Transport wyklęty

Podczas tegorocznego festiwalu Młodzi i film w Koszalinie zaplanowałyśmy sobie z Kasią na piątek dzień festiwalowego odpoczynku, szczególnie że padało w czwartek od południa do nocy i ciągle lało rankiem. Nawet kolację musiałyśmy zjeść w naszym pensjonacie, ponieważ nie było możliwości żeby chociaż nos wychylić. Sprawdzałyśmy jednak pogodę we wszystkich możliwych serwisach i wyszło nam z tego, że koło 12.00 padać już nie będzie, chociaż nie musi być też specjalnie ciepło. Kasia postanowiła odbyć wielogodzinny spacer pustym brzegiem morza, natomiast ja zaplanowałam wycieczkę do Kołobrzegu, a więc znowu zawisłyśmy nad Internetem próbując wymyślić jakąś komunikację…


Teoretycznie były dwie możliwości: bezpośredni mikrobus Mielno/Kołobrzeg, lub mikrobus do Koszalina i pociąg do Kołobrzegu. Wybrałam wariant bez przesiadek, w okolicy 12.30 i po półtorej godzinie zwiedzania przydrożnych osad dotarłam na miejsce. Autobusik był stary, ciasny, niewygodny, za to zradiofonizowany, czyli pan kierowca raczył siebie i nas jakimś lokalnym lekko rockowym disco polo. No cóż taka gmina. Jechał z fasonem, walizki i pakunki przemieszczały się po wnętrzu, a ja czułam się jak worek kartofli.


Nie zwiedzaliśmy wszystkich miejscowości, tylko te do których jechali pasażerowie. Jak ktoś akurat czekał w okolicy to go zabieraliśmy. Tak po uważaniu, bo wyraźnych przystanków nie było, a nie można wykluczyć, że w miejscach do których nikt akurat nie jechał, czekali jacyś chętni, no i nikt ich nie zabrał. Logika transportu w tych okolicach pozostanie dla mnie nieodgadniona na zawsze.


W Kołobrzegu czekała mnie także spora komunikacyjna niespodzianka. Oficjalne przystanki autobusów były rozrzucone na przestrzeni ponad kilometra, po jakimś miejskim parku przylegającym do dworca kolejowego, a wszystkie kursy które znalazłam w Internecie nie występowały w rzeczywistości, lub czynne były ewentualnie od soboty. 


Oznaczeń niektórych przewoźników nie znalazłam, a więc mogły być także jakieś dzikie przystanki, ale gdzie? i czy można na takim przeczuciu budować strategię powrotu do bazy? Bieganie od słupka do słupka i próby zdobycia jakiejkolwiek informacji zajęły mi ponad pół godziny. W bieganiu towarzyszyła mi moja (chwilowo) kołobrzeska przyjaciółka, miejscowa kuracjuszka, i nawet jej wiedza i doświadczenie z tym egzotycznym dworcem autobusowym niewiele pomogły. 


Pozostał wariant z pociągiem, ale kiedy odstałyśmy w kolejce do kasy, usłyszałam także, że wisi już nowy rozkład jazdy, ale będzie obowiązywał od soboty, czyli wybrane przeze mnie bezpieczne czasowo połączenia (18.33 – 19.16 i 18.56 – 19.39) nie istnieją podobnie jak autobusy i mikrobusy widma. Na moje szczęście jakiś pociąg relacji Kołobrzeg/Koszalin (a nawet dalej, bo ze Szczecina do Przemyśla) się znalazł. Według rozkładu 20.01 – 20.40. 


Miałyśmy więc więcej niż przewidywałam czasu, a więc byłam i nad morzem i na przepełnionym już o tej porze deptaku, a także w cudownym lokalu, na patio ozdobionym żaglowym płótnem, gdzie podawano wymyślne desery, głównie oparte na owocach, musach owocowych, kawie, lekkich alkoholach, lodach i bitej śmietanie. Wszystko ozdabiano barokowo tak, że ostatecznie była to solidna porcja owoców z lekkim dodatkiem, a po uzdrowiskowej kolacji pobiegłyśmy na dworzec.


Mimo szumnych zapowiedzi automatycznego zawiadowcy (Proszę odsunąć się. Deklamował dzielnie komputer) zamiast na tor 2 przy peronie 1, pociąg wjechał na tor 1, a peron był 2. Spóźnił się do Koszalina tylko 10 minut i zdążyłam na ostatni mikrobus do Mielna, bijąc rekord szybkości na pokonywanej trasie. Podobno od soboty jest już mikrobus odbierający ludzi z wieczornego Pendolino. Ciekawe, czy będzie czekał do skutku, bo przecież opóźnienia mogą ulegać wszelkim zmianom.


