Niech się święci 8 marca

Niech się święci 8 marca

W moim domu mówiono, że dzień kobiet to komunistyczne święto i ostentacyjnie ignorowano. Zawsze gdzieś w okolicach tego dnia dostawałyśmy od Taty wspólny prezent: suszarkę do włosów, prodiż, budzik, lokówkę elektryczną, żelazko czy szybkowar, ale zbieżność dat była całkowicie przypadkowa. Kwiaty mama dostawała często, a nawet bukiecik stokrotek, czy margerytek wyglądał lepiej niż konstytucyjnie nakazany pojedynczy goździk marcowy. 


Co do pochodzenia święta, niewiele się moi rodzice mylili. Dzień kobiet obchodzony jest od 1909 r., a ustanowiony przez Socjalistyczną Partię Ameryki. Rok później uznali go socjaliści na całym świecie, a w 1911 r. obchodzono go w wielu krajach pod hasłem równych praw dla kobiet, prawa do głosowania, dostępu do szkół, szkoleń i równego traktowania w miejscu pracy. Rok później były to manifestacje przeciwko wojnie. Jednak lata świetności należy liczyć od czasów Związku Radzieckiego, a w Polsce od 1945, kiedy nastał PRL. 


Mówi się, że strajk kobiet pod hasłem chleb i pokój (8 marca czyli 23 luty dla prawosławnych) rozpoczął rewolucję lutową w Rosji, potem było to święto państwowe w ZSRR, a od 1965 r. dzień wolny od pracy: w celu upamiętnienia zasług kobiet sowieckich w budowie komunizmu, w obronie ojczyzny podczas wielkiej wojny ojczyźnianej, ich heroizm i bezinteresowność na froncie i na tyłach, a także zaznaczyć duży wkład kobiet w umacnianie przyjaźni między narodami i walkę o pokój. 


W każdym razie za mojego życia święto było obchodzone hucznie (chociaż bez dnia wolnego) do mniej więcej 1993 r. W przedszkolach śpiewaliśmy:


Dzień kobiet, dzień kobiet,
Niech każdy się dowie,
Że dzisiaj święto dziewczynek.


Uczyłam tak śpiewać moje przedszkolaki. W szkole była akademia, kwiaty dla nauczycielek i ogólne rozprężenie. Bez szaleństw było na studiach, ale kiedy zaczęłam pracę zawodową, to znowu święto wróciło. Dostawałyśmy od dyrekcji (a może od rady zakładowej) towary deficytowe: rajstopy, kawę, herbatę, pachnące mydło, ręcznik, ścierkę, fartuszek kuchenny. Nie wszystko na raz, co roku co innego oraz kwiaty. Pojedyncze goździki lub tulipany (wersja elegantsza). Była herbata, ciastka i lampka wina, którą także organizowały zakłady pracy. Oczywiście przynajmniej biura zawieszały jakąkolwiek działalność. Z wina robił się poczęstunek dla panów, a więc moje wspomnienie dnia kobiet od dzieciństwa, to pijani faceci z podwiędłym lub podmarzniętym żałosnym kwiatkiem, snujący się do wieczora po ulicach miasta. Ekipy filmowe, a także montażownie, jeżeli miały co robić normalnie pracowały i to mnie ratowało. Dnia kobiet solidnie nienawidzę, może przez to, że dla mnie ta data mocno łączy się z 8 marca 1968 r.


Chodziłam wtedy do VIII klasy. Nagle przerwano lekcje i bez akademii wysłano do domów, po uprzednim uzgodnieniu z rodzicami, co do tego czy mamy jak wrócić i dostać się do mieszkań. Reszta czekała na odbiór w szkole. Wkrótce po mnie do domu wrócił tata. Pracował w biurach Huty Warszawa, jako inspektor nadzoru przedsięwzięć budowlanych, bo huta ciągle się budowała. Wiedział, że w mieście coś się dzieje. Mówiono o zamieszkach i demonstracjach studenckich oraz o łobuzach i chuligańskich atakach. Z biur i wszystkich miejsc poza ciągłą produkcją, zabrano na akcję partyjnych i członków ORMO, a resztę zwolniono, bo niepartyjnych i nie ormowców zostało kilku i stali się kompletnie nieprzydatni. Koledzy wysłani do miasta, bardzo denerwowali się, bo wśród ich dzieci było wielu studentów. Czy jechali do walki z własnymi dziećmi? Więcej wiedzieliśmy dopiero następnego dnia, kiedy Tata miał okazję porozmawiać z wysłanymi aktywistami.


