Fałszerze z Wenecji

Fałszerze z Wenecji

Wenecki urlop, jak się okazuje, to temat dla tysiąca opowieści. Spacerujemy w tłumie ludzi po Placu Świętego Marka. Kilka minut stąd, tuż przy Rialto, ale w miejscu znacznie mniej ludnym, znajduje się Hotel Giorgione. Luksusowy, urządzony w staromodnym stylu, z końca XIX w. i z ogromnym przepychem. Potężne salonowe meble, drogocenne tkaniny, bibeloty. Każdy pokój jest inny, indywidualny, inaczej umeblowany i w innej kolorystyce. Na mnie zdjęcia sprawiają wrażenie kiczu. Wszystkiego jest za dużo. Altany, balkony, pokoje z widokiem na miasto, lub wewnętrzny, pełen roślinności ogród, a nawet dwupoziomowe apartamenty, basen. Mógłby być (a może był) hotelem, w którym zatrzymał się Gustav von Aschenbach bohater filmu Luchino Viscontiego Śmierć w Wenecji (1971). Nie stać nas w nim nawet na kawę, a więc obchodzimy budynek z zewnątrz, a resztę musimy obejrzeć w internetowej galerii, stąd skojarzenie z wnętrzami ze słynnego filmu. Nazwany jest tak od imienia weneckiego malarza kolorysty, który tworzył w epoce renesansu. Jego obrazy można obejrzeć w Gallerie dell’Accademia. Tylko czy są to oryginały? Czy może raczej falsyfikaty? Tych jest w końcu pod dostatkiem i to wykonanych na miejscu, bez opuszczania Wenecji. To jedno z największych masowych fałszerstw sztuki, a przy okazji i życiorysu artysty. Tym ciekawsze, że pochodzi z XVII w.


Zastanawiamy się nad tym z moją przyjaciółką Agnieszką maszerując do budynku dawnego kościoła Santa Maria della Carità (NMP Miłosierdzia) i klasztoru kanoników laterańskich. Są tu zebrane dzieła twórców weneckich, od XIV do XVIII w. Ale najpierw orzeźwiająca woda w kawiarni o cenach dostępnych dla przeciętnego turysty i opowiadam dalej tę niezwykła historię ogromnie uzdolnionych ludzi, których poniosło gdzieś na manowce.
 

Fałszerstwo jest swoistą sztuką, a najsłynniejsi fałszerze stali się sławni dzięki swojemu kunsztowi, choć ścigało ich prawo. Fałszerz obrazów Han van Meegeren (1889 – 1947), fałszerz monet Józef Majnert (1813 -1879), fałszerz dyplomów, rodowodów i kronik Przybysław Dyjamentowski (przydomek Mutyna 1694 – 1774), czy wreszcie Frank Abagnale (ur. 1948) były oszust, który został specjalistą od zabezpieczania czeków, został bohaterem czterech książek i filmu Złap mnie, jeśli potrafisz w reżyserii S. Spielberga. To nazwiska powtarzane przez historyków sztuki, kryminologów i prawników. Najlepsi z najlepszych. W latach 30. XX w. odkryto 30 sfałszowanych obrazów van Gogha, których autorem był Otto Wacker, tancerz kabaretowy. Przedstawił prace, jako pochodzące z prywatnej kolekcji pewnego księcia i w jego imieniu wystawiał je na aukcjach. Największe autorytety potwierdzały ich autentyczność i dopiero po roku trwania procederu, zaczęto podejrzewać, że to jakiś niezbyt czysty interes. Falsyfikaty były mistrzowsko wykonane. Inni znani malarze to Amadeo Modigliani, John Myatt, David Stein, Elmyr de Hory; rzeźbiarz Alceo Dossena.

Niedościgniony był Geert Jan Jansen, który wpadł, ale nie został złapany przez rzeczoznawców, ponieważ ci nie byli w stanie zauważyć najmniejszych niedociągnięć. Zgubił go błąd ortograficzny w wystawionym rzekomo przez galerię certyfikacie na który zwrócił stażysta. Skontaktował się on z galerią i fałszerstwo wyszło na jaw. Jansen jest autorem 1600 podrobionych prac. Klienci nie chcieli przeciwko niemu zeznawać, za wszelką cenę pragnęli zachować wspaniałe podróbki dzieł, za które zapłacili ogromne pieniądze, bo kupowali oryginały. Obecnie po wyjściu na wolność nadal maluje dzieła mistrzów, ale na odwrocie sygnuje je napisem falsyfikat, a podpisuje dla Matiss’a.
 

No właśnie, w przypadku sztuki, odkrycie fałszerstwa wcale nie oznacza, że praca traci na popularności. W lutym 2010 r. w Victoria and Albert Museum w Londynie odbyła się specjalna wystawa, na której zaprezentowano 100 sfałszowanych prac. Największą popularnością cieszyły się dzieła Shauna Greenhalgha (ur. 1961), a sam autor właśnie odsiadywał wyrok za fałszerstwa. Trafił do więzienia w 2007 r., na blisko 5 lat za sfałszowanie i próbę sprzedaży trzech asyryjskich reliefów. Jest samoukiem, szkołę opuścił mając 16 lat i nigdy nauki nie ukończył. Pracował jako sprzedawca antyków. Można powiedzieć, że działał w kręgu rodzinnej tradycji. Pomagał mu brat (był kasjer tego osobliwego gangu). Dziadek prowadził galerię sztuki, która kupowała i sprzedawała okazyjne dzieła. Matka zajmowała się fałszowaniem dokumentów, a ojciec spotkaniami z potencjalnymi klientami, a oboje rodzice w wieku 80 lat zostali skazani na wyroki w zawieszeniu, za fałszerstwa i pranie brudnych pieniędzy. Ze względu na podeszły wiek, nie można już ich było (kolejny raz) wsadzić do więzienia. Scotland Yard określił wspaniałą rodzinkę, jako possibly the most diverse forgery team in the world, ever. Także w Wiedniu otwarto muzeum sfałszowanych arcydzieł. Wielu kolekcjonerów kupuje obrazy, wiedząc, że są sfałszowane, ale nikt z gości nie ma szans o tym wiedzieć, ani tego sprawdzić, a więc chełpią się swoimi zbiorami.


