Studio Sonoria

Ciemność widzę

Ciemność widzę

Ciemność rozumie się jako obszar, w którym nie występuje promieniowanie elektromagnetyczne. Takie wyjaśnienie napotkałam, zastanawiam się… Trudno taki obszar znaleźć, a z definicji wynika, że absolutna ciemność jest możliwa tylko w temperaturze zera bezwzględnego. Tylko kto będzie zdolny, aby to wyjątkowe zjawisko zaobserwować? Chyba nie o taką konkluzję chodziło twórcom hasła w Wikipedii. 


Fala (promieniowanie) elektromagnetyczna jest niezależna od sprężystości ośrodka, w jakim się rozchodzi. Robi to szybko, bo z prędkością światła, czyli 300 tys. km/s (tak mniej więcej). Najszybciej rozchodzi się w próżni, najwolniej w środowiskach twardych np. w diamencie, ale te różnice w prędkości są i tak dla człowieka poza wszelkim zasięgiem. Oczywiście fale elektromagnetyczne mają swoje kłopoty. Wiele właściwości zależy od ich częstotliwości i częstotliwości drgań cząsteczek ośrodka w którym się rozchodzą. Kiedy ta sprężystość (fali i ośrodka) jest podobna, to spowalnia falę lub całkowicie ją zatrzymuje. Zakres częstotliwości fal elektromagnetycznych jest ogromny (16 – 1024 Hz/s), a więc ten sam ośrodek jedną falę zatrzyma, a drugą nie. 


To prąd zmienny, telefonia przewodowa, wszelkie fale radiowe, świetlne, promieniowanie gamma, Roentgena, kosmiczne, czyli nie wszystkie fale elektromagnetyczne objawiają się nam jako światło. Z fal elektromagnetycznych tak odbieramy światło białe (4×1014 – 8×1014), czyli ten zakres, w którym widzimy. Fale świetlne mają szerszy zakres, należy do nich ultrafiolet i podczerwień i te są dla naszego oka niedostępne, chociaż w podczerwieni widzą owady i np. jelenie. Ciekawe jak piękne barwy mają dla owadów, ukwiecone ogrody? Bo przecież to co widzimy my, to jakieś marne resztki. Nie jesteśmy adresatami tego kwiatowego zaproszenia. 


Światło widzialne nie bardzo przechodzi przez mgłę, za to świetnie przez szybę. Ultrafiolet i podczerwień przez szybę raczej kiepsko. Fale radiowe przechodzą i przez mgłę i przez ścianę, której światło widzialne nie pokona. Ścianę pokonuje za to promienie Roentgena i gamma, których istnienia nie odczuwamy. Pewnie twórcom definicji ciemności chodziło o ośrodek nieprzyjazny dla zakresu częstotliwości fal elektromagnetycznych, które odbiera ludzkie oko i to już by się zgadzało. Dlatego lepiej zdefiniować ciemność, jako brak światła uniemożliwiający lub bardzo utrudniający człowiekowi widzenie. 


Dzieci boją się ciemności. Bali się jej także ludzie pierwotni. Podobnie jak dzieci sądzili, że gdy zamkną oczy nikt ich nie widzi. Dlatego, kiedy robiło się ciemno szli spać. Część zwierząt nie widzi w nocy (kury), część widzi znakomicie (wilk). My bardzo umiarkowanie, dlatego nikt nie czuje się bezpieczny w absolutnej ciemności, rozumianej tak po ludzku. Ciemność wszystko pochłania, przekręca, wykrzywia. Po ciemku zawsze jest zimniej, puściej i samotniej. Ciemność bez względu na powód swego istnienia, jest straszna i przerażająca. Utożsamiana ze złem, śmiercią, piekłem, zaświatami etc.. 