Ostatecznie jakoś wylądowałam wprawdzie w Mielnie, ale na rogu przed skrętem do miasta. Pan kierowca nie był zainteresowany nowymi pasażerami, a mnie porzucił wskazując kierunek w jakim mam iść i pojechał na dalszy objazd miejscowości przybrzeżnych. Za 5 zł należy się tylko tyle i już. Ponieważ wieczorami nie budowano poprzecznej drogi ekspresowej, okazało się, że można dojechać z Koszalina szybciej niż dojść piechotą z hotelu na rogatki miasta. W między czasie rozpętała się burza i ulewa, którą spędziłyśmy z Kasią w lodziarni. 


Sobota transportowo była mało wyrazista. Mikrobus do Koszalina odjechał o godzinie wskazanej na rozkładzie jazdy i to z naszego zaprzyjaźnionego przystanku. Odbyłyśmy spacer po mieście połączony z obiadem, a potem spotkanie autorskie z Markiem Koterskim. Jestem z reżyserem zaprzyjaźniona od dawna. Pracowałam jako konsultant muzyczny Ajlawju (1999), a kiedyś razem wręczaliśmy na Festiwalu w Gdyni nagrodę za dźwięk. Było to super spotkanie. Kino festiwalowe pękało w szwach, tym bardziej, że wcześniej pokazywano Baby są jakieś inne (2011), a przez cały festiwal różne filmy naszego ulubionego reżysera. 


Oczywiście wszyscy pytali o najnowsze dzieło Marka, przy którym również miałam przyjemność pracować. Niestety, wszelkie próby wyciągnięcia z reżysera chociaż jednego zdania kończyły się cytując Marka Kondrata z Kilera (reż. J. Machulski, 1997) stwierdzeniem: wiem, ale nie powiem.

Czekała nas jeszcze uroczystość Gali festiwalowej i ten czas postanowiłyśmy wykorzystać na kolejny film fabularny. Odnajdę cię (reż. B. Dzianowicz), kolejne kino gatunkowe. Tym razem, kino policyjne, na pewno sensacyjne. Zrobione poprawnie, ale bez błysku. Scenariusz napisała sama reżyserka i widać wyraźny brak wiary, że prosta ale dobrze opowiedziana historia, musi się obronić. Stąd poszukiwania wydumanych uzasadnień, a potem pytanie np. co się w połowie filmu stało z ojcem dziecka? Negatywnie aktywny na początku historii potem znika i wątek urywa się. Czy dziewczynka musi grać na fortepianie preludium deszczowe? To łatwy utwór, a więc informacje, że matka planuje dla niej karierę muzyczną są na tym tle mało przekonujące, a metoda liczenia upływającego czasu wykonaniami utworu wydumana.


Oczywiście są znakomite zdjęcia Jacka Petryckiego i montaż Rafała Listopada. Jak zwykle porządne materiały dźwiękowe 100% Marysi Chilareckiej i sporo rzetelnej filmowej roboty w pozostałych działach. Na pewno filmowi nie służy muzyka, monotonna elektronika, głównie oparta na rytmie. Denerwuje i przeszkadza, ale nie opowiada, nie pomaga w prowadzeniu wątków. Skąpy, chyba zbyt skąpy, jest dźwięk, który kontrastuje z dobrze prowadzoną, oszczędną ale jednocześnie dostatnią i budującą warstwą dźwiękową w innych filmach: Wieża (reż. J. Szelc), Zgoda (reż. M.Sobieszczański), Podatek od miłości (reż. B. Ignaciuk), Cicha noc (reż. P. Domalewski), czy Reakcja łańcuchowa (reż. J. Pączek). Trudno powiedzieć, czy zabrakło czasu, czy pieniędzy na dłuższą pracę, bo chyba nie umiejętności?


Zastanawiałyśmy się nad tymi mankamentami, które niewielkim kosztem można by naprawić, bo z drugiej strony świetnie grają i dobrze prowadzeni są aktorzy. Inscenizacja jest bardzo przekonywująca, a więc film z zadatkami i przestrzenią niewykorzystaną. Tak upłynął nam spacer z centrum festiwalowego do Filharmonii na Galę, a po ogłoszeniu wyników i dość awangardowym koncercie nastąpiła brawurowa ucieczka z bankietu taksówką do Mielna. Na kolację były gofry i święty spokój.


