Wojna światów – następne stulecie

Wojna światów – następne stulecie

Brnę po ośnieżonych ulicach. Chodniki są wyczyszczone, nawet aż za bardzo, ale wszędzie piętrzą się zwały śniegu. Jest zimno. Na ulicy sporo ludzi, normalnie byłby to ożywiony ruch, ale ten jest martwy. Wszyscy idą w milczeniu oglądając w skupieniu czubki własnych butów. Panuje śmiertelna cisza. Podobnie jest w autobusie. Nikt na nikogo nie patrzy, nikt się nie odzywa. Jest 14.12.1981 r. Wojna. Stan wojenny. Dokładnie nie wiadomo jeszcze co. Wojna pozycyjna. Polsko-Jaruzelska. Nie strzelają, ale wszędzie pełno wojska. Patrole grzeją się przy koksowych piecykach (potem nazwanych koksownikami) na każdym kroku. Jeżdżą tylko autobusy, wojskowe samochody i pojazdy. Na ważniejszych skrzyżowaniach nawet stoją. Takie czołgowate (pojazdy opancerzone). Nie ma benzyny, każdy ma tyle, ile zostało mu w baku. Stacje benzynowe zamknięte. 

Jadę autobusem przez całe miasto. Mój czas na rozmyślania. Mam 28 lat i po śmierci męża, sama wychowuję małą córeczkę. Dziś właśnie kończy dwa lata. Fajne urodziny. Mam własne maleńkie mieszkanie (22,5m2) i mieszkam 20 minut piechotą od swoich rodziców. Wczoraj przywiązałam dziecko do sanek i tam właśnie pobiegłam. Potem, przez radio kazali się stawić w miejscach zameldowania. Musiałam wrócić na noc do domu. Jak wychodziłam, Mamy nie było. Zabrał ją wojskowy, ze szczotką do zębów, ręcznikiem i ubraniem za zmianę. PIHM został zmilitaryzowany, a ona jest kierownikiem dużego zakładu. Będą przepowiadać pogodę na rozkaz. Telefony nie działają. Tata tydzień temu zaczął emeryturę. Jest stały punkt kontaktowy. Super. Dziś wszyscy mamy zameldować się w pracy. Dziecko zostawiłam w domu z gosposią. Nie wiem kiedy wrócę. Gdyby mnie nie było ma zawieźć Justynę o 16.00 do Dziadka. Nie mam stałych godzin pracy, ale teraz to już nic nie wiadomo. Filmy też w końcu można robić na rozkaz. I to na trzy zmiany.

Wszyscy w niemym przerażeniu wyglądają przez okna autobusu. Mnie przed oczami przesuwają się też kadry z filmu, przy którym właśnie skończyłam pracę. W zeszłym tygodniu były dwie projekcje, w kinie Polonia (obecnie Teatr Krystyny Jandy). Przyjęte owacyjnie. Premiera 3 lutego. Miała być. Bo raczej nie będzie (odbyła się 3 lutego, ale dwa lata później). Dobrze, że tego filmu nie ma jeszcze w kinach, bo by wybuchła panika. Wojna światów. Następne stulecie. Oparty na powieści H.G. Wellsa (1898) i jemu dedykowany. Reżyseria Piotr Szulkin. Miał być film fantastyczny, science fiction, albo jakoś tak. Okazuje się, że Piotr to wizjoner. Umie przepowiadać przyszłość. To co widzę za oknem, wygląda jak dekoracje do naszego filmu (scenografia Andrzej Haliński). Ciekawe, czy zamówili u niego także ten real, albo chociaż zapłacili za plagiat? Widzisz Andrzej. To przez Ciebie. Tak się zapatrzyli. W zasadzie wszystko się zgadza, z treścią też (Wellsa czytali?) tylko w filmie zaatakowali Marsianie, a u nas…, no właśnie kto? Wojsko, Ruski, PRON, Jaruzelski? No i to miało być za jakieś dwadzieścia lat.

