Czytam opasłe tomisko – Spowiedź menadżera, ale wbrew wadze księgi zawartość jest lekka, a przy tym nostalgiczna. Jacek Sylwin to niepoprawny optymista, a więc chociaż wspomina problemy i porażki, chce mówić głównie o tym co się udało mimo wszystko. Nasza młodość z oddali zawsze jest piękna, a problemy same się wygładzają, jakby je ktoś starannie uprasował.
Powstanie tej książki bardzo mnie uradowało
Zamawiając ją, zaczęłam zastanawiać się jak długo się z Jackiem znamy i wyszło mi, że w zasadzie od zawsze. Przy okazji jakiegoś filmu, gdy ścigałam muzyków, aby uzyskać zgody i zapłacić im za wykorzystanie starego, ale chronionego nagrania, przypomniała mi się taka scenka, która teraz pasuje jak ulał:
Mam 14 lat jestem uczennicą 7 klasy szkoły podstawowej i 1 klasy szkoły muzycznej II stopnia (Bednarska), która chwilowo korzysta z gościny w liceum na ul. Krasińskiego. Jestem najmłodszą uczennicą szkoły i tak będzie przez dwa najbliższe lata, póki nie pojawią się moi rówieśnicy – ośmioklasiści. Jestem też prawie najmniejsze, a na pewno niższa niż obecnie. Wędruję korytarzem łączącym stary budynek z nową częścią. Z przeciwka idzie Ewa Złotowska. Ona jest w szkole najniższa, chociaż nosi bardzo wysokie szpilki. Nazywa mnie swoją siostrzyczką i przyjaciółką, bo stoimy koło siebie w pierwszym rzędzie chóru i jakoś nam wtedy raźniej. Mama kupiła mi cienkie rajstopy i pantofle na trzy centymetrowym słupku i wygląda to trochę lepiej. Muszą uważać, bo z nich spadam, ale to mojej sytuacji wzrostowej radykalnie nie poprawia, całe szczęście, że mam koło siebie Ewę. Z Ewą idzie dwóch panów. Ściskamy się jak zawsze na przywitanie, a ona nas przedstawia. To Jacek i Mały. Nazwiska nie podają, albo zaaferowana ogólną sytuacją, nie zapamiętuję. Zresztą to osoby z dorosłego świata, który mnie, małej dziewczynce jest całkiem obcy.
Mały to Czesiek Bartkowski i właśnie rozmawiając o jego pierwszych nagraniach z prawdziwymi jazzmanami przywołuję to wspomnienie, bo on na tych nagraniach także był najniższy i najmłodszy, a zaczynał w 1960 r. Czesiek to rocznik 1943, a więc jest starszy ode mnie o 10 lat. Nadal na swoje lata nie wygląda. Ewa? Nigdy nie wyglądała zbyt poważnie i już większa nie urosła. Czy Jacek pamięta to spotkanie? Nie sądzę. Dziś wiem, że miał 20 lat, a wiec dzieliła nas wiekowa przepaść.
Za kilka lat spotkaliśmy się ponownie i to na dłużej. Studiowaliśmy w tym samym czasie i na tym samym roku w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej (dziś UMFC) tyle, że na innych wydziałach. Jak to się mogło stać? Z książki wiadomo, że Jacek miał różne życiowe perypetie z wojskowym epizodem włącznie, co jego naukę w Najwyższej Szkole Muzycznej opóźniło, a ja musiałam poczekać po skończeniu szkoły muzycznej II stopnia przed czasem, aż zrobię ogólnokształcącą maturę. Przy okazji nasza różnica wieku jakby się zmniejszyła.
Nie mieliśmy wspólnych zajęć, ale widywaliśmy się na korytarzach, w stołówce, w bufetach. Nie byliśmy zaprzyjaźnieni. Innym miejscem spotkań było radio i telewizja. Jacek tam pracował, a ja od II roku byłam częstym gościem różnych przedsięwzięć muzycznych, nie tylko na oficjalnych praktykach. Nie mieliśmy wspólnych interesów, ale bywaliśmy w tych samych miejscach i spotykaliśmy się z tymi samymi ludźmi.
Te spotkania stały się intensywniejsze, kiedy zaczęłam pracować jako konsultant muzyczny, a Jacek zajął się menadżerką zespołów i zarządzaniem instytucjami muzycznymi. Pisze o tym tak swobodnie, a przecież jest postacią w naszym środowisku wyjątkową, przecierająca szlaki i zawsze na pierwszej linii wspierającą nowe wyzwania. Dalej pracowaliśmy nie ze sobą ale obok siebie. Ja bardziej skupiałam się na filmie on na muzyce, fonografii, koncertach i to muzyce rozrywkowej, jazzowej, rockowej, a więc traktowanej jak mniej poważna i nieważna.
