Studio Sonoria

Głuchy telefon

Dzwoni telefon – Halo! – Cześć. Mam pomysł. Rzucę ci tylko hasło. Krótki trzask i hasła nie ma. Nie ma rozmowy. Nie ma żadnego sygnału. Telefon został wyłączony.

Czujność ekipy pracującej w podsłuchach jest powalająca. Siedzą tam żuczki dzień i noc i wyłączają po każdym niepokojącym słowie, nie zadając sobie trudu, aby pojąć całość wypowiedzi.

Nie muszą się ukrywać. W końcu jest wojna, a w słuchawce w czasie każdej rozmowy słyszymy monotonne: rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana… Ciekawe ile ważnych, wywrotowych rozmów udało się przeprowadzić pod czujnym uchem władzy, no bo przecież, jak widać, reagują tylko na słowa klucze, rzucone całkiem niewinnie. Plan, hasło, tajny, niebezpieczny, bibuła. Dziś pewnie jeszcze: zamach, bomba, albo trzy wybuchy. I oczywiście wszyscy spiskowcy takie właśnie wiadomości przekazują sobie przez telefon i to otwartym tekstem.

Albo szyfrem: ciocia Józia przyjeżdża z Katowic pociągiem o 17.00. Trzask. Rozmowa przerwana i nikt po ciocię na dworzec o 17.00 nie wyjdzie, albo oddział bojowy obstawia i Katowice i dworzec i rzekomą ciocię.

Nasza ulubiona odzywka przez telefon w tym czasie brzmiała: gdyby były problemy, to hasło „bania”. Ile kłopotów sprawiliśmy słuchaczom, swoim nieobywatelskim zachowaniem? Nie pamiętam odzewu, ale hasło używamy do dziś, często zamiast no to cześć, albo do widzenia. Fajnie to brzmi w ustach 60 latków, ale czy w filmie mogą pracować normalni ludzie? Nawet jak ktoś sprawia takie wrażenie to w końcu się czymś zdradzi. Moje dorosłe dziś dzieci zwykły mówić, że wychowały się w nienormalnym domu. A jaki niby miał ten dom być? Zaraz dodają, że na normalny by się chyba nie zamieniły. Ja także.

Hasło poznaję godzinę później, gdy dociera do mnie, pieszo, telefonujący kolega (obecnie profesor zwyczajny UMFC). Brzmi: Szymanowski. Piękne hasło, takie niebanalne i natchnione, pachnące górami, Młoda Polską, czymś odległym i przepojonym niezdrowym erotyzmem. Nigdy nie poznała go ekipa generała J., a gdyby wytrzymali jeszcze chwileczkę, to po pierwsze by hasło poznali, po drugie Krzyś nie musiał by biec przez całe osiedle, skoro pod domem miał budkę telefoniczną. Gdyby nas dłużej podsłuchiwali to by mogli nas namierzyć i wpadli by na trio groźnych spiskowców, a tak on mógł do budki telefonicznej dalej chodzić i dzwonić po całej Warszawie (bo wtedy budki miały taki zasięg), a ja łączność telefoniczną z mieszkaniem odzyskałam już po kilku dniach kary za nieodpowiedzialne odzywki, chociaż to nie ja powiedziałam!!! Dyktatury upadają nie przez złe pomysły, ale przez złe ich wdrażania. Czyli głupotę, bezmyślność i niechlujność (w imieniu dyktatury) zarządzających. To niestety dla dyktatur lub stety dla ciemiężonych jest aktualne do dziś.

