Studio Sonoria

Barokowe sierotki i nie tylko. Kobiety twórcami muzyki barokowej

Barokowe sierotki i nie tylko. Kobiety twórcami muzyki barokowej

Sierota to słowo, które niesie w sobie smutek, współczucie, myśl o samotności i poniewierce. Na szczęście takich sierot, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym, jest niewiele. Kiedyś ludzie żyli krócej, matki umierały w połogu, ojcowie w bijatykach, wojnach, wszystkich nękały nieuleczalne choroby, a więc dzieci osieroconych było dużo. Jeżeli były bardzo małe i w gospodarstwie nie przydatne, trafiały do sierocińców, zwanych przytułkami. Do przytułków trafiały też dzieci porzucone, czy wręcz podrzucone, a takich również było więcej niż obecnie, bo i nasze podejście do dzieci, troska o ich wychowanie, zdrowie, kształcenie, itd., jest wymysłem dopiero XIX wiecznym.


Wcześniej nadmiernie się do dzieci nie przywiązywano. Wiele z nich umierało przy porodzie lub wkrótce potem. Następna duża grupa kończyła życie nie dożywając do lat 10, bo dzieci nie wychowywano, a hodowano, a więc wiele było nieszczęśliwych wypadków. Niezależnie dużą śmiertelność powodowały dziś już niegroźne choroby. W życiorysach znanych ludzi można wyczytać, że rodzeństwa, czy dzieci mieli kilkoro lub kilkanaścioro, ale do pełnoletniości dożyło jedno, dwójka no czasem trójka. Dlatego nikogo nie dziwiło, że dzieci nadmiarowe porzucano, a podrzucenie do przytułku, było wręcz objawem humanitaryzmu, bo zawsze mógł go czekać jeszcze gorszy los.


Jeszcze na przełomie XVIII i XIX w. możni we Francji oddawali swoje dzieci zaraz po urodzeniu mamkom, płacili i odsyłali do ich rodzin. Jeżeli dziecko przeżyło do 7 – 8 roku życia i rodzice akurat sobie o nim przypomnieli to wracało, często tylko po to by wylądować w jakimś miejscu pobierania nauk lub zaszczytnej służby. Nie zawsze wiedziano ile dzieci jest i gdzie przebywają. No to się czasem gubiły.


Angielscy arystokraci oddawali do szkół z internatem 5 letnich chłopców. Po latach wracali do domu obcy, dorośli mężczyźni i trudno było nawiązać jakąkolwiek więź. Zresztą nikt tego nie oczekiwał. Dzieci z biednych rodzin zaczynały pracę jak tylko były do tego zdolne. Szybko wysyłano, lub sprzedawano je na służbę, a do domu nie wracały nigdy. W domach możnych także handlowano potomstwem, wydając za mąż córki i żeniąc synów tak, aby rodzinie pomagali nawiązywać korzystne sojusze. Jeśli dzieci było za dużo, to nawet na królewskich dworach, te młodsze nikogo nie interesowały.


Takim dzieckiem (piętnastym, z szesnaściorga urodzonych i jedenastą, ostatnią córką) była królowa Francji Maria Antonina Habsburg. Nie była ani zadbana, ani wykształcona. Kiedy małżeństwo już ukartowano (zastąpiła nagle zmarłą, starszą siostrę), w popłochu zaczęto uczyć ją języków, prostować zęby, poprawiać braki w etykiecie, a ona nawet po niemiecku nie pisała i nie wysławiała się dobrze. Jak paczkę wysłano 14 letnią dziewczynkę, na francuski dwór i nigdy nie zobaczyła już rodziny. Wcześniej także głównie zajmowała się nią służba i znała tylko rodzeństwo jej wiekiem najbliższe. Jej matka Maria Teresa, cesarzowa Austrii, była znakomitym władcą, ale Maria Antonina nie miała okazji niczego się od niej nauczyć, bo jej nie widywała, a audiencje były chłodne i krótkie. Praktycznie nie widziała też niczego poza fragmentami pałaców i ogrodów, przeznaczonymi dla królewskich, nadmiarowych dzieci. Niespodziewane małżeństwo wydawało się uśmiechem losu, ale i tak jej żywot okazał się tragiczny.


