Studio Sonoria

Miłe złego początki. Jak postanowiłam zostać reżyserem dźwięku

Miłe złego początki. Jak postanowiłam zostać reżyserem dźwięku

Swojego czasu przyszło mi zdawać egzamin zawodowy z języka angielskiego. W takiej sytuacji z reguły jest pewna lista pytań, które są pacjentowi zadawane, ale głównym celem egzaminu jest ocenienie, czy człowiek zdający, jakoś się w danym języku porozumiewa. Czyli każdy temat jest dobry, jeśli można o nim przez jakiś czas opowiadać. Zadawane pytania są z serii: o życiorys zawodowy?, o czym jest praca?, jakie zagadnienia zajmują pana/panią naukowo?, jaki repertuar obecnie pan/pani szykuje?, dlaczego wybrał pan/pani ten zawód?, ten instrument?, te utwory?, tego kompozytora?….i można tak w nieskończoność.

Najbezpieczniejsza wydaje się rozmowa na temat konkretnej pracy, którą właśnie się złożyło. Nic bardziej błędnego. Egzaminator jest anglistą czy romanistą, a więc bez trudu można opowiadając o szczegółowych zagadnieniach zabrnąć na teren, w którym to co mówimy, staje się niezrozumiałe w każdym języku, nudzi się i zaczynają się dodatkowe naprowadzające pytania, z których często nie ma już dobrego wyjścia. Uprzedzona o możliwości  takiego rozwoju wypadków, postanowiłam zakotwiczyć, na którymś z pierwszych pytań i doprowadzić do oczekiwanego jak deszcz stwierdzenia.

– No chciałem/chciałam zapytać jeszcze o czym jest ta Pana/Pani praca, ale tyle czasu już rozmawiamy, to może sobie darujemy. O jaka ulga. W charakterze zamulacza, przygotowałam więc sobie rozwlekłą historię o tym, jak zostałam reżyserem dźwięku, z możliwością zmodulowania na tę odpowiedź właściwie z każdego tematu. A historia brzmi tak.

Reżyserem dźwięku postanowiłam zostać tego dnia, kiedy po raz pierwszy znalazłam się Polskim Radio. Było to pod koniec lat 50. XX w, a ja miałam jakieś 4 lata, no może 5. Chodziłam do przedszkola i wybrano mnie do chórku (liczył 3-6 osób), który śpiewał piosenki i brał udział w przygotowywaniu audycji muzycznych dla dzieci. Śpiewałam w nim do mutacji, czyli chyba do 3 lub 4 klasy szkoły podstawowej i przez ten czas bywałam w Radio raz w tygodniu. Zarobiłam też mnóstwo pieniędzy, bo po roku starczyło na rower – młodzieżówkę i to czeską. 

Procedura była taka, że dzień przed nagraniem odbywała się próba chóru w mieszkaniu u Marii Wieman (najsłynniejszej polskiej uczennicy Émile Jaques-Dalcroze, twórcy rytmiki -gimnastyki rytmicznej, jako dziedziny kształcenia muzycznego, czyli odwzorowywania muzyki ruchem), a w dniu nagrania Pani Maria, zabierała nas z przedszkola (Sióstr Zmartwychwstanek na Żoliborzu) i jechaliśmy razem do Radia na ul. Myśliwiecką. Tam próbowano całą audycję, a następnie nagrywano partiami, od razu w studio montując ją metodą na ołówku, czyli przez dogrywanie kolejnych fragmentów. Poznałam tę technologię już w trakcie studiów na reżyserii dźwięku, ale było fajnie wiedzieć, jakie ta metoda ma zastosowanie praktyczne. Był też taki moment, że uczyłam studentów, jak taki montaż bez użycia nożyczek wykonać. 

Oczywiście małe dziecko nie umiało tego ocenić, ale dziś wiem, że na fortepianie grała nam Franciszka Leszczyńska (kompozytorka słynnej piosenki Mój pierwszy bal do tekstu Agnieszki Osieckiej, którą wykonywała Kalina Jędrusik), Pani Maria opiekowała się chórkiem i chyba pisała scenariusze, a redaktorem, a może reżyserem (najważniejszą osobą) całego przedsięwzięcia, była mama Wojciecha Młynarskiego – Magdalena. Wtedy poznałam również jego, bo przychodził do mamy do pracy i widziałam jego świadectwo maturalne, które przyniósł i wszyscy o tym mówili, więc jako osoba nie znająca liter wierzę, że tak to było. Siedzieliśmy przy stole z panem, który prowadził audycję, po dwóch stronach mikrofonu. Odpowiadaliśmy też na pytania, które nam zadawał. Z nami śpiewała pani. Czasem demonstrowała jakiś fragment piosenki, a my powtarzaliśmy po niej. Pani stała i miała swój osobny mikrofon. Niestety ich nazwisk nie pamiętam, a może nawet ich nie znałam. W studio był z nami jeszcze imitator dźwięku, bo wszystkie rzeczy nagrywano jednocześnie, a więc drzwi, zamki, kroki po chodniku, piasku, schodach. Było to zresztą to samo studio i taka sama technologia, jak w przypadku Matysiaków, a nasz imitator pracował dokładnie tak samo, jak słynny Pan Ziółko w filmie Skarb. Oczywiście wszystkie dzieci chciały pracować w radio i być imitatorami dźwięku, cokolwiek miało by to znaczyć. 

