Zero siedem prawie osiem

Zero siedem prawie osiem
Adria, Warszawa lata 30.

Tak żartobliwie w gronie ekipy nazywaliśmy serial 07