Ale jesteśmy w Wenecji, a nasz bohater to mityczny malarz włoskiego renesansu Giorgione (Giorgio Barbarelli da Castelfranco, lub Zorzi di Castelfranco, a może Giorgio Barbarelli, 1478 – 1510). Podobno był bardzo wysoki, stąd przezwisko Giorgone, czyli Wielki Jerzy. Pochodził z Castelfranco, tak przynajmniej wynika z jego nazwiska, jeżeli jest prawdziwe i tam znajduje się jego obraz Madonna z Dzieciątkiem. Jego konserwacją, zajmował się Pietro della Vecchia. O tajemniczym malarzu wiemy naprawdę niewiele.
 

Podobno był uczniem G. Belliniego, ale nie wiadomo kiedy i jak znalazł się w Wenecji. Może zetknął się z Tycjanem, podobno miał na niego ogromny wpływ, razem pracowali i mieli wspólnych klientów. Tego także na 100% nie wiemy. Mistrz koloryzmu weneckiego, operowania barwą i światłem. Kiedy się tak sztuki malarstwa nauczył? Jego obrazy przedstawiają głównie postaci wkomponowane w krajobraz. Sceny krajobrazowe pochodzą głównie z biblijnych opowieści. Jako pierwszy malował współczesne akty i jemu przypisywana jest sławna Śpiąca Wenus z galerii w Dreźnie. Zmarł przedwcześnie w okresie zarazy, a więc jego kariera trwała tylko ok. 15 lat. Nie miał typowej pracowni, ani kręgu uczniów. Podobno spotkał wpływowego patrona i nie musiał martwić się o zamówienia. Jego klientami mieli być bogaci wenecjanie i w ich domach podobno wisiały jego liczne obrazy. Wkrótce po swej śmierci stał się postacią enigmatyczną, a jego nieliczne prace pojawiające się na rynku, pożądanym nabytkiem. Nie ma prac datowanych, ani podpisanych, a ich liczbę ocenia się na 5 do 40.

Jego biografię, w XVII w. wymyślili historiografowie Carlo Ridolfi i Marco Boschini, powiększając znacznie katalog jego dzieł. Dla nich Giorgione stał się nieślubnym dzieckiem szlachcica o nazwisku Barbarelli. Obaj byli niespełnionymi artystami. Nie tworzyli, ale uczestniczyli w handlu dziełami sztuki. Pisali książki o sztuce weneckiej, często w ten sposób dbając o własne interesy. Stąd w książkach znalazły się liczne opisy dzieł malarza, które miały zdobić weneckie pałace. Ich ilość powiększyła się do 65. Stworzyli też rodzaj jego szkoły określając naśladowców jako giorgionesco i dowodząc, że jest ich wielu, bo Giorgione wielkim malarzem był.

Odnajdywane w różnych miejscach i warunkach dzieła (za autora) malowało ich dwóch wspólników Nicolo Renieri i Pietro della Vecchia. P. della Vecchia jest też autorem Autoportretu Tycjana z National Galery w Washingtonie, a pod swoim nazwiskiem Żołnierzy u chiromanty z Muzeum Narodowego w Warszawie. Ci dwaj m.in należeli do mitycznej szkoły naśladowców, a sprzedawali obrazy zarówno swoje jak i mistrza. Nawet wytrawni kolekcjonerzy mieli problem z odróżnieniem tych prac, a co więcej rozpoznaniem w nich fałszerstwa. Szczególnie, że cała nasza czwórka uchodziła za ekspertów, prowadziła wyceny, zakupy i reprezentowała kolekcjonerów. Ich działalność przyczyniała się do co raz większego zainteresowania tajemniczym twórcą weneckiego koloryzmu. Współcześni eksperci bez trudu rozpoznają te XVII wieczne podróbki, bo różnią się i stylem i tematyką. Szczególnie inne jest operowanie pędzlem, różne grubości nakładania farby i faktury uzyskiwane, przez malowanie w rożnych kierunkach. Także Autoportret Tycjana został zidentyfikowany, a i tak jedna z jego wersji została sprzedana na aukcji za 160 tys.$.


W Galerii di Bella Arti, jak głosi napis nad wejściem, oglądamy PietęOłtarz św. HiobaSacra conversazione Giovanelli, Belliniego, Prezentacja Marii w Świątyni Tycjana i dwa obrazy naszego bohatera – Portret starej kobietyBurza. Jest też Le proporzioni del corpo umano secondo Vitruvio Leonarda da Vinci i Perspektywa z portykiem Canaletto, ale tego starszego, co Polski nie odwiedzał oraz inne zabytki malarstwa redutowego, którego ojczyzną również jest Wenecja. Kolory Burzy są bardzo intensywne, świetne operowanie światłem, a widoczek krajobrazowy nie wnosi żadnych modyfikacji tak ulubionych przez giorgionesco. Na wszelki wypadek ich obrazów w galerii nie ma. Ta galeria to prawdziwa uczta dla miłośników malarstwa, cieszy oczy i daje wytchnienie od wszech ogarniającego upału. Przed nami ostatni etap zwiedzania Wenecji „Vaporetto” czyli wodny tramwaj, który odwiezie nas na dworzec.