Jeszcze ciekawiej było po drugiej stronie szyby. Tam były dwie osoby. Jedna siedziała przy stole z tłumikami (konsoleta), a druga nagrywała na magnetofon (robiąc też montaż na ołówku), a z drugiego magnetofonu odtwarzała ptaszki, ruch uliczny, przejazd tramwaju itp. Miała to wszystko zapisane wcześniej na taśmie, a my nie mogliśmy się nadziwić, skąd takie ptaszki zaklęte w małym pudełku. Od nich dostawaliśmy kolorowe tasiemki (blank), a tajemnicza aparatura była zawsze bardzo interesująca. Przez wszystkie te lata w skupieniu przyglądałam się pracy całej trójki, a jak się było cicho to przecież pozwalali ze sobą posiedzieć, bo dzieci nie były potrzebne cały czas w studio. W wolnych chwilach zasypywałam ich też gradem pytań. Na zakończenie nagrania, w reżyserce słuchaliśmy też wszyscy gotowej audycji. Przeżyłam też wspaniała przygodę bo pewnego razu zabrano nas do ogromnego studia (M1 obecnie im. Agnieszki Osieckiej i chyba się radykalnie zmniejszyło) i tam śpiewaliśmy z prawdziwą orkiestrą. Oglądałam pracowicie wszystkie instrumenty muzyczne i uczyłam się ich nazw, a potem pozwolono nam siedzieć w reżyserce, gdzie była jeszcze większa konsoleta i więcej magnetofonów. 

Powiedziano mi, że jeżeli chcę z nimi pracować, jak dorosnę, to muszę pójść do szkoły muzycznej i nauczyć się grać, a potem na politechnikę. Zaczęłam od szkoły muzycznej i matematyki. Potem chodziłam do szkoły ogólnokształcącej i uczyłam się muzyki prywatnie. Moją nauczycielką była Barbara Rakowska, a jej córka Janeczka była moją szkolna koleżanką. W domu był też tata, poważny, wysoki, szczupły pan, który się nigdy nie odzywał. Wiedziałam, ze w Teatrze Wielkim zajmuje się kurantem dla Strasznego Dworu i wtedy wraca późno do domu (po kurancie). Najczęściej pracował przy biurku, albo czytał i byłam pewna, że mnie nie zauważa, podobnie jak innych uczniów przychodzących na lekcje. Ale pewnego dnia mnie zauważył i okazało się, że umie mówić, a nawet się uśmiechać. Sprawdził, czy to ja jestem Małgosia, a potem powiedział.

– Rozmawialiśmy o tobie z żoną. Masz duże zdolności do muzyki, ale też do przedmiotów ścisłych i gdyby to cię zainteresowało, to mogła byś w przyszłości zostać reżyserem dźwięku, czyli osobą, która nagrywa muzykę na płyty, pracuje w radio, telewizji filmie. Ja pracuję na takiej uczelni, gdzie się tego uczy i jak chcesz to możesz z mamą, albo tatą przyjechać do mnie na wycieczkę, to zobaczysz jak taka praca wygląda. Byłam wtedy w 5 lub 6 klasie czyli miałam ok. 12 lat.

Patrzyłam na niego oczami jak spodki i po chwili wyjąkałam. – Ja nie muszę jeździć na wycieczkę, ja w radio byłam już mnóstwo razy, bo tam pracowałam (ha, ha, ha) i ja wiem, że chcę zostać reżyserem dźwięku, więc się uczę wszystkiego, co do tego jest potrzebne. Ja na pewno nie zamierzam być pianistką. Natomiast, gdybym nie mogła zostać reżyserem dźwięku miałam awaryjny plan. Została bym rytmiczką. Od niego natomiast dowiedziałam się, że nie trzeba już studiować na Politechnice i w Szkole muzycznej, bo da się to zrobić na jednym wydziale. Kim jest Pan Andrzej Rakowski (bo o nim mowa)? Profesorem, światowej klasy specjalistą od akustyki. Założycielem szkoły dla reżyserów dźwięku w Wielkiej Brytanii, wzorowanej na naszym wydziale. Był też prorektorem i dwukrotnie rektorem UMCF. Do niedawna spotykaliśmy się regularnie na uczelni (pan profesor ma 85 lat), pracował, prowadził badania i wykłady, a wcześniej byłam jego studentką. O możliwości studiowania reżyserii dźwięku powiedział także mojemu szkolnemu koledze Andrzejowi, który uczył się muzyki u jego teściowej (mamy Barbary Rakowskiej) prof. Dymmel. Dwa lata po mnie on także został studentem wydziału reżyserii dźwięku. W ten sposób Pan Rakowski wychował sobie znakomitego następcę, profesora Andrzej Miśkiewicza. Szeroko pojęta rodzina państwa Rakowskich to kilka pokoleń muzyków. Muzykiem jest ich córka Janka, a także jej pierwszy mąż znakomity skrzypek Marek Wroński. Następne pokolenia to Basia i Zuzia, czyli Siostry Wrońskie. Zespół Pustki, Ballady i romanse, a wreszcie znakomite piosenki i muzyka do filmu Córki dancingu (reż. Agnieszka Smoczyńska 2015), która właśnie w ich interpretacjach wyszła na CD.

Close Menu