Świetnie wykształcony i przygotowany do kierowania cesarstwem był jej najstarszy brat Józef II Habsburg, którym matka zajmowała się od wczesnej młodości i przygotowywała do przejęcia od niej władzy. Przez jakiś czas władali krajem nawet wspólnie. To jego możemy oglądać w Amadeuszu Milosza Formana. To on próbuje się zmierzyć z fortepianowym utworem A. Salieriego, przed nim popisuje się W. A. Mozart i to on mimo, że cały film nakręcono po angielsku, do Salieriego zwraca się per Her Kompozer.


Przy takim stosunku ludzkości do dzieci, przytułki były jedną z form egzystencji i to nader popularną. Prowadziły je zakony, a podopiecznych jak najrychlej przysposabiano do pracy, aby mogli zmniejszać koszta swojego pobytu w placówce, a najlepiej nie tylko je pokryć, ale jeszcze coś zakonowi przysporzyć.

Na szczególną uwagę zasługują włoskie przytułki/szpitale, czyli ospedali. Tradycyjnie schronienie znajdowały w nich dzieci osierocone, nieślubne, porzucone, lub takie, których rodzice nie byli w stanie podołać trudom wychowania. Bardzo ciekawy był ich profil zawodowy. Najstarszy zakład powstał w 1537 r. w Neapolu, ale szybko powoływano kolejne placówki w różnych miastach i tak działo aż do końca XVIII w. Ostatnie zamknięto w 1830 r. Ospedale della Pietà. Inna ich nazwa to konserwatoria, co oznacza też szkołę muzyczną.


Skąd takie pokrewieństwo? Specyfiką tych kościelnych zakładów opiekuńczych było kształcenie w różnych zawodach muzycznych. Na zlecenie i za pieniądze możnych przygotowano armię znakomitych specjalistów w muzycznym rzemiośle, aby mogły powstawać kolejne orkiestry pracujące w kościołach, na dworach czy w powstających właśnie operach i salach koncertowych, utrzymywanych przez bogatych obywateli Wenecji, Florencji i innych republik podzielonych Włoch.


Dlatego, kiedy zakładano pierwszą świecką uczelnię w Paryżu, także nazwano ją konserwatorium. Szczególnie, że wcześniej mimo rygorystycznego regulaminu do włoskich ospedali przyjmowano już nie tylko podrzutki i sieroty, ale także dzieci szlacheckie. Niemowlęta, ale i młodzieżowych studentów. Dla takich zdolnych dzieci fundowano stypendia, lub sami rodzice opłacali ich pobyt w ospedale. Profil zawodowy ospedali okazał się bowiem niezwykle atrakcyjny, a najzdolniejsi robili prawdziwe kariery solistyczne. A że dzieci pozbywano się w ten sposób z domu. No cóż. Baba z wozu, koniom lżej.


Inną cechą wyróżniającą te kościelne przybytki był fakt, że kształcono tam zarówno chłopców, jak i dziewczęta. Cztery z nich – Ospedale della Pietà (w którym uczył Antonio Vivaldi), Ospedale L’IncurabiliOspedale I Mendicanti oraz Ospedale Gli Derelitti – zyskały międzynarodową sławę i uznanie właśnie dzięki kształceniu utalentowanych dziewcząt. Był to ewenement w skali światowej, bo zarówno w tamtych czasach, jak i jeszcze długo później, kobiety formalnie nie mały takich możliwości. Ospedali stały się jednym z nielicznych miejsc, który umożliwiał kobietom rozwój ich muzycznych zainteresowań, pasji i talentów. I o dziwo Europa powitała z otwartymi ramionami te kobiety, często pochodzące z nizin społecznych, ale uzdolnione niezwykle i nie dziwiono się ich pracy na całkiem męskich stanowiskach (nawet w wokalistyce, gdzie wcześniej prym wiedli kastraci).


