Kwartet

Kwartet

Niedawno zakończył się Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Piękne miejsce, piękny wakacyjny czas i nawet pogoda właśnie się poprawiła. Grażyna Torbicka, zachęcając do udziału w wydarzeniu zapowiedziała retrospektywę filmów Tomasza Zygadły. Ile to już lat? Niebawem minie 7 od kiedy Tomka z nami nie ma. Spotkaliśmy się w Studio im. Irzykowskiego przy dość szalonej produkcji Przewodnik, której bohaterem był Piotr Skrzynecki. 


Rok 1984. W koło wojna. Zawieszona karnie działalność wszelkich dowcipnisiów, a więc i Piwnicy pod baranami. Bezrobotny i bezdomny Piotr Skrzynecki próbuje znaleźć pracę. Zostaje przewodnikiem po ZOO, w muzeum tłumaczy młodzieży zawiłości malarstwa, a szczególnie Kościuszki pod Racławicami. Ale Skrzynecki to także przewodnik po Piwnicy, po Krakowie, po życiu. 


Ilustrację muzyczną do filmu stanowią największe piwniczne przeboje: Nasza młodość (Z. Konieczny. T. Śliwiak, którą później wykorzystamy jako podsumowanie Marcowych migdałów Sławka Piwowarskiego. Zabij ten lęk (J.K. Pawluskiewicz, M. Grechuta, St. Witkiewicz), Kochanek (Z. Konieczny, K. Przerwa-Tetmajer).


Ciekawa była atmosfera w Studio Irzykowskiego. Grupa młodych wtedy twórców szalała, a cenzura i wojsko, jakby tego nie widziały, może nam odpuściły? No, bo sama nie wiem jakim cudem powstał nie tylko Przewodnik, ale Jeszcze czekam… i Niepokonani Marka Drążewskiego, Koncert (Muzyka młodej generacji) Michała Tarkowskiego, Przechodzień Andrzeja Titkowa, Niedzielne igraszki i Rośliny trujące Roberta Glińskiego, Nadzór Wiesława Saniewskiego i to w latach 1982-84, ale i później już po 1986-89 r. Weryfikacja Mirka Gronowskiego, Maskarada Janusza Kijowskiego, Cosi fan tutte Krzysztofa Tchórzewskiego, Schodami w górę, schodami w dół Andrzeja Domagalika, Koniec Bogusława Lindy. A to tylko te tytuły, przy których pracowałam. 


No powiedzmy, że tak trochę nam przeszkadzali. Niepokonanych próbowano wywieźć na szmelc i tylko cudem nie znaleziono wszystkich taśm. Za Przechodnia cofnięto reżyserowi stypendium, a Koncertu nie udało się przekopiować na taśmę 35 mm. Filmy Roberta Glińskiego zalegały gdzieś schowane na półkach. A późniejsze fabuły dystrybuowano tak bez przekonania. Ale wszystkie filmy przetrwały w dobrym zdrowiu i z szansą dalsze filmowe życie.
Następny raz spotkałam się z Tomkiem w pracy zimą 1988/1989 r. Powstawał pierwszy film telewizyjny realizowany technologią elektroniczną, czyli rejestrowany przez wozy transmisyjne. I to był właśnie Kwartet. Próba rozliczenia pokolenia „68” z własna przeszłością, jak potem pisano w recenzjach. Pokolenie „68” to Tomka pokolenie, a także mojego męża i większości moich kolegów reżyserów ze Studia Irzykowskiego. 


Oni w 1968 r. byli na pierwszym roku studiów, ja kończyłam podstawówkę. Wtedy była to ogromna różnica wieku, ale jak wiadomo takie różnice z czasem się zmniejszają, tylko że ja zawsze na 68 rok patrzę historycznie, z oddali, a oni brali w tych wydarzeniach fizycznie udział. Jak bardzo, mogłam się dowiedzieć, kiedy ze scenariuszem pod pachą powędrowałam z rana do Akademii Muzycznej (obecnie Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina), polując na członków kwartetu Wilanowskiego. Kiedy streszczałam film dokładnie wiedzieli w wielu miejscach kogo sportretował Michał Komar – scenarzysta.