Co nas łączyło? Muzyka Młodej Generacji
Powstały dwa filmy na ten temat. Oba w tym samym czasie. Jednego z reżyserów Pawła Karpińskiego, Jacek wspomina. To tylko rock (1983) był filmem fabularnym, komercyjnym, realizowanym w Zespole Perspektywa pod opieka Janusza Morgensterna. Akcja rozgrywała się na dwóch poziomach: osób dorosłych związanych z show bussinesem i telewizją oraz trochę młodszych, amatorów, którzy zaczynali swoją przygodę muzyczną, a te drzwi miał im otworzyć Jarocin i festiwal, który Jacek współorganizował z Walterem Chełstowskim.
Muzykę do filmu komponował Marek Stefankiewicz (jeden z założycieli Budki Suflera), a także pianista i mój kolega ze studiów. Dla potrzeb filmu powstał zespół Krzyk, w którym poza Markiem występowali Adam Lewandowski, Winiek Chróst, Arek Żak, jako lider Jan Jankowski i solistka, a także dziewczyna Janka, Grażyna Trela Stawska. Marek jest autorem (Andrzej Mogielnicki teksty) piosenek To tylko rock, Czemu u nas tak cicho (wyk. Grażyna Trela) oraz Poranny Blues (Krystyna Janda). Dla zespołu Rubi napisał z Mirą Dall Niebezpieczne spojrzenia, a dla Jajco z Pawłem Karpińskim Kobieta zmienną jest.
Gwiazdami filmu były Classix Nouveaux i Lady Pank (Moje Kilimandżaro, Fabryka małp; Jan Borysewicz i Andrzej Mogielnicki), ale wystąpiły także: Oddział zamknięty, Rejestracja, Mech, Dezerter, Śmierć kliniczna. Korzystaliśmy z gotowych nagrań (Polskie Nagrania, Polskie Radio, Tonpress), robiliśmy nagrania na koncercie Classix Nouveaux, który odbył się w Hali Gwardii, ale też nagrywaliśmy potrzebne utwory w Studio Tonpressu, co było drogą przez mękę.
Nie wszystkie zespoły wymienia w swoich wspomnieniach Jacek, jako pokłosie Jarocina. Na pewno z Jarocina nie wywodzi się Lady Pank, które wtedy było już powszechnie znane i miało nagraną świetną płytę, z której materiały służyły nam jako playbacki, a także jako rozgrzewka dla statystów będących naszą publicznością. Nie wiem co byśmy bez zaprzyjaźnionego ze mną zespołu na tych zdjęciach nakręcili. Lady Pank zagrało krótki, nie planowany koncert w czasie którego operatorzy nakręcili ujęcia szalejącej publiczności. Inne zespoły tak statystów nie porywały.
Młodzi muzycy byli naprawdę amatorami. Pojawiali się na nagraniach z niekompletnym instrumentarium, nie zawsze radzili sobie w studio. Ratował nas Marek i nasi Krzykowcy, szczególnie Adaś i dziś trudno powiedzieć, w których utworach słyszymy jego bębny lub bębny i osobiście jego, zamiast osób widocznych na obrazie. Kiedy ok. 9.00 słyszał mój głos w telefonie, od razu pytał: czego dzisiaj nie masz?
Odpowiedź co dzień była inna. Podstawowy zestaw bębnów stał w studio, ale można było nie przywieźć blach, właściwych pałeczek, albo żadnych. Adaś często był potrzebny, żeby realizator mógł perkusję do nagrania ustawić, bo nie mógł się porozumieć z bębnistą zespołu. Po wszystkich sesjach gitary poprawili Winiek i Arek, a klawisze Marek. Prowadziłyśmy nagrania z Ewą Bek i było to dla nas obu traumatyczne przeżycie.
Chłopcy z zespołów często chodzili jeszcze do szkoły. Rodzice wsadzali ich do pociągu, a Ewa zgodnie z informacją odbierała. Kiedy zapakowała ich w drogę powrotną dzwoniła do rodziców, że jadą. Do nas jakoś dojeżdżali, podekscytowani pierwszą często wizytą w studio. Z powrotami było gorzej. Walczyłyśmy z otumaniaczami, które zażywali, piwem, które sprzedawano im w sklepie nad studiem, póki nie sprowadziłyśmy milicji. Dowodów osobistych, jeszcze nie mieli.
Jacka nie ma w oficjalnych dokumentach filmu, ale przewijali się obaj z Walterem na zdjęciach. Może pełnili funkcję nieformalnych doradców, zważywszy na znajomość z reżyserem i niesfornymi zespołami?
Drugi film Konceret/Muzyka młodej generacji (1982), wyprodukowało Studio im. Irzykowskiego. Reżyserem był Michał Tarkowski, znany z Salonu Niezależnych i jako aktor z Człowieka z marmuru (reż. Andrzej Wajda). Film kręcono na taśmie 16 mm. Budżet był dużo skromniejszy, a film dokumentalny. Jednak władze bały się go bardziej. Tak bardzo, że nigdy nie powstała obiecywana kopia 35 mm, która umożliwiła by filmowi szeroką kinową dystrybucję, a tytuł filmu zmieniono.
