Studio Sonoria

Kotek

Kotek

To już ponad rok, jak nie ma go z nami. I nie da rady w to uwierzyć.

Był człowiekiem bez wieku, bez złości i właściwie bez wrogów. Za to z ogromną radością życia, miłością do innych ludzi, życzliwością i niezwalczanym poczuciem humoru.

Z ogromnym gronem kochających go przyjaciół, znajomych, współpracowników. Andrzej Kotkowski reżyser i drugi reżyser wielu wspaniałych filmów, dyrektor pomaturalnej szkoły filmowej AFIT. Przepracowałam u jego boku wiele lat i nie pamiętam, żeby był zły, albo zdenerwowany. Zawsze aktywny, zorganizowany, dawał wszystkim wokół poczucie bezpieczeństwa. Kotek. Kocio. Tak do niego mówiliśmy, a kiedy w szkole starałam się być oficjalna – dziwił dźwięk jego imienia.

Spotkaliśmy się pierwszy raz przy filmie Obywatel Piszczyk (1984), komedii, będącej kontynuacją Zezowatego szczęścia. Film przedstawia dalsze losy Piszczyka, który po wyjściu z więzienia, ogląda w kinie swoją historię, opowiedzianą nieopatrznie literatowi J.S. Stawińskiemu. W tej roli świetny Jerzy Stuhr. Partnerują mu Marysia Pakulnis, Kazimierz Kaczor, Krzysztof Zalewski, Krystyna Tkacz. Zresztą lista nazwisk jest imponująca. Małe epizody, ale perełki. Skromna ilustracja muzyczna, improwizacje fortepianowe Teodora Radkowskiego i wspaniała robota dla mnie. Dużo muzyki wewnątrz kadrowej, która najlepiej opisuje i umiejscawia akcję w filmie dotyczącym najnowszej historii. Ciągle czułam się żółtodziobem, a więc każda pochwała radowała mnie niepomiernie. Śpiewaliśmy chóralnie na zgraniu, pieśni masowe (Ani góry wysokie, ani morze głębokie na powstrzyma pochodu przyjaźni) i oczywiście piosenki, (Piosenka kubańska, Indonezja), które wybrałam do filmu. To była miara mojego sukcesu. Nagroda za reżyserię i za zdjęcia (Witek Adamek) w Gdyni, a w San Remo nagroda, dla Jerzego Stuhra. To było duże święto.


Andrzej był już po swoim pięknym (Zbigniew Raj, nagroda za muzykę w Gdyni) filmie W starym dworku, czyli niepodległość trójkątów (1984), a wcześniej jego nazwisko pojawiało się przy tylu głośnych i wspaniałych produkcjach: Ziemia obiecanaJowitaKolumbowieTrzecia część nocyWeselePolskie drogiBrzezinaStawka większa niż życie, Polowanie na muchy, Kochajmy syrenki. Taka historia polskiego filmu w pigułce. Kiedy szykowałam muzykę na jego uroczystość pogrzebową, siedziałam przed tą listą jak zahipnotyzowana. Człowiek orkiestra. Pracował jako reżyser, ale też często pomagał kolegom, jako drugi. Był niezastąpiony, świetnie zorganizowany i samodzielny w pracy. Dlatego wszyscy o jego pomoc zabiegali: Andrzej Wajda (Korczak 1990) i Janusz Morgenstern (Mniejsze zło, 2009), a ostatnio Jerzy Hoffman (Bitwa warszawska, 2011) i Janusz Majewski. A on się w tym wyżywał. Trudno uwierzyć, że już nigdy nie spotkamy się na planie. Sprężysty chód, ergonomiczne ruchy i nieodłączny scenariusz z notatkami oraz czapeczka. Samodzielnie reżyserował od 1973 r. i przez ekipy był uwielbiany.


Od tamtej pory spotykaliśmy się regularnie. Najczęściej przy dużych przedsięwzięciach i filmach uważanych za wyjątkowe. Rzeczy trudne załatwiamy od ręki. Niemożliwe w ciągu doby. Po pewnym czasie o mnie też już była taka opinia. 

Obsada aktorska Oszołomienie (reż. Jerzy Sztwiertnia, 1988). To był piękny film o polskim przedwojennym aktorze Junoszy Stępowskim i jego żonie (Marysia Pakulnis), która aby zdobyć pieniądze na narkotyki, donosiła Niemcom. Całą noc przed wigilią spędziliśmy w restauracji Hotelu Metropol. Grał nasz big band pod dyrekcją Wiesia Pieregorólki w najmocniejszym składzie, śpiewał Andrzej Zaucha, a widzowie oglądali znakomicie charakterystyczna twarz Janusza Panasewicza. Janusz Józefowicz, razem z Marysią stepowali. Było jak przed wojną.

 
Scenariusz, współpraca reżyserska Pierścionek z orłem w koronie (reż. Andrzej Wajda,1992). Film dla mnie wyjątkowo trudny, bo pełen był metafizyki. Muzykę pisał Zbyszek Górny i po raz pierwszy udało się przygotować ją w systemie MIDI, zmontować i taką na wpół gotowa wersję pokazaliśmy Andrzejowi Wajdzie. Był nam wdzięczny, bo dla niego także film był trudny, a tak wiedział już co go mniej więcej czeka, gdy pojawi się orkiestra. Wielka orkiestra. Całe nagranie rysował i prawie nas z tym super hałasem nie zauważał. To były także pierwsze nagrania organizowane przez moją firmę Sonoria. Trudno sobie wyobrazić, ale na nagraniu całej orkiestrze wypłacaliśmy honoraria gotówką. Było tego dwie duże torby z cyfrowymi zamkami. 