Pozostała wyjątkowo trudna akcja transportowa Mielno/Warszawa z walizkami. Od tego roku uruchomiono dodatkowe Pendolino (15.40 – 21.40), czyli zamiast wstawać na pociąg o 6.39 jadący 5 h, kosztem podróży dłuższej o godzinę, mogłyśmy się wyspać. Niedzielne przedpołudnie spędziłyśmy nad morzem, a po wczesnym obiedzie pobiegłyśmy na (sprawdzony w sobotę) autobus. Do Koszalina dowiózł nas szybko, bo ekspresowej drogi poprzecznej w niedziele nie budują. Jednak atrakcje transportowe ciągle się czaiły, a ich apogeum miało za chwilę nastąpić.


Zamiast oczekiwanego kosmicznego kształtu najnowocześniejszego pociągu świata, na stację wtoczył się opóźniony pociąg z Kołobrzegu, o wyglądzie pośpiesznego ze zdezelowanymi wagonami. Oczywiście nie zgadzała się numeracja miejsc, było zamieszanie, a nawet lekkie urągania, ponieważ z powodu braków, doczepiono dodatkowy wagon, gdzie przenoszono nadmiarowych podróżnych, a wszystkie wagony razem nie spełniały standardu, za który płaci pasażer Pendolino. Ten sam rytuał powtarzał się na kolejnych stacjach, a apogeum osiągnął w trójmieście, gdzie jest aż 6 przystanków oraz gdzie pojawił się już prawdziwy tłum podróżnych.

Nie było strefy ciszy, obsługa biegała jak w ukropie. Blokowały się, niedopasowane do wagonów, wózki z napojami i cateringiem dla 1 klasy. Wagon barowy był oblegany i niewydolny, toalety pozapychane i brudne. Panował chaos i rozgardiasz, a wirtualny pan w dwóch językach co chwila przepraszał, bo pociąg się spóźniał, bo były niedogodności, bo obiecywał zwrot nadpłaty za bilety, informował o kolejnych stacjach i zapraszał do przepełnionego do granic możliwości baru, w którym trudno było w końcu kupić nawet wodę. W Warszawie mieliśmy tradycyjne spóźnienie 40 minutowe.


Od obsługi dowiedzieliśmy się, że ten Armagedon to skutek nieporozumień pomiędzy PKP a ministerstwami, które powinny zwracać firmie różnicę, między ceną biletu normalnego i zniżkowego. Pendolino uznano z luksus i kilka dni przed uruchomieniem dodatkowych pociągów zawiadomiono, że do dodatkowych, luksusowych połączeń dopłat nie będzie. Wszystko było już gotowe: nowy rozkład jazdy, składy, wydrukowane plakaty i informacje, a nawet sprzedane bilety. PKP zdecydowało się na zdegradowanie pociągu i zwrot za bilety, utrzymując czas przejazdu na poziomie 6 h. 


No i trzeba było wymienić wagony na mniej wytworne, a my testowaliśmy ten eksperyment jako jedne z pierwszych. Czułam się wręcz dumna i wyróżniona, ale tylko do poniedziałku. Kiedy w ramach zdziwień, w gospodarczej audycji TOK Fm, jeden z uczestników opowiedział o swojej sobotniej podróży do Gdańska pierwszym eksperymentalnym pośpieszno/pendolem.  Na dworcu w Warszawie wsiadali wszyscy, a nie tak jak w Kołobrzegu, Koszalinie i kolejnych -nieliczni. Nie było dodatkowego wagonu dla pominiętych podróżnych. Na tym samym peronie stał inny pociąg do trójmiasta (Przemyśl/Szczecin czy jakoś tak) za to wolniejszy i opóźniony już ponad godzinę. Na dworcu rozgrywały się sceny dantejskie. Załoga bezskutecznie usiłowała przez dłuższy czas rozlokować pasażerów we właściwych pociągach i na właściwych miejscach. Spóźnienie obu składów się powiększało.


Panią, czy też pana, tak radośnie gadającego przez głośniki przez całą drogę, zatkało i w sprawie panującej apokalipsy nie miał do powiedzenia nic, podobnie jak elektroniczny zawiadowca, gadający na dworcu. Braki informacyjne godnie multiplikowały tablice świetlne, które zamiast wyświetlić czas odjazdu i nazwy pociągów prezentowały napis: Żołnierze wyklęci! Pamiętamy! 


To najbardziej zdziwiło gościa radiowej audycji. Pewnie nie przypuszczał nawet, że tak można wykorzystywać tablice informacyjne na peronach. Mnie natomiast zastanawia, czy PKP nie powinno raczej pamiętać, że celem instytucji jest przewóz pasażerów. Nie deklaracje patriotyczne lecz stanie na straży obowiązują rozkłady jazdy i bronienie go jak niepodległości?