Ludzie pierwotni nie rozumieli dlaczego robi się ciemno, a więc nadawali ciemności boską moc. Kapłani faraonów straszyli prosty lud ciemnością, a zaćmienie słońca, urastało do wielkiej kary jaką na świat nałożyli bogowie. W każdej religii pojawiały się bóstwa ciemności (Kuk – Egipt, Hekate -Grecja, Rzym, Nyks – Nox, czyli noc – Grecja, Rzym), bóg zaświatów (Set – Egipt, Czarnobóg, lub diabeł – Słowianie, Hel – Skandynawia, Sedna – Eskimosi) i jego królestwo. Byli także wspaniali bogowie słońca i światłości (Apollo, Helios, Eos, Selene, Iris – Grecja, Sol – Skandynawia, Swaróg – Słowianie, Ra lub Amon – Ra, Aton – Egipt), którzy ludzkość od ciemności mogli wyzwalać.


Póki ludzie nie nauczyli się wytwarzać światła, każdej doby na wiele godzin świat pochłaniały ciemności. Później okazało się, że tylko dwa razy w roku czas dnia i nocy jest równy, raz noc jest najdłuższa i raz jest najdłuższy dzień (Sobótka). Inną długość mają też w tym samym czasie dni i noce na różnych szerokościach geograficznych i jest to podział nierówny. Na biegunie przez pół roku jest noc, a przez pół roku dzień, a na równiku w zasadzie cały czas podział czasu na dzień i noc, jest równy. I gdzie tu sprawiedliwość?


Takie rozważania dopadają mnie zawsze ilekroć zmieniam miejsce pobytu, przemieszczając się wzdłuż południków. Tym razem pojechałam na północ, niby niedaleko, jakieś 800 km i już okazało się że różnica jasności jest duża. Wstawałam przed 7.00 w Warszawie i było całkiem jasno, doleciałam za dnia, ale wkrótce po 15.00 zaczęła się szarówka i za chwilę było całkiem ciemno. Następnego dnia obudziłam się w kompletnych ciemnościach, a zegarek wskazywał 7.30. Nic dziwnego, że moi gospodarze jedzą pierwszy posiłek o 11.00, a wcześniej śpią. Ja bardzo szybko nabrałam podobnych zwyczajów. 


Aż strach pomyśleć, jak krótki dzień bywa kolejne 1000, czy 2000 km na północ. Nie mam takich doświadczeń, ale pamiętam styczniowy pobyt w Vamdalen (500 km od Sztokholmu) i zdziwienie, kiedy przeczytałam, że wyciągi narciarskie czynne są od 9.00 do 16.00. Na miejscu wszystko stało się jasne. To graniczne godziny, już panuje szarówka, a przez większość tzw. dnia jest albo świt, albo zmierzch. Pełen dzień prawie nie występuje. Chyba, że akurat jest słońce. Ale to też nie wróży nic dobrego. Natychmiast temperatura spada do – 30˚C. Oświetlone są pojedyncze stoki i tam można jeździć jeszcze przez kilka godzin. Ale specyfika skandynawskiego narciarstwa, polega na bardzo dobrze ośnieżonych (pokrywa śniegu 1,5 do 2 metrów), raczej pustawych i krótkich stokach, czyli jeździ się po dużym regionie, a na końcu tras są autobusiki, które odstawiają narciarzy do ich kwater. Każdego dnia można wędrować inna trasą. Nie ma tłoku, są stugi, czyli schroniska z ciepłymi napojami i jedzeniem. Jest pięknie. Tylko te ciemności.


U nas na tzw. południu Szwecji teraz bywały dni słoneczne, śnieżne i deszczowe. W tym roku zima postanowiła raczej nie odwiedzać zarówno Polski jak i okolicznych krajów, a więc temperatura niewiele oddalała się od zera. Natomiast w sprawie rozdziału ciemności nic się nie zmieniło. Dlatego Szwedzi w oknach swoich domów zapalają niewielkie lampy. Zagubiony w ciemnościach wędrowiec zobaczy takie światło i tym samym szansę na swój ratunek. Lampy mają też dodatkową funkcję, ich światło powoduje, że wnętrze domu z ulicy jest niewidoczne. W Szwecji rzadko w domach korzysta się z firanek.


