Malarskie inspiracje

You are currently viewing Malarskie inspiracje

Cały weekend pracowałam nad ostatnim filmem o Andrzeju Wajdzie, z jego udziałem i w jego reżyserii (na spółkę z Markiem Brodzkim). Film kończył już sam Marek, ale przecież przez tyle wspólnie przepracowanych lat panowie zdążyli się wspólnie poznać i porozumieć.

Marek, także absolwent ASP, był dla Pana Andrzeja świetnym partnerem do jego malarskich wizji. Od dwóch lat jako reżyser prowadzi znakomity filmowy projekt prezentujący i komentujący treść największych dzieł polskiego historycznego malarstwa, w którym mam przyjemność uczestniczyć.

Kiedy Wajda zaczął opowiadać o swoich studiach w Krakowie, natychmiast przyszedł mi na myśl Zdzisław Beksiński. Przecież to było w tym samym czasie. Te same miejsca, otoczenie, muzea, a nawet zainteresowania. A jakże inne spojrzenie na świat. Obaj chcieli zostać reżyserami. Pan Andrzej szedł do reżyserii przez malarstwo i scenografię. Zdzisław Beksiński zaczął od architektury, a został malarzem, nigdy nie stając się reżyserem. Czy z takim usposobieniem i taką ilością fobii w ogóle było by to możliwe. Od lat pracując w filmie, myślę, że chyba tylko w filmie animowanym, który by poruszył jego mroczne wizje, albo niezwykle eksperymentalnym. Na pewno nie we współpracy z kilkudziesięcioosobową ekipą. Przy ciągłym kontakcie z ludźmi, koniecznością szybkiego podejmowania trudnych decyzji, często bez możliwości sprawdzenia innych wariantów. Koniecznością licznych kompromisów i ustępstw. Długim oczekiwaniu na efekt i spektakularnym sukcesem, lub klęską. 

Kraków Wajdy, jest jakby innym miastem. Matejko, Michałowski, Wyspiański, Malczewski. Piękne dzieła historycznego malarstwa, ze wspaniałą Samossierą, którą zobaczyliśmy potem w Popiołach. To także malarze bardziej współcześni, którzy pokazują w swych pracach posmak francuskiego impresjonizmu, który jest mi taki bliski. Oni uczyli wtedy w krakowskiej ASP i ich prace były powszechnie znane i podziwiane. Hanna Rudzka – Cybisowa, wcześniej Ignacy Pieńkowski i Józef Pankiewicz, który dla polskich młodych malarzy odkrył w latach 20. Paryż. Ile tu barw, kolorów, lekkości i niedookreślenia. Nie znam się na malarstwie. Odbieram je intuicyjnie i impresjonizm zawsze bardzo mocno na mnie działa. Pamiętam zdziwienie mojej mamy, gdy na pytanie co widziałaś w Sztokholmie odpowiedziałam Paula Cézanna. Chodziłam tam regularnie w czasie mojego pierwszego pobytu, w czwartki, bo muzeum było za darmo. W Petersburgu, kilka razy byłam w Ermitażu, tylko odwiedzając wspaniałą salę impresjonistów. Musee delOrangerie i jeszcze malutkie Musee Marmottan Monet niedaleko lasku bulońskiego. Odnajduję impresjonizm w muzyce, którą wyjątkowo cenię i której słucham najczęściej. To Skriabin i Debussy. Te obrazy brzmią zupełnie jak moja ukochana muzyka. 

Czy inni nie wspominali wojny i okropności, która dotknęła ich często jako ludzi bardzo młodych, dzieci? Wajda przecież też i jakże przejmująco: LotnaKanałPopiół i diamentKrajobraz po bitwie (1970, nagroda za dźwięk dla Wiesi Dębińskiej). 

Chociaż pracowałam przy wielu filmach Andrzeja Wajdy, to żaden nie znalazł się w inspiracjach wspominanych przez mistrza. Chyba, że Ziemia obiecana (1974). Oczywiście jeszcze wtedy studiowałam, a do początku mojej filmowej drogi musiały minąć kolejne lata, ale jest to film, w którym znam każdy skrawek. Dowodziłam ekipą, która w 2000 r. przygotowywała wersję filmu w formacie Dolby Digital. Zleceniodawcy nie bardzo zdawali sobie sprawę na co się porywają. Wydawało im się że sześć kanałów w systemie TODD-AO i sześć kanałów Dolby to właściwie to samo. Z trudem tłumaczyliśmy, że jest inaczej, a przede wszystkim zamiast 35 mamy teraz 105dB, a więc jakość dźwięku wymaga przynajmniej gruntownego odszumienia. Szczególnie, że nasze głośniki przenoszą całe pasmo częstotliwości, a wtedy ograniczano się do 7kHz. Wtedy pojawiły się pierwsze programu no noice dla ProTools, ale były bardzo niedoskonałe i powolne. Film miał być gotów szybko, a dźwięk właściwie wymagał rekonstrukcji o które jeszcze się nawet nie mówiło. Może lepiej byłoby korzystać ze zgrania monofonicznego filmu, bo sam zapis odbywał się na szerszych ścieżkach taśmy magnetycznej (3 zamiast 6).