Ciekawe co by zrobili z tą wiedzą, gdyby jednak dłużej tej naszej rozmowy posłuchali? No bo, kto to jest ten Szymanowski? Może przedwojenny producent mąki i właściciel ziemski z miejscowości Szymanów? A może to kryptonim i chodzi o pobliski klasztor franciszkański w Teresinie, czy raczej Paprotni (z tego klasztoru pochodził Ojciec Maksymilian Kolbe i tam potem powstało radio i telewizja Niepokalanów). Dopiero by się zrobiło zamieszanie. No a gdyby nawet udało się ustalić, że Szymanowski to także kompozytor, też by było cienko, bo kuzyn Jarosława Iwaszkiewicza, prawdopodobnie LGBT i jeszcze umarł na gruźlicę i w ogóle posiadacz ziemski z terenów niepolskich. Myślę, że komentując hasło oboje byśmy coś fajnego i tajemniczego jeszcze nie odpowiedzialnie dołożyli. Cóż to był za spisek? 

Pracowaliśmy z Nikodemem Wołk-Łaniewskim (dźwięk) i Krzysztofem Knittlem (muzyka) nad filmem Marka Nowickiego Widziadło (1984). Dziś sami profesorowie zwyczajni, specjaliści od SZTUKI, wtedy, na szczęście, niższej rangi. Była to adaptacja powieści Karola Irzykowskiego Pałuba. Niezwykle nowatorskiej w formie i treści. Pogmatwanej, wielowarstwowej i ogromnie skomplikowanej, utrzymanej w stylu młodopolskich witraży Stanisława Wyspiańskiego, czy modernistycznych prac Alfonsa Muchy. Książka zawsze była tak poza głównym nurtem, jako lekko skandalizująca, a i dziś zdobycie egzemplarza graniczy z cudem. Zresztą kto by go dziś szukał, to przy naszych obecnych standardach, jakaś książczyna dla panienek z dobrego domu. W filmie pojawiają się tylko niektóre motywy z powieści i są to raczej wariacje na temat, co nie przeszkadza, że film był reklamowany jako horror erotyczny. I znowu, po latach wydaje się to głęboką pomyłką, bo ani horroru na miarę Mechanicznej piły 12, ani śmiałej golizny, która króluje swobodnie, nawet w filmach na inne zgoła tematy (np. ukrzyżowane chrześcijanki w Quo vadis, reż. Jerzy Kawalerowicz, 2001, dostępne od 12 roku życia pacjenta). 

W filmie oglądamy plejadę znakomitych aktorów: Roman Wilhelmi, Marzena Trybała, Anna Chodakowska, Hanna Mikuć, Mariusz Dmochowski, Mariusz Benoit, Olgierd Łukaszewcz. Nad filmem pracowało trzech wielkich operatorów wizjonerów: Marek Nowicki (reżyser, ale także operator takich fresków jak Rodzina Połanieckich, czy Chłopi), Witold (Ziemia obiecana, Trzecia część nocy, Szpital przemienienia, także profesor zwyczajny od sztuki) i Piotr (wtedy młody operator kamery, ale później, do jego przedwczesnej śmierci, wielka duma naszej szkoły operatorskiej i to na światowej arenie) Sobocińscy. To spowodowało, że film jest wspaniałym dziełem plastycznym, właśnie takim młodopolskim, a horroru, niesamowitości czy tajemnicy w samym obrazie jest jakby mniej. Sceny erotyczne także są wystylizowane (Dorota Kwiatkowska, jako zjawa i ucieleśnienie byłej kochanki) i mało w nich dzikiego seksu, a więcej opisu, epiki i wyrafinowania. No, może z wyjątkiem Kseńki (Monika Braun – siostra Grzegorza Brauna) nazwanej przez nas topielicą, chyba wtedy studentki szkoły teatralnej we Wrocławiu, której głosu użyczyła Iga Cembrzyńska.

Takie były nasze wrażenia z pierwszej projekcji filmu, którą oglądałam w towarzystwie kilku młodych mężczyzn: dźwiękowców (Nikodem i Mietek Kominek) i kompozytorów muzyki współczesnej (Krzysztof i Grupa NSME – nie umiem dziś tego skrótu rozszyfrować. Na pewno S to Paweł Szymański, a M – Wojtek Michniewski), później współwykonawców ilustracji muzycznej skomponowanej przez Krzysztofa Knittla. Mnie się taka forma narracji podobała, chociaż była inna od zamierzeń autora powieści, ale oczekiwano, że dźwięk, a przede wszystkim muzyka, swoim działaniem te niedostatki zniweluje i horror erotyczny powstanie. Nie wiem, czy to się udało, ale oczywiście próbowaliśmy. Widowni film się podobał (nagroda na festiwalu w Koszalinie za debiut), a więc powstało coś, na co było zamówienie i zapotrzebowanie, a nie odkurzona ramota z przełomu wieków. 