W okresie świątecznym Skandynawowie zdobią zarówno wnętrza, jak i zewnętrzne elewacje swoich domów i robią to pięknie oraz tradycyjnie. Są to schodkowe świeczniki, podświetlane gwiazdy i tysiące lampek. Wszystko skromnie i gustowne, a nie jak to często bywa w Polsce, kiczowate mikołaje czy renifery na amerykańską modłę. Dzięki temu wieczorne osiedla są jasne jak dzień, póki mieszkańcy idąc spać przynajmniej w sypialniach dekoracji nie wygaszą. W domu który mnie gościł, w nocy można było spokojnie poruszać się nie zapalając światła. Po braku świątecznego wystroju można poznać domy emigrantów, którzy nie przejęli jeszcze od gospodarzy i świetlnych zwyczajów. Przy posiłkach pali się też ozdobne świece.


W wielu firmach, jeżeli tylko jest to możliwe, pracownicy przez czas zimowy pracują o godzinę dłużej, odbierają sobie to w lecie, pracując krócej, lub przedłużając urlop. Część urlopu z reguły wykorzystywana jest w zimie, na jesieni lub na wiosnę i są to wyjazdy na południe, po słońce. Takie wyjazdy są dotowane przez państwo, a dzięki temu tańsze niż urlop w kraju. Dlatego niestety w pamiętnym tsunami na Oceanie Indyjskim (26.12.2004 – Indonezja, Sri Lanka, Indie, Malediwy, Tajlandia, Afryka wsch.) zginęło tak wielu Skandynawów, bo to ich czas odwiedzania ciepłych krajów.


Lato w Skandynawii jest bardziej litościwe. Na południu klimat jest łagodny, dni słonecznych dużo, a przy okazji są one dość długie. Wiele osób spędza ten czas w letnich domkach na wybrzeżu lub na żaglówkach z silnikiem. To duże łodzie, bo służą także do żeglugi po morzu, a skalisty (tzw. Szkiery) archipelag Sztokholmski jest bardzo malowniczy. W Szwecji jest 60 tys. wysp, często bardzo malutkich, bezludnych lub zamieszkałych przez jednego człowieka, albo jedna rodzinę, 95 tys. jezior, po których można żeglować i 1000 km kanałów. 


Trasa ze Sztokholmu (szlak Göta, Błękitna wstęga Szwecji), kanałami i rzekami, przez rolnicze niziny do Bałtyku należy do najbardziej malowniczych. To jedna z najdłuższych i najciekawszych takich tras w Europie. Po drodze są liczne śluzy (między Mem a Söderköping – 58). Ilekroć jestem w lecie w okolicy, wybieram się do Berg, gdzie śluzy są ułożone jak schody i mieszczą jednostki o długości 30 metrów. Na niewielkim odcinku pomiędzy jeziorem Roxen, a przystanią w miasteczku, trzeba zmienić wysokość o blisko 20 metrów.


Moje ulubione miejsce to przeprawa akweduktem przy Ljungsbro, który przebiega nad autostradą. Niesamowity to widok, kiedy nagle człowiekowi nad głową przepływa żaglówka. Kanał łączy Morze Bałtyckie z jeziorem Vänern (największe jezioro w Szwecji i trzecie co do wielkości w Europie) i Skagerrakiem. Budowę rozpoczęto w 1819 r. i trwała 22 lata. To trakt osławiony pierwszym w Szwecji strajkiem robotników. O co strajkowali? Odmówili jedzenia łososia częściej niż 4 razy w tygodniu. No tak, łosoś w końcu w niektórych miejscach nie jest rybą wykwintną. Sama się zdziwiłam w sklepie, że jego cena jest taka sama jak makreli. Z jeziora Vänern możemy rzeką Göta i kanałem Tröllhättan dotrzeć aż do Götaborga. Różnica poziomów tym razem wynosi 44 m i rozdzielona jest pomiędzy 6 śluz.