Więcej mógł mi po latach opowiedzieć mój mąż, który był wtedy studentem wydziału historii i podobnie jak jego koledzy został na Krakowskim Przedmieściu pobity. O 12.00 na dziedzińcu Uniwersytetu był wiec w obronie relegowanych ze studiów Michnika i Szlajfera. Rano ich dodatkowo aresztowano, razem z Lityńskim, Blumsztajnem i działaczami krytykującymi poczynania partii Kuroniem i Modzelewskim. Milicja wtargnęła na uczelnię, wspomagana przez aktyw robotniczy, ORMO oraz słuchaczy szkół milicyjnych. Brutalnie, nawet jak na tamte czasy, demonstracje rozpędzono.


Wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej, kiedy władze postanowiły zdjąć z afisza Teatru Narodowego spektakl Dziadów w reż. K. Dejmka. Gomułka oświadczył, że „Dziady” wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej. Oczywiście na ostatnim przedstawieniu, 30 stycznia było bojowo, a potem kilkaset osób poszło pod pomnik Mickiewicza z transparentami i się zaczęło. Wyrzucenie Michnika i Szlajferta, petycje, zbiórki pieniędzy na grzywny dla zatrzymanych, listy PZL, ulotki informacyjne, protesty Kuronia i Modzelewskiego, no i na zakończenie ten wiec, a rano aresztowania. Władze nie zamierzały ustępować, a w solidarności z UW ruszyły inne uczelnie, właściwie w całym kraju i czasem udawało się pokojowo, a czasem milicja stosowała siłę, byli pobici i zatrzymani. W Warszawie Uniwersytet poparła Politechnika (jak przeczytali Dziady) i ten fragment wydarzeń marcowych pokazał w serialu Dom Jan Łomnicki.


W odwecie były masówki w zakładach pracy. Mówiono o wichrzycielach, bananowej młodzieży i zaczęto łączyć sprawę cenzury z problemem żydowskim, który pojawił się na początku roku, bo kraje socjalistyczne, tak jak kazano z ZSRR, w wojnie sześciodniowej poparły Arabów. Okazało się, że agresja Izraela jest rezultatem spisku najbardziej reakcyjnych sił międzynarodowego imperializmu. Do tego doszły rozgrywki wewnątrzpartyjne i grupa nacjonalistyczna pod dowództwem Moczara postanowiła pozbyć się przy okazji Gomułki. Rozpoczęła się czystka w strukturach PZPR, wojsku, policji, na uczelniach (pokazuje to pięknie film Różyczka, reż. J. Kidawa – Błoński, 2010) i konsolidacja sił, szczególnie, że w Czechosłowacji zaczęła się praska wiosna, co komunistom nie było na rękę. Za to pojawiło się sporo dobrych posad do rozdania. 


Wtedy pojawiły się słynne do dziś transparenty „Syjoniści do Syjamu”, ale także w odpowiedzi na petycje i działania PZL i studentów: „Studenci do nauki, pisarze do pióra”. A po stronie studenckiej: „Chcemy kultury bez cenzury” i „Czytajcie Świerszczyk (pisemko dla dzieci), jedyne pismo, które nie kłamie”. Demonstracje trwały wiele dni, w niektórych przypadkach gromadziły tysiące ludzi. Najważniejsze było jednak to, że robotnicy nie poprali studentów, o czym mówił w Człowieku z żelaza Birkut, wspominając to jako największy błąd w historii walki z komunizmem, podobnie jak brak poparcia studentów i inteligencji, kiedy w 1956 walczyli robotnicy. Dlatego w 1980 r. powinni byli i wystąpili wszyscy.


Mnie, jako niespełna 15 letnią panienkę, najbardziej obeszły reperkusje wobec Żydów marca 1968. Z mojego otoczenia zniknęło nagle wiele osób. Przede wszystkim Miriam i Róża, które chodziły ze mną do klasy. Pewnego dnia po prostu nieprzyszły do szkoły, a koledzy z ich bloku opowiadali, że rano drzwi do mieszkań ich rodziców były otwarte, a mieszkania puste. Wkrótce zasiedlono je nowymi lokatorami. Nikt nie chciał z nami rozmawiać, o tym co się z nimi stało. Ja wiedziałam od rodziców, bo w moim domu o tym dyskutowano. A zresztą moja szkoła (nr 68 na ul. Or Otta, przy Al. Wojska Polskiego) mieściła się przy Dworcu Gdańskim i wzmożony ruch w okolicy nie był  trudny do zauważenia.