Zamiast pięciu głośników za ekranem mamy trzy, a więc mówiące i chodzące postaci mijają się dźwiękiem z miejscami, w których widać je na ekranie. Zresztą my teraz raczej dialogi słyszymy ze środka ekranu. Za to lubimy przestrzenne atmosfery, a te w systemie TODD’a były monofoniczne i nadawane z systemu głośników nad sufitem. Dysponowaliśmy zgranym dźwiękiem, zgraną muzyką i zgranymi efektami. Nie mieliśmy osobnych dialogów, a te realizowane metodą postsynchronów w wielu miejscach były bardzo niedokładne. W latach 70 to nikomu nie przeszkadzało, ale teraz jesteśmy przyzwyczajeni do perfekcyjnego synchronu. Nie można było tego poprawić, bo nie było narzędzi. Teraz przynajmniej część udało by się dosynchronizować. W niektórych sytuacjach aktorzy mówili inne słowa (scena mierzenia ziemi) w dźwięku i na ekranie i na to już nie ma ratunku, jeżeli nie zgadzają się nawet sylaby. Znalazłam w fonotece łódzkiej wytwórni filmowej nagrania maszyn włókienniczych, które przy okazji filmu zrobiono. Były monofoniczne, ale różnie brzmiące, bo rejestrowane z różnych miejsc każdej hali i w ten sposób zrobiliśmy sobie przestrzeń. Okazało się, że zachowane negatywy różnią się od posiadanej kopii i od naszego dźwięku. To były jakieś kilku klatkowe wycięcia, ale wszystko trzeba było poprawiać jeszcze raz do finalnej kopii filmu. Jakby tego było mało Pan Andrzej koniecznie chciał zmienić w kilku miejscach obraz. Przede wszystkim zredukować scenę w pociągu pomiędzy Kaliną Jędrusik i Danielem Olbrychskim. I zrobił to mimo, że protestowaliśmy wszyscy, a do filmu nie było materiałów wyjściowych. Nie wiem jak, ale udało nam się wyreperować cała scenę posiadanymi materiałami, szczególnie, że grała tam też muzyka. Na szczęście obecna wersja Ziemi obiecanej wróciła do oryginalnej formy. 

Było to pierwsze zgranie w systemie Dolby Digital w uruchamianej właśnie Sali w WFF Łódź. W Warszawie sala ruszyła chyba pół roku później. Konsultantowi Dolby zatrzymano sprzęt na cle, a więc obejrzał i przyjął od nas film, a materiały do kodowania musiały pojechać do Wielkiej Brytanii. Tam ktoś popełnił pomyłkę i nie zauważył, że w jednej rolce filmu nie zapisano środkowego kanału (nie wiem jak to możliwe), ale oczywiście nasz dialog był zapisany we wszystkich pięciu, więc go było słychać tylko, że z przedziwnym pogłosem. Pewnie uznano, że to film eksperymentalny. Rzeczywiście jego brzmienie różniło się i nadal różni od filmów współczesnych, ale nie aż do tego stopnia. Wreszcie przysłana, dobra już kopia, okazała się nie synchroniczna o 4 – 5 klatek. Dialog był cały czas „za późno” w widoczny sposób. Chciało mi się płakać, bo znowu byłam główną podejrzaną. Wtedy okazało się, że źle ustawiono synchron w czasie konserwacji sali projekcyjnej, na której kontrolowano kopię, a film jest synchroniczny, na wszystkich innych salach, oczywiście poza tą niby wzorcową. 


Pracę tę wspominam jak walkę z wiatrakami i niekończące się kłopoty, ale jednocześnie wszyscy rozsmakowywaliśmy się w kunszcie i bogactwie z jakim zrobiono ten film. Bo reszta to były drobiazgi. Nic dziwnego, że otarł się o Oskara i szkoda tylko, że nie wygrał z Dersu Uzała Akiro Kurosawy. Mówiąc o swoich inspiracjach Pan Andrzej opowiada o wspaniale zachowanych łódzkich pałacach i wnętrzach, meblach, a także starych pracujących jeszcze w latach 70. fabrykach w tych samych co kiedyś wnętrzach i na tych samych, pochodzących z XIX w maszynach. Ale najpiękniejsze w tym filmie są malarskie postaci, odtworzone nie tylko w pierwszym planie, ale właściwie, każdy zauważony statysta jest taką wyjętą z polskiego malarstwa figurą. Pan Andrzej wskazuje na Aleksandra Gierymskiego i rzeczywiście czuje się jego ducha, w każdym kolejnym obrazie. Tę pamiątkę z przeszłości uzupełnili wspaniale nasi starsi koledzy dźwiękowcy Leszek Wronko i Krzysztof Wodziński, autorzy dźwięku do tego filmu. Wyraża się to nie tylko w zrobionych z takim pietyzmem nagrań starych maszynerii, ale przede wszystkim w gwarach. Podobnie jak w pierwszej scenie filmu modlą się w swoich językach, chociaż do wspólnego Boga Polacy, Żydzi i Niemcy, tak później w całym filmie kontynuuje się ten trójjęzyczny watek we wszystkich gwarach, ilekroć pojawia się jakaś większa zbiorowość. Gwary są reżyserowane, dochodzące do naszych uszu strzępki zrozumiałych dialogów związane są tematycznie z akcją i dedykowane każdej mini scence osobno. A cały film jest tak piękny, że po chwili już nic nie jest ważne, a człowiek chłonie tę malarską wypowiedź i nie zauważa żadnych mankamentów.