Żywioła, albo Bożencia

Żywioła, albo Bożencia

Miło jest uczestniczyć w spotkaniu ludzi, którzy tak po prostu się lubią i taki był ten wieczór w Teatrze 6 piętro. Ogólna życzliwość, brak pośpiechu i radość, że jesteśmy razem i jest nam przyjemnie.

Rozmowa kulturalna, bez agresji i zagadywania sobie kwestii. Już prawie zapominamy, że tak też można. Dużo kobiet…, a taki spokój, harmonia i melancholia.


Po występie Magdy Umer, Artur Andrus zapowiedział wspólną rozmowę o Pani Marysi Czubaszek i zaprosił do niej jeszcze Hannę  Śleszyńską i Wojciecha Karolaka. Wśród obecnych zwracał strój Pani Hanny, taki…… trochę nie odpowiedni. Róż, prawie amarant, suknia przesadnie dopasowana, z głębokim dekoltem i bardzo błyszcząca. Ponieważ w takich towarzystwach nic nie dzieje się przypadkiem, pomyślałam, że będzie jakiś związany z tym występ, bo….. to wygląda jak plan, jak mawia moja asystentka Kasia. Kiedy państwo poopowiadali sobie różne dykteryjki dotyczące Pani Marysi, w tym fascynującą opowieść o trzech spektakularnych próbach upieczenia kaczki, zakończonych efektowną klęską, a nawet trzema różnymi klęskami. Okazało się że teraz jest czas na występ Pani Hani. 

Znowu zapowiedź Artura Andrusa, ponowne wyjście w fosforyzującej sukni i rozmowa o polskich tłumaczeniach zagranicznych przebojów, wykonywanych dla zespołu Tercet czyli kwartet. A więc wiązanka ABBY (z refrenem O tu, o tu, o tu, o tu), Bee Gees i efekt współpracy z Arturem Adrusem – Romina Power i Al Bano. Oczywiście natychmiast państwo wykonali wiązankę Kto ci to da. Trudno reklamować teksty Pana Artura. Bo one są same z siebie są bardzo rozreklamowane (Piłem w Spale, spałem w Pile i mój ukochany Czy jesteś żoną panka, czy też dziewczyną skina). Kontynuuje wspaniałą tradycję trójki i wszystkich tych autorów, którzy byli z trójką związani (Dobrowolski, Szumańska, Janczarski, Czubaszek). Przy fortepianie zasiadł Wojciech Kaleta, który dzielnie dośpiewywał chórki za brakujących kolegów z Tercetu. Jeżeli miała bym wymyśleć uosobienie żywiołu i temperamentu, to na pewno była by to Hanna Śleszyńska. Znakomite możliwości wokalne, swoboda i brawura wykonania oraz świetny kontakt z publicznością. Zawsze mam wrażenie, że jest to artystka niedoceniana, kojarzy mi się jedynie z Ireną Kwiatkowską, która była także klasą samą dla siebie, a formy, które uprawia to Himalaje trudności. W lecie miałam możność obserwować Młodego Gąsa, czyli Kubę, jej syna z Piotrem Gąsowskim (film Czuwaj, reż. Robert Gliński). Uczestniczył w próbach, nagraniach (gra na ukulele i śpiewa), opowiadał o kursach jazzowych, dziadku, wszędzie go pełno i wszystko mu, od tak, wychodzi. Jest już na drugim roku Szkoły teatralnej i chyba rodzicom rośnie konkurencja co się zowie. Gdy obserwowałam występ Hanny Śleszyńskiej odnajdywałam jego reakcje, ruchy, sposób mówienie, a nawet chodzenia. Po Niej to ma, parafrazując wspominana powyżej piosenkę. Wyjaśniła się też sprawa ekstrawaganckiej sukni. Kiedy rozpoczął się wstęp do kolejnego utworu publiczność zareagował gromkimi brawami. Toż to przecież replika (wersja bardziej mini) kostiumu Mammy z musicalu Chicago no i jej fantastyczna piosenka, tym razem z polskim tekstem Wojciecha Młynarskiego, równie rewelacyjnym wykonaniu i taneczną choreografią. 

Piosenka z tekstem Pana Wojtka pojawiła się także jako bis w wykonaniu Magdy Umer. Wszyscy myślimy o Nim z troską. Wiem, że jest ciężko chory i nie opuszcza łóżka, a przecież znamy się tak od niedawna, nie całe 60 lat, na pewno 57. Nasze pierwsze spotkanie? To dzień w którym odebrał świadectwo maturalne i przyjechał pokazać je swoje mamie Magdalenie Młynarskiej do Polskiego Radia na Myśliwiecką. Pewnie bywał też wcześniej, ale ta wizyta była szczególna i wszyscy bardzo się nią przejmowali, dlatego utkwiła w mojej pamięci. Był dorosłym, bardzo wysokim mężczyzną, ale i jego mama był bardzo szczupła i wysoka. I bardzo piekna. Ja pracowałam wtedy w Radio, czyli jako przedszkolak, występowałam w audycjach dla dzieci. Nie umiałam czytać, więc nie wiem jakie na świadectwie były stopnie, ale to świadectwo mnie też pokazano i wiele lat później, pracując wspólnie przy jakimś filmie (chyba Rififi po 60. i piosenka z muzyką Janusza Stokłosy), ustaliliśmy, że gdyby co, mogę wystąpić jako świadek, że takie świadectwo istniało. Z naszych późniejszych spotkań wspominam piosenki do serialu Szaleństwa Panny Ewy (reż Kazimierz Tarnas, muzyka Waldemar Kazanecki) i pracę nad piosenką do filmu Słona róża (reż. Janusz Majewski 1981), z muzyką Jerzego Dudusia Matuszkiewicza, którą Hanna Banaszak nagrała po polsku, angielsku i niemiecku. I Would Like to Love You Know, czyli Tak bym chciała kochać już.

Długo przechowywałam ten tekst, napisany na starej maszynie, bo tak jest piękny. I chociaż wszyscy rozpoznają Młynarskiego jako autora tekstów satyrycznych, to on jest lirykiem, który nie ma sobie równych, w operowaniu językiem polskim, a jego teksty, bez muzyki są piękne, jak najpiękniejsze wiersze. Zresztą Młynarski jest dobry na każda okazję, a samba o tekście:    

Koza urena 
wpadła na lapońskie ranczo
Czy refren Ren ma ranne ramie, koza guza
I nic poza guzem

To prawdziwy językowy majstersztyk.

Napisałam o bisie, a przecież był jeszcze finał. Piosenka napisana i wykonana przez Artura Andrusa do muzyki Łukasza Borowieckiego, który tym razem grał na akordeonie. Cyniczne Córy Zurychu, o sześciu córkach pewnego Turka, których imion nie sposób powtórzyć, za to wymieniane są w kolejnych refrenach. Piosence towarzyszy nienachlana choreografia w wykonaniu solisty oraz dwóch mocno zakwefionych postaci niewiadomego pochodzenia, które snują się w tle po scenie, tak w te i we w te. Jedna ma jakieś amarantowe dodatki.