Do szkoły muzycznej chodził ze mną Romek. Wkrótce po 8 marca zapowiadałam jego koncert w Filharmonii Narodowej (byłam w szkole najmłodsza, a po tym jak na szkolnej audycji zapowiedziałam utwór Sajsensa, niezwykle popularna i podobno przynosiłam szczęście). Grał Koncert c- moll Beethovena. Pięknie. To było wyróżnienie dla najlepszych uczniów i wtedy występowały tylko trzy lub cztery osoby. Tata Romka siedział przy pierwszym pulpicie skrzypiec i bardzo był niezwykle przejęty. Za kulisami, gdzie schodziłam po każdej zapowiedzi, mówiono, że do Wyższej Szkoły Muzycznej dostanie się w cuglach, że wystartuje w Konkursie Chopinowskim i wróżono mu wielką karierę. A on nawet nie zdążył skończyć naszej szkoły i nie zagrał recitalu dyplomowego, który miał już zresztą przygotowany. Dobrze, że rok wcześniej zrobił maturę. Koncertmistrz w Filharmonii Narodowej to było jedno z tych fajnych stanowisk, chociaż jego rodzina nosiła polskie nazwisko, ktoś zadbał aby ojciec stracił pracę, a oni dostali dokument podróży z adnotacją, że nie są obywatelami polskimi.


Te wydarzenia wróciły, kiedy zaczęłam pracować w filmie. To był przede wszystkim film Sławka Piwowarskiego Marcowe migdały (1989). Sławek jest ode mnie kilka lat starszy (rocznik 1948), a więc wtedy był bardziej świadomy. Jeden z bohaterów, to jego szkolny kolega, a pożegnanie na dworcu i niechciane wyjazdy to także wydarzenia z jego młodzieńczej pamięci i trauma, która byłą udziałem wszystkich. Film kończyliśmy piosenką z Piwnicy pod Baranami: Nasza młodość. Podobno w jakiejś telewizji film powtórzono w ostatnich tygodniach. Mówili mi o tym przejęci studenci. Wypadł niespodziewanie a propos.


Był też Kwartet Tomka Zygadło (1989), szczególnie mi bliski, bo akcja filmu toczy się m.in. w 1968 r. w Wyższej Szkole Muzycznej. Jest w nim wiele odniesień do realnych sytuacji i wręcz rozpoznawalne sylwetki konkretnych ludzi. Uświadomili mi to członkowie Kwartetu Wilanowskiego, kiedy prosiłam ich o zgodę na wykorzystanie ich wykonania Kwartetu cis – moll op. 131 nr 14, L. van Beethovena z piekielnie trudnym Presto. Oni byli już wtedy studentami i na ich oczach rozgrywały się opisywane wydarzenia, lub mogły rozgrywać. Rzeczywiście jeszcze w 1989 r. snuli się po korytarzach Uczelni słynni „Marcowi docenci”, którym nigdy, mimo wsparcia partii, nie udało się zrobić kariery muzycznej. Talentu nie da się uchwalić, ani zadekretować. Naszym bohaterom wydarzenia marcowe przerywają dobrze rozwijającą się kariera. Dziewczyna, Żydówka, musi opuścić Polskę, a spotkanie po latach okazuje się całkowitą klęską.


Tomek Zygadło był szczególnym reżyserem, synem muzyka, znawcą i koneserem muzyki poważnej, rozrywkowej, wszelkiej. Dlatego wybieraliśmy do filmu utwory z wyjątkowym pietyzmem. Muzykę komponował i aranżował Tomek Bajerski, a ja występowałam w niektórych utworach jako wykonawczyni. W Symfonii dziecięcej, przypisywanej Haydnowi, Mozartowi, a także jego ojcu i Suliko z Bajerskim na cztery ręce. To ludowa melodia gruzińska, ulubiona piosenka Stalina. Nasi bohaterowie grają ją wspólnie na fortepianie, profesorowi na urodziny w latach 50. My w studio M1 graliśmy dla ogromnej publiczności. Zwabieni muzyką dochodząca z reżyserki, przybiegli posłuchać wszyscy chyba pracownicy pierwszego piętra budynku na Myśliwieckiej i okolic.


Niewiele jest dziś krajów, w których historia jest w stanie wywołać autentyczne emocje. Tymczasem w Polsce fakty i dokumenty z przeszłości nadal funkcjonują jak bomby, których w porę nie zdetonowano. Społeczeństwo reaguje na ich ujawnienie bardzo różnie: są huczne obchody i kameralne rozliczenia. Narodowy kalendarz rocznic ciągle się powiększa, co spędza sen z powiek historykom i artystom, pisała wtedy recenzentka (cytuję za filmpolski.pl, a tam nie podano jej nazwiska) i dziś są to słowa jeszcze bardziej aktualne.