Treścią filmu jest historia pewnego kwartetu. W 1956 r. są to dzieci, w 1968 młodzi znakomici muzycy, a ich karierę przerywają wydarzenia marcowe, ponieważ członkini zespołu, Żydówka, wraz z rodzinami musi opuścić Polskę. Kolejne spotkanie to lata 80. I każdy z nich doszedł w swym życiu w inne miejsce, tak że kwartetu nie podobna z dawnego składu ułożyć.


Tomek był człowiekiem o niezwykle szerokiej wiedzy i inteligencji. Jego ojciec był muzykiem, a więc jego muzyczna wiedza także była fascynująca. Przyszedł do mnie już z pomysłem na utwór, który ma ćwiczyć nasz kwartet i oczywiście najpierw słabo, a potem co raz lepiej. Trzeba było znaleźć wykonawców. I to była moja misja.


Był taki zwyczaj, że o 9.00 w klubie Gama, spotykali się profesorowie i asystenci, żeby chwilę przy kawie (po turecku z fusami w szklankach) porozmawiać. Na takie pogaduszki miałam nadzieje trafić. Z kawą dosiadłam się do stolika mojego kwartetu. Chłopcy powitali mnie owacyjnie, bo moje pojawienie zwiastowało jakąś filmową robotę. Komórek jeszcze nie wynaleziono, telefony mieli nieliczni. Wszystko załatwiało się analogowo, czyli osobiście.
–  No i cóż cię do nas sprowadza, dziecino? (ciągle byłam o 5 lat od nich młodsza)
–  Chciałam pogadać o kwartetach Ludvika van Beethovena.
–  Dobry adres. Ale my tylko powyżej 100 opusu.
– To się dobrze składa, bo ja dokładnie myślę o kwartecie cis – moll opus 131. A jeszcze dokładniej o II części kwartetu, czyli presto.


Zapadła krepująca cisza. Bo to tylko 2 minuty grania, ale w kategorii trudności to 25 punktów na 25 możliwych. No ale ja, blondynka, pianistka, więc udaję, że tak sobie żartujemy. Wreszcie nie wytrzymali.
–  A tak dokładnie to co cię w tym presto interesuje?
– No ładne jest i potrzebuje go nagrać kawałkami do filmu, tak raz lepiej, raz gorzej, raz wolniej, raz szybciej.
–  Ty to słyszałaś? Wiesz o czym mówisz?
–  Niestety wiem. A Was wybrałam, bo nagraliście to na płytę i jest większa szansa, że dacie radę to jeszcze kilka razy zagrać, w odróżnieniu od wszystkich innych kwartetów dostępnych w zasięgu wzroku, chociażby.


Popatrzyliśmy bez przekonania na sąsiednie, gęsto obsiadłe znakomitymi muzykami stolikami. Kwartet musi grać równo i razem i ten kawałek pracy jest najtrudniejszy, a najlepszym sprawdzianem jest właśnie wspomniane presto. To trzeba długo i cierpliwie ćwiczyć, tak z biegu się nie uda. Więc zakończyłam z triumfem:
–  A jak powiecie, że nie umiecie, to ja to zaraz głośno wszystkim powtórzę.
–  Będziemy negocjować. 


Musiałam streścić film i to okazało się bardzo dopingujące. Ostatecznie pomogli mi wykupić nagranie z Polskich Nagrań, a sami wzięli tylko symboliczne honoraria. Resztę zrobili młodzi aktorzy MINAMI i oczywiście profesor raz ich chwaląc, raz zgłaszając liczne uwagi. 


I ciekawostka. Na wiolonczeli gra prawdziwy muzyk, a nie aktor, bo rola wiolonczelisty była raczej marginesowa. Mało kto rozpoznaje w tym licealiście młodego Piotra Rubika. Natomiast mnie osobiście słychać na różnych instrumentach Symfonii dziecięcej W.A. Mozarta i na fortepianie, na cztery ręce z Tomkiem Bajerskim w Symfonii dziecięcej i Suliko, ulubionej pieśni Stalina.


Mam w tym filmie jeszcze inne swoje tajemnice. Kiedy czytałam scenariusz opisy młodych członków kwartetu znakomicie pasowały do wyglądu trzech kolegów z klasy mojej córki. Powiedziałam o tym w produkcji, bo nie było jeszcze wtedy agencji aktorskich, więc poszukiwania były żmudne. No i namówiłam rodziców. II reżyser przyjechał do szkoły i w sumie kilkunastu chłopców i kilka dziewczynek zabrano na casting oraz moją córkę i jej przyjaciółkę, żeby partnerowały chłopkom z klasy. 