Na planie jego filmu Wszystkie pieniądze świata (1999), gdzie pomagałam w przygotowaniu play backów i muzyki wewnątrz kadrowej (świetny Młody Maciej Stuhr) i przy całej produkcji filmu i serialu Miasto z morza do którego napisał scenariusz i wyreżyserował (2009). Miasto z morza, było wspaniałą przygodą. Podróżą do międzywojnia i budującej się Gdyni. Kaszubów, folkloru i eleganckich przybyszów do Sopotów, jak się wtedy mówiło, a także rodzącego się hitleryzmu i niemieckiego/polskiego Gdańska. Muzykę ilustracyjną pisał Tomek Gąssowski, ale ja także miałam pełne ręce roboty. Płyty, radio, początki dźwiękowego kina, muzyka w eleganckich restauracjach i ludowe zabawy, orkiestry wojskowe i marynarskie. Spędziliśmy wtedy dużo czasu razem, przy pracy, bo dzieło było rozległe, muzyki dużo, a więc montaż, przymiarki, poprawki. I ta nostalgiczna atmosfera lat 30. XX w.


A potem dwa filmy i seriale w reż. Janusza Majewskiego. Mała matura 1947 (obsada i II reżyser, 2010). Podróż do Krakowa lat powojennych, gdzie obaj wylądowali po wojnie. Pan Janusz właśnie zdawał mała maturę, Kotek rozpoczynał podstawówkę. Byłam u nich na planie, gdzie pracowałam ze szkolnym chórem. Przy okazji pobiegłam świtem na Wawel, bo mój hotel właściwie z siedzibą królów sąsiadował. A potem wiele godzin spędzonych w najsłynniejszej chyba polskiej szkole, w tej niesamowitej starodawnej atmosferze. Nawet młodzież zaangażowana do statystowania, czuła się tymi wnętrzami onieśmielona. Znowu świetna obsada: Marek Kondrat, Wojciech Pszoniak, Artur Żmijewski, Wiktor Zborowski, Marian Opania, Sonia Bohosiewicz, Dorota Segda. Muzyka ilustracyjna Tomasz Stańko, ale jak zawsze u Pana Janusza dużo muzyki wewnątrz kadrowej i mnóstwo śmiechu, dowcipu i radości. Obaj z Kotkiem stanowili taką świetną pełną pogody parę.

 
Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy (2015). Kotek nad serialem Excentryków pracował jako reżyser. Zdążył dokończyć montaż obrazu. Spotkaliśmy się kilka razy w sprawie muzyki. Przede wszystkim  korygując usterki montażowe w scenach muzycznych, a potem, już nad pierwszymi przymiarkami do opracowania muzycznego. Nie było pieniędzy, a więc wspólnie wylądowaliśmy na dywaniku u Tadeusza Drewny. Krzyczał na mnie dobre kilkanaście minut, machając mi przed nosem dużo za bogatym kosztorysem. Kotek siedział mocno strapiony. A na zakończenie warknął: więcej niż 70 tys. na wszystko nie dam. I to chciałam usłyszeć. Kiedy wyszliśmy na korytarz, byłam rozbawiona jak mała dziewczynka. Będzie wszystko tak jak sobie wymyśliliśmy. Ponad 40 tys. potrzebowałam na prawa autorskie, ale za resztę mogliśmy zrobić sposobem, całkiem inny obraz niż film kinowy Pana Janusza. Bo przecież to było kino Kotka. Czyli inne spojrzenie. Spotkaliśmy się raz jeszcze, już z Wojciechem Karolakiem. Mój pomysł polegał na dużej ilości jazzowej muzyki ilustracyjnej, która gra z niewiadomo skąd. Może z radia w samochodzie, z radia w domu, a zresztą czy to ważne, gra w głowie Fabiana. Żeby mieć taką muzykę, do big bandów filmowych mieliśmy nagrać solowy fortepian i jakiś klarnet czy saksofon. Brakującą muzykę wybrałam z fonoteki i z niej posklejałyśmy z Kasią Figat cały nowy, potrzebny motyw, ale też dodatkowe nagrania big bandu, których nigdy nasz big band nie nagrał. Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni i umówiliśmy na nagranie za kilka dni po południu. Bo oboje tego dnia mieliśmy od wykłady. Rano kiedy wpadłam do szkoły, moje pytanie: Jest już Kotek? Zawisło w krępującej ciszy. Rano zabrało go pogotowie do szpitala. Chyba jest niedobrze.


Oczywiście tego dnia nagranie się nie odbyło. Zawiadomiłam Pana Janusza i po tygodniu pod jego dowództwem wróciliśmy do pracy. Wierzyliśmy, że Andrzej do nas dołączy za jakiś czas. Nigdy się już nie spotkaliśmy. Nie chciał nikogo widzieć. Cierpiał i odchodził w niebyt. Pan Janusz wysłuchał naszej wypracowanej z Kotkiem propozycji, niczego nie zmienił, trochę się zdziwił, że i tak można, ale pochwalił. Zrobiliśmy Kotkowi pożegnalny film najpiękniej jak tylko się dało. A w czasie uroczystości jazzowe trio grało naszą Excentryczną muzykę. Wszyscy byli bardzo wzruszeni. Szkoda, że Andrzej nie może się ze mną cieszyć dziś, gdy, między innymi, za opracowanie jego serialu, który kończyć musiałam już sama przyznano mi właśnie habilitację. Do zobaczenia i dziękuję.

Close Menu