Wtedy właśnie, w lecie, przydają się rolety i żaluzje, bo naprawdę nie wiadomo, kiedy dzień się zaczyna a kiedy kończy. O 23.00 w lipcu, nawet w Sztokholmie i południowej Szwecji, jest jeszcze całkiem jasno, a noc, trwa, tak między 1.00, a 4.00. Jeszcze jaśniej jest na Północy i to przeżyłam osobiście. Mieszkałam 1000 km nad Sztokholmem, niedaleko Trondheim (słynna skocznia narciarska). Nocy nie było, w dni słoneczne panował całodobowo radosny dzień z krótkim zmierzchem, w dni pochmurne całodobowo był zmierzch albo świt, zależnie od tego jak na sprawę patrzeć.


Słońce świeciło po bardzo ostrym kątem, a więc zdarzało się, że tylko jeden pas pola był radosny, a reszta pogrążona w zmierzchu. Mówi się na to „złota godzina”. Ja miałam takie „złote godziny” przez kilka miesięcy. Nasycony żółty sąsiadował z brunatnym i ciemną zielenią. Nagle błękitne od słońca niebo pokrywały chmury we wszystkich odcieniach granatu. Do tego notoryczne wprost tęcze. I piękne zorze polarne. Podobno różne jest nasilenie tych zjawisk w różnych latach, bo zależy to od aktywności słońca, a kolory od gazu, który świeci i odległości od Ziemi. Stąd zorze żółte, zielone, czerwone, purpurowe, a nawet bordo. Są też jaśniejsze, prawie białe, niebieskawe, różowawo-fioletowe i taką zorzę mnie udało się zobaczyć. Występują nad biegunami, ale zdarza się, że widoczne są z daleka, a ja mieszkałam tylko 1000 km na południe od Kiruny. Tam to zorze są już zawsze.


Region Jämtland jest super malowniczy. W starym (z lat 30.) pięknym hotelu w Storlien rodzina królewska miała swój apartament. Ma też od lat 30. w okolicy dom. Spędza w nim święta Wielkanocne i Nowy Rok. To centrum turystyki, narciarstwa, rybołówstwa i myślistwa. Osobiście ćwiczyłam pływanie canoe. Umiejętność jazdy na nartach szlifowano tu od lat 20. Po wycieczce w Alpy na początku lat 30. Olle Rimfors rozpoczął nauczanie jazdy slalomem i tu odbyły się pierwsze zawody. Po wojnie w Storlien uruchomiono pierwszy wyciąg narciarski. W czasie, gdy tam pracowałam, hotel mieścił blisko 600 gości. 


Oczywiście nie było też tu ciepło. W zimie temperatury dochodzą tu do -40˚C i są ogromne opady śniegu. Zaspy są kilkumetrowe. Zdarzyło mi się odwiedzić Storlien (600 m.n.p.m) w lato stulecia (1975). Najwyższa temperatura, jaka mi się przytrafiła to +15˚C, w południe i w pełnym słońcu. Podobno raz jeden, odkąd najstarsi ludzie pamiętają, było +30˚C. Codzienność stanowiło -6 do -8˚C każdego ranka, ale klimat jest suchy, a więc chłód nie jest tak przejmujący jak to się u nas się zdarza. Nazywa się subarktyczny, co od razu brzmi chłodno. Warunki narciarskie utrzymały się do początku czerwca, na początku lipca jeszcze płatami leżał śnieg, a pierwszy września przywitał nas regularną śnieżycą. 


Te góry nie są wysokie (najwyższa góra ma 791 m), ale przez zimno trudniej dostępne. W lato stulecia Szwedzi wędrowali po nich z zapałem każdego dnia, aż tu nagle….. ktoś natrafił na samolot z II wojny światowej, wraz z całą zamarznięta załogą, sztabowymi mapami i pełnym wyposażeniem. Podobno miał nawet niewykorzystana bombę. Lato, które w Sztokholmie topiło asfalt, na północy stopiło śniegu więcej niż zawsze i odsłoniło niesamowite, za to świetnie zachowane znalezisko.

Close Menu