Finał – obsadę skompletowano jednego popołudnia. Gorzej, że Tomek upierał się, żeby moje blond dziecko przefarbować na rudawo i obsadzić w filmie. Na szczęście była konkurencyjna propozycja, a dziewczyny (Justyna i jej przyjaciółka Paulina) w zamian za pomoc przy castingu dostały kilka dni zdjęciowych i dzielnie wisiały na podwórkowym trzepaku.


Był jeszcze jeden happy and. Jeden z chłopców wybranych do filmu, miał strasznie odstające uszy. W filmie to była zaleta, charakterystyczna cecha, ale w życiu wiele dzieci się z niego śmiało. Pieniądze za zagraną rolę rodzice przeznaczyli na operację plastyczną i po wakacjach mały wrócił do szkoły odmieniony i szczęśliwy. Gratulowaliśmy mu wszyscy, a na pamiątkę pozostały zdjęcia z filmu Tomka.


Przez dużą część lat 90. Spotykaliśmy się regularnie przy spektaklach Teatru TV, których wtedy produkowano duże ilości. Niestety do części nie załatwiano wszystkich praw autorskich tak jak trzeba (bo było taniej) i teraz trudno je powtarzać w telewizji, bo nie do końca wiadomo co wolno, a czego nie. 


Bardzo żałuję, bo wiele było wspaniałych realizacji i znakomitych kreacji aktorskich. U boku Tomka pracowałam przynajmniej przy kilku świetnych produkcjach (MutanciŁabędzi śpiew), a przede wszystkim przy brawurowej adaptacji sztuki Simona Złotnikowa Przyszedł mężczyzna do kobiety z Anną Seniuk i Janem Peszkiem.


Rok był 1992 r., a technologia elektroniczna ciągle w powijakach. Spektakl udźwiękawialiśmy z Lechem Brańskim w studio Interpressu, dokonując cudów akrobatycznych, aby niesynchroniczne na co dzień maszyny zmusić do zgodnej pracy dla naszych potrzeb. Całą konstrukcja wisiała właściwie na moim refleksie i włączania magnetofonów tak, aby muzyka i efekty zaczynały się we właściwym momencie.


Tym razem na własnym domowym pianinie, korzystając z miniaturowego magnetofonu DAT z mikrofonem (cyfrowy walkman), osobiście nagrałam jako pianistka różne wersje walca Na wzgórzach (sopkach) Mandżurii autorstwa I. Szatrowa. Kompozytor zmarł w 1952 r., ale wtedy ochrona praw autorskich trwała 25 lat, więc utwór nie był chroniony. 


Natomiast sztukę Złotnikowa, właściwie mogłabym odgrywać z pamięci, bo mam na koncie kilka realizacji, w tym ostatnią sprzed dwóch czy trzech lat z Anią Wojtan i Małgosią Bogdańską oraz Tomkiem Dedkiem i Leonem Charewiczem jako wymienną obsadą. W ten sposób powstały cztery różne przedstawienia.


Moje późniejsze spotkania z Tomkiem też niby były w robocie, ale częściej niż reżyserował grał epizody aktorskie w filmach przy których pracowałam. Np. Łabędzi śpiew, tym razem film muzyczny Roberta Glińskiego (1988), Tak, tak Jacka Gąsiorowskiego (1993), Portret podwójny Mariusza Fronta (2000). 


Tomek Zygadło był cudnym człowiekiem, wrażliwym ale i pokomplikowanym. Dlatego miewał w życiu mroczne chwile, którymi rządził alkohol. Ja właściwie go takiego nie znałam, bo w trakcie pracy nad muzyką, był człowiekiem szczęśliwym, a ja mogłam się rozkoszować jego wiedzą, erudycją, smakiem i niesłychanym wprost wyczuciem. Takiego Tomka pamiętam i cieszę się, że jego najpiękniejsze chwile i sukcesy zobaczyli widzowie Festiwalu Dwa brzegi w Kazimierzu Dolnym.