Początkowo dziewczęta uczono jedynie śpiewu gregoriańskiego (canto fermo) oraz psalmodii. Z czasem pojawił się śpiew wielogłosowy, później dołączono do programu nauczania grę na instrumentach. Każde konserwatorium miało przynajmniej 30 – 40 osobową orkiestrę. Poziom nauczania był bardzo wysoki. Poza Antonio Vivaldim w konserwatoriach uczyli m.in. Antonio Martinelli, Johann Hasse, Francesco Gasparini, Giacomo Filippo Spada i Giovanni Pergolesi. Bardzo wiele utworów tych kompozytorów, powstało właśnie z myślą o występach szkolnych zespołów. Patrząc na problem z drugiej strony: kompozytorzy mieli stałe zespoły wokalne i muzyczne dla których mogli komponować. O rozmiarach przedsięwzięcia wiele wiemy z faktur jakie zachowały się u weneckich lutników, którzy opiekowali się instrumentami pensjonariuszy. Reperowali, poprawiali, przebudowywali, ale także wytwarzali nowe, często mistrzowskie egzemplarze.


Symbolem wszystkich wychowanek włoskich ospedali jest Annie Marii della Pietà. Nazwisko wskazuje na jej pochodzenie, a także szkołę, którą ukończyła. Byłą sierotą lub porzuconym dzieckiem. Wychowała się w Wenecji w Ospedale di Satna Maria della Visitazione o della Pietà, bo tak brzmi pełna nazwa tego przytułku, klasztoru i szkoły muzycznej. Uważano ją za jedną z najlepszych skrzypaczek swoich czasów w Europie. Z tego samego konserwatorium pochodzą kompozytorki Agata, Michalina i Santa wszystkie della Pietà (podrzutki, lub sieroty), Anna Bon i Vincenta Da Ponte, a także Regina Strinasacchi. W Ospedale San Lazzaro dei Mendicanti wykształciła się Maddalena Laura Lombardini. O czterech pierwszych niewiele wiadomo. Vincenta Da Ponte prawdopodobnie była odpłatnym studentem, na co wskazuje nazwisko, lub stypendystą. Wiadomo tylko, że żyła w drugiej połowie XVIII w. śpiewała w chórze i komponowała.


Regina Schlick (1761 – 1839) z domu Strinasacchi była wybitną skrzypaczką i to znaną daleko poza swoim ospedale, a nawet szeroko pojętą włoską ojczyzną (Włochy były wtedy podzielone na księstwa i republiki). Aby pojawić się na estradach Europy musiała uzyskać papiery mistrzowskie i zgodę macierzystego przytułku, aby opuścić jego zespół. Dla niej W.A Mozart skomponował Sonatę B dur na skrzypce i fortepian Strinasacchi KV 454, którą nawet wykonywali w duecie. Mozart pisał o niej w listach do ojca, jako o wybitnym talencie. Może go oczarowała jako kobieta? Regina grała też na gitarze i komponowała. Występowała z wielkim powodzeniem publicznie, co było ewenementem. Jej mąż Johann także komponował, był wiolonczelistą, mandolinistą i kapelmistrzem. Syn Johann Friedrich został wiolonczelistą i lutnikiem.

Maddalena Sirmen (1745 – 1818) z domu Lombardini, komponowała, grała na skrzypcach i próbowała, bez sukcesu, pod koniec życia śpiewać. Pochodziła z ubogiej szlachty. Uczyła się u Giuseppe Tartiniego (tego od diabelskiego tryla i tonów różnicowych), który sam opłacał jej naukę. W wieku 21 lat otrzymała licencję maestro i pozwolenie na koncertowanie poza Wenecją. Jej mąż Ludovico także był skrzypkiem. Razem występowali w Paryżu i Londynie, gdzie przyjmowano ich entuzjastycznie.


Ja widać w tym okresie, możliwością muzycznego kształcenia dla kobiet, był albo przymusowy pobyt w przytułku, uzyskanie stypendium na takie kształcenie, lub rodzice, którzy naukę w ospedale sfinansują. Ich późniejsze losy bywały różne, ale wiele takich kobiet przyjmowały pod swój dach bogate domy szlacheckie i mieszczańskie. Tam do ich obowiązków należało dostarczanie swoją sztuką rozrywki gościom, ale także i gospodarzom. Komponowały i wraz z innymi zatrudnionymi w domostwie muzykami, głównie mężczyznami, występowały. Czasem, jak dwie panie opisane powyżej, wychodziły za mąż za któregoś z muzyków i wraz z nim, po uzyskaniu zgody chlebodawcy podejmowały samodzielną karierę lub podróżowały, jako wolni muzycy z koncertami po dworach.

Close Menu