28 grudnia 2000 r. (dwunastego dnia pobytu Marsjan na Ziemi), prezenter prowadzący dziennik w stacji telewizyjnej SBB – zostaje zmuszony do odczytania przed kamerami tekstu. Jest to wezwanie do nawiązywania przyjacielskich kontaktów z przybyszami z Kosmosu i dobrowolnego oddawania krwi. To jeszcze przed nami, na razie mamy wojny dzień drugi, a wczoraj wysłuchaliśmy już wielokrotnie pewnego przemówienia. Większość z nas nawet nie w kolorze (mało kto wie, że taki właśnie jest oryginał. Kolory marne, bo to secam, ale zawsze). Ciekawe, kiedy uruchomią te punkty krwiodawstwa. Kolczykowanie już w zasadzie uruchomili. Jesteśmy segregowani, numerowani, musztrowani. Jeszcze nie wiem, w tym momencie, że część moich znajomych już jest pod ścisłą kontrolą w miejscach odosobnienia, a Małgosia Witowska, zabrana z domu przez wojskowy patrol (szczotka do zębów, ręcznik, ubranie na zmianę), przejmuje konsoletę dźwięku, w wojskowym studio na ul. Żwirki i Wigury. Tak teraz działa Polska Telewizja. Na rozkaz.

Nasz film to oskarżenie środków masowego przekazu o manipulacje. Zrobił to już Orson Welles w swojej audycji radiowej z okazji Halloween w 1938 r. Pokazał namacalnie (dźwiękowo, a nie obrazem), że tak można. Słuchacze potraktowali audycję, jako reportaż na żywo z inwazji Marsjan na Ziemię. Wybuchła panika. Nasz bohater jest świadkiem przygotowywania scen masakry przewidzianych do emisji następnego dnia. Postawiony przed plutonem egzekucyjnym, jest uczestnikiem przygotowań do transmisji telewizyjnej swojej własnej śmierci. Wyrok zostaje wydany w wyniku telefonicznego plebiscytu widzów. Demokratycznie. Padają strzały – w telewizorze widać osuwające się ciało. On, w rzeczywistości, wychodzi ze studia… Nic mu się nie stało. Ludzi można oszukać, zmanipulować, ogłupić.

Od czasów kina niemego znamy Kuleshov effect i wiemy, jak wiele zależy od kontekstu, komentarza, sugestii. Historia lubi się powtarzać, a Piotr – robić filmy, których nie akceptuje żadna władza.

Nasz film jest kolorowy i mistycznie piękny (zdjęcia Zygmunt Samosiuk), nawet kiedy pokazuje spustoszenie i brzydotę. Janda na ulicy w kontrowym świetle, koralowa sukienka (kostiumy Ewa Krauze) i jasne, prawie białe włosy; rozmowa Jandy z Wilhelmim w sypialni, z nierealnym, punktowym światłem, przypominającym księżyc; surrealistyczna uliczka, kręcona w dekoracjach pozostałych po Sherlocku Holmesie, na terenie telewizji. Same fasady budynków Downing Street. Wiele to kosztowało pracy i zachodu. Ale film to sztuka, kreacja. Teraz mamy rzeczywistość, a piękne dekoracje stanowi biały śnieg, który (co wiedzą reżyserzy dźwięku – materiał doskonale chłonący) jeszcze pogłębia wrażenie zagubienia, odrealnienia, wszech obecnej pustki i ciszy. Ostatni, mocny akord mojej podróży – pancernik (pojazd opancerzony), na skrzyżowaniu Belwederskiej i Gagarina. Wojna dwóch światów.

Jakże inne były nastroje, kiedy zaczynaliśmy. Piotr miał taką ideę (zrealizowaliśmy ją w 100%), że muzykę nagraliśmy przed zdjęciami. Do dziś pamiętam tę taśmę, a na niej 32 playbacki. Dużo. Jeżeli piosenka trwa od 3-4 minut to było około dwóch godzin muzyki. Więcej niż długość filmu. Ale jeżeli przysłuchać się ścieżce dźwiękowej, to przerwy są minimalnie krótkie i miałyśmy z Elą Kurkowską (montażystką) spory kłopot, jak tę ciągłą linię melodyczną podzielić na 10 minutowe rolki z filmem, tak jak trzeba podzielić negatyw obrazu. Piotr zawsze ma swoje pomysły muzyczne, albo słowa klucze, które trzeba rozszyfrować. Jest precyzyjny. Wie co chce uzyskać, ale żeby go zrozumieć trzeba znać metodę dekodowania. To największa sztuka i często ludzie poddają się po jednej rozmowie, czasem wytrzymują jakiś czas. Rzadko przepracowują cały film. Ale są i inni, którzy mają, tak jak ja, naturalnie wbudowany program dekodujący i wtedy od pierwszego wspólnego filmu zostają już z Piotrem na zawsze. Wojna światów, to nasz drugi wspólny film, a więc czytam scenariusz i przekładam tajemnicze, niedostępne dla innych hasła, na język muzyczny. W filmach Piotra panuje eklektyzm, ale jest spójny z całością filmu i dlatego wydaje się kompletnie na miejscu. 