Dyskutowaliśmy zażarcie, jakich środków należy użyć, aby sprostać poleceniom zleceniodawców, ale też dla własnej czystej przyjemności, aby powstał zagmatwany, wielopłaszczyznowy dźwięk i oleista, gęsta i erotyzująca muzyka. Zamawialiśmy projekcje różnych filmów (Piknik pod wisząca skałą, reż. Peter Weir), których nastrój mógł być podobny i szukaliśmy środków, jakimi mogli byśmy osiągnąć swój cel (VHS jeszcze nie wynaleziono, przynajmniej dla Polaków, a na pewno nie DVD itp. Nie było też kopii elektronicznych takich filmów). Przez kolejne dni częstymi gośćmi mojego mikroskopijnego mieszkanka na Bielanach (22,5 m2) byli w tej sprawie, dwaj moi bliscy sąsiedzi Krzyś Knittel i Wojtek Michniewski (także nasz dyrygent). Jak wiadomo w tym czasie telefony były nie tylko na podsłuchach. Większość ludzi ich nie miała, a więc spacery i niespodziewane wizyty, były na porządku dziennym. Panowie przychodzili też do nas właśnie korzystać z telefonu. Szczególnie, że konieczne były rozmowy międzymiastowe, które się zamawiało i cierpliwie czekało, np. dwie godziny. Jeżeli przyniosło się chleb, można było liczyć na kanapki ze smażoną na oleju cebulą, jabłkami i majerankiem. Dzwoniliśmy do potencjalnych wykonawców, prowadziliśmy uzgodnienia z kopistą i muzykami, zostawialiśmy wiadomości o trwających poszukiwaniach, a największym beneficjentem, tej walki, była moja córka, która zbierała datki za telefony do swojej świnki skarbonki. Tego wieczoru miałam mieć już wolne, stąd telefon, ale … i tak się nie udało. 


Szymanowski. To bardzo dobre hasło. Uwielbiam jego muzykę. Jeszcze melodyczna, ale już lekko zmodyfikowana, o bogactwo nowych współbrzmień, zabarwiona folklorem, nie tylko przecież górskim i rozedrgana. Świetnie i bogato instrumentowana. Usadzająca nasze opowiadanie w niedalekiej przeszłości, na początku XX w. Trudniejsza niż typowe ilustracje (muzyczne) filmowe, a więc niosąca niepokój i poczucie, że dzieje się coś dziwnego, niesamowitego. Orkiestra i nieskoordynowane dźwięki dodane przez naszą tajną jednostkę kompozytorsko-wykonawczą. Do tego głosy. Wokaliza kobiety i mężczyzny (Agnieszka Fatyga i Andrzej Mitan). Najmocniejsza broń jaka jest w muzyce, element odbierana przez nas wyjątkowo emocjonalnie i osobiście. Z Agnieszką współpracowałam jeszcze przy kolejnym filmie Pana Marka. To niewykorzystana wielka aktorka i znakomita śpiewaczka. Miło oglądać teraz na ekranach jej córkę. Wszechstronnie uzdolnioną Michalinę Olszańską (Córki dancingu – Złota) i jak matka egzotycznie piękną. Na pewno powstał film, jak na swój czas, ekstrawagancki i oryginalny. Podobał się nam i podobał się publiczności, a praca w takim zespołem zawsze jest ożywcza i przyjemna. Trochę się może zestarzał, ale bywa gorzej. Los obszedł się z nim łagodnie. Nadal fascynuje zarówno przepięknym obrazem, jak i niebanalnym dźwiękiem.

Close Menu