylił przed nim drzwi i warto było otworzyć na oścież. Był zdolny i pracowity, a więc się udało. Gdy spotkał swoich dawnych kolegów, był już nawet całkiem bogaty.

Close Menu