Songi i główna część muzyki jest autorstwa Józka Skrzek (filmowa telewizja nazywa się SBB) kilkakrotnie pojawia się i sam artysta, jako główna gwiazda super show dla Przyjaciół z Kosmosu. Tę muzykę nagrywamy w Polskich Nagraniach (na ul. Długiej, obecnie Urząd do spraw emigrantów) z Jackiem Złotkowskim i Michałem Golą. Powstaje jedenaście utworów, w większości wykorzystanych w filmie: The War of the WorldPorno MagazinInterception. Podstawą jest elektronika (Wall of Synthetizers), ale są i żywe instrumenty: saxofony – Tomasz Szukalski, gitary elektryczne – Józek Skrzek i Robert Gola, perkusja i instrumenty perkusyjne – Janusz Ziomber i Hubert Rutkowski, na harmonijce ustnej Janek Kyks Skrzek i Józek jako wokalista. Płyta miała pojawić się razem z filmem. Wychodzi w 1982 r., w czarno białej okładce zastępczej, ale kto ma skojarzyć, że uszy z kolczykami pochodzą z naszego filmu, także stylistyka liternictwa tytułu jest wspólna? Jako kuriozum, należy odnotować, że okładki są drukowane, na czystej stronie innych, kolorowych, pochodzących od niesprzedanych płyt różnych wykonawców. Na materiale nagranym na płytę, oparty jest też koncert SBB, który odbywa się przez dwa kolejne dni w Hali Gwardii, wypełnionej po brzegi. Publiczność jest uprzedzona, że kręcimy film, ale nie orientuje się kiedy zespól gra na żywo, a kiedy odtwarzamy filmowe play backi. Na sali i na scenie pojawiają się ubrani w czarne skóry milicjanci, długie pałki, kaski z szybą i stanowią znakomity prototyp ZOMO, które już niebawem, będziemy mogli oglądać w akcji w realu. Dowodzi nimi Zbigniew Buczkowski. To także akcja filmu, tocząca się w trakcie filmowego show. Wszystko rejestrują kamery i wóz transmisyjny. Po koncertach dokręcamy brakujące fragmenty, bo wóz jest też elementem scenografii, czyli gra w filmie. Najbardziej pamiętam straszliwy hałas i ścianę dźwięku, przed którą nie było nigdzie ucieczki. Następnego dnia ciągle jeszcze słyszałam, jakbym miała w uszach pełno waty. To taka obrona naszego słuchu przed unicestwieniem.

Inne utwory? Nie jesteśmy w stanie kupić praw autorskich, a tym bardziej wykonawczych czy producenckich do utworów Glena Millera. Powstaje więc Glenówka, autorstwa Wojtka Gogolewskiego. On jest też autorem innego pastiszu, piosenki stylizowanej na Oh What a Beautiful Morning z musicalu Oklahoma! (Richard Rodgers, Oscar Hammerstein II, 1943). Te nagrania robimy z Wojtkiem Przybylskim i Jarkiem Regulskim w Polskim Radio. Pracujemy telefonicznie, bo on gra w tym czasie w Opolu, w big bandzie Spyrki, a bardzo zależy mu na przeprowadzce do Warszawy, czyli daję mu szanse, żeby się wykazał. Potrzebuję też kogoś, kto cierpliwie, będzie słuchał i chciał zrozumieć trudnego (podobno) reżysera. Nie mogę mieć gwiazdy, bo polegniemy wszyscy. Nie ma komputerów, faxów, poczty kurierskiej, nawet ksero. Zdobywam nuty oryginalnych utworów i śpiewam Wojtkowi je przez telefon, a on zapisuje jak dyktando. Potem śpiewa, a ja sprawdzam, czy zapisał dobre nuty. Wystarczy tylko mieć słuch absolutny i sprawa jest prosta…. 