Uważano, że wysyp nowych zespołów stanowi coś w rodzaju wentyla, który pozwoli nadmierne emocje młodych rozładować. Okazało się, że to buntownicy, gotowi stanąć na czele masowych protestów, a Perfekt, czy Republika od razu były narażone władzy podobnie jak Lady Pank czy Maanam. W filmie wystąpiły: Easy Rider, Perfekt, Krzak, TSA, Kasa chorych, Republika, Brygada Kryzys, Deuter i Ogród wyobraźni. Gwiazdą był Maanam i znowu nie wszystkich Jacek zalicza do spadkobierców Jarocina. Tym razem odwołań (poza tytułem) do Festiwalu nie było. Materiały kręcono na Rockowisku ’81. Także nagrania muzyczne powstały na koncertach, na żywo. Tylko Maanam dysponował studyjnymi nagraniami, co wykorzystano do nakręcenia ich występu w formie teledysku.
Pamiętam cichą projekcję, na jaką zezwolono pod koniec lutego 1983 r. w sali D. Był piątek lub sobota, godzina 20.00. Szłam pustymi korytarzami budynku przy halach zdjęciowych. W WFDiF światła paliły się tylko na niektórych korytarzach. Wydawało się, że spotkanie żywego człowieka w promieniu wielu kilometrów jest bez szans. Otwarcie drzwi do sali projekcyjnej całkowicie zmieniało ten pogląd.
Ludzie stali, siedzieli na schodach i podłodze pod ekranem. Wśród widzów był komplet znanych mi muzycznych redaktorów i przynajmniej kilku lub kilkunastu, których nie znałam. Nie sądzę, żeby Jacka w tym gronie nie było. Natomiast ja byłam tak oszołomiona niespodziewanym tłumem, że nie witając się z nikim, szybko usiadłam, gdzie dałam radę, chcąc zobaczyć na dużym ekranie film, bo z doświadczeń stanu wojennego wiedziałam (Wierna rzeka, reż. Tadeusz Chmielewski, blog 444), że może być to projekcja pierwsza i ostatnia.
Czesław Niemen
Jacek pisze też o Czesławie Niemenie i koncercie w Sztokholmie, przy pustej sali, tuż po wyemitowaniu w TVP wywiadu z artystą. Niemen nigdy nie był pupilkiem władzy. Był zbyt samodzielny i oryginalny. Interesował się nim zachód, proponowano koncerty, nagrania, stypendia. To nie była komfortowa sytuacja dla decydentów i jeszcze w takim momencie. Mówią o tym bohaterowie filmu Sen o Warszawie (reż. Krzysztof Magowski), przy którym pracowałam, ale też byłam blisko, kiedy to się wydarzyło. Pracowałam przy filmie Pierwsze godziny po północy/W obronie własnej (reż. Zbigniew Kamiński, 1982). Jeszcze w lecie byliśmy umówieni z Niemenem na napisanie muzyki.
Potem był stan wojenny. Po pewnym czasie ruszyły dalsze prace. Zdjęcia były w dekoracjach na hali, trwał montaż obrazu i jakoś to się posuwało. Nie działały telefony, ograniczono podróże. Nie pozwolono na nagranie efektów synchronicznych w Łodzi, a cześć ekipy była z Łodzi i nie mogła przyjechać do Warszawy (kierownik produkcji Leszek Sobczyk). Tylko niektórych wpuszczano do budynków radia i telewizji, więc ja też byłam bezrobotna.
Wiedzieliśmy, że kompozytor na początku grudnia wyjechał na koncerty do USA. Część osób nigdy stamtąd nie wróciła. Inni starali się o powrót, ale nie było łatwo, nie latały samoloty, bo i po co. Pojawienie się Czesława w WFDiF było dla nas zaskoczeniem. Ja byłam na terenie wytwórni, bo kazano nam tak spędzać dni, więc wysłano do mojego budynku gońca. Wtedy cała praca opierała się na krążących po Warszawie posłańcach.
Dowiedzieliśmy się, że walczył o powrót. Bał się, że żona i dzieci są głodne. W końcu raz już uciekał z dzisiejszej Białorusi. Widział ruskie wojska i to, co się wtedy działo. Kilka razy mówił o szkorbucie, który mnie kojarzył się tylko z Waryńskim, a on wieszczył, że zaraz nabawimy się go wszyscy. Był przerażony, chociaż oceniał, że jest lepiej niż przypuszczał. Ale wyemitowano wywiad z listopada, tak go pozorując, że to na żywo. Część kolegów go bojkotuje, a on nawet nie ma się jak bronić. Mówił o koncercie w Sztokholmie i generalnie o swoim dramatycznym stanie psychicznym. Nie był w stanie przewidzieć, czy cokolwiek i kiedykolwiek da radę w muzyce jeszcze zrobić. Na pewno dla nas muzyki nie skomponuje i nie nagra.