Nagranie. Siada big band… i zaczynają się schody. Muzycy chcą pokazać, kto tu rządzi młodemu kompozytorowi. Wojtek sam dyryguje, więc niby łatwiej mu panować nad sprawą, ale nie do końca. Próbowałam zminimalizować problemy, a więc wcześniej partytury przyjechały pociągiem (oficjalnego przesyłania przez kierownika pociągu też nie było) i nuty dla orkiestry, dałam do zrobienia najbardziej znanej warszawskim orkiestrom, kopistce (Ewie Kurpińskiej). Żeby nie było, że jest coś nieczytelne, czy nie zrozumiałe. Teraz stoimy z inspektorem orkiestry (Jankiem Baytlem, moim szkolnym kolegą) po dwóch stronach pulpitu dyrygenta jak pod krzyżem, a panowie wybrzydzają. – To może byśmy jednak spróbowali. Kilka pierwszych taktów jest tak koślawych, że gorzej nie można, ale, muzyk to muzyk, nie da się źle grać fajnej muzyki, bo jej szkoda. Orkiestra zmienia barwę i za chwilę mamy aksamitne brzmienie Glena Millera (5 saxofów, z jednym wymiennym na klarnet i gitara). Patrzymy na siebie z Jankiem. Wygraliśmy tę wojnę. Gramy utwór do końca, a potem orkiestra ma strasznie dużo do powiedzenia, tylko teraz są to już komplementy i prośby, żeby coś im jeszcze Wojtek napisał, bo tak brakuje repertuaru. To były złote lata radiowego big bandu, cóż to był za skład. Nagranie z Orkiestrą PR (orkiestra smyczkowa + elementy big bandu) i Michałem Konarskim jako solistą przebiega już znakomicie.

Inne utwory nagrywamy w studio WFDiF, bo są to rzeczy drobne, ale bardzo smakowite. W telewizyjnej toalecie nasz bohater zabija Marsjanina. Umierający kosmita prosi go o czerwony cukierek… Moja ilustracja to fragment arii z opery Orfeusz i Eurydyka Christofa Willibalda Glucka w wykonaniu Ani Cichowicz: Larwy, furie, majestaty, który sklejam w gustowną pętle, a więc jest zaciętą płytą. Jest słynna Kołysanka (op. 49 nr 4) Johannesa Brahmsa, Stille Nacht (Cicha noc) Josepha Mohra i Franza Grubera i uzdatniony dla potrzeb naszego filmu hymn protestancki Naprzód rycerze Chrystusa, czyli u nas Marsian Soldiers.blog_0019_-_rolki_prowadzące_taśmę_perforowaną_na_stole_montażowym_z_lat_50.blog 0019 – stół montażowy 4 tależowy z 1958 r.2/3

Dźwięk do Wojny światów realizuje Nikodem Wołk-Łaniewski. To trudne zadanie, bo nasze wytwórniane możliwości techniczne nie należą wtedy do najlepszych. Wiele rzeczy trzeba zrobić sposobem. Tak powstaje scena z super show. Telewizory, megafony, wielokrotne opóźnienia, odbicia. Wszystko to szykuje na archaicznym stole montażowym. Spędzamy w WFDiF kilka kolejnych nocy, bo tylko wtedy wolne są te najlepsze, z dwoma torami dźwięku i obrazem, czyli sześciotalerzowe. Eksperymentujemy, przesuwając tory względem siebie, aby uzyskać różne opóźnienia. Montaż powtarzam na kilku taśmach. Dopiero w sali zgraniowej będziemy mogli sprawdzić ostateczny efekt i wtedy nanosić korekty.

Wędruję zaśnieżoną Chełmską i z daleka obserwuję wzmożony ruch na ulicy. Jest przynajmniej kilkadziesiąt osób, panowie z ekip filmowych, które powinny być na zdjęciach. To samo na placyku w Wytwórni. Zrzucany jest też śnieg z dachów. Wielkie odśnieżanie. Jest trochę głośniej, niż w autobusie, ale wszyscy porozumiewają się półgłosem lub szeptem. Za chwilę już wiem. Kamery zabrane, na razie żadnych zdjęć nie będzie, a najważniejsze: komisarz wojskowy wyrzucił na zbity pysk naczelnego dyrektora, z którym wszystkie związki zawodowe bez skutku walczyły przez ostatnie półtora roku. Za złe odśnieżenie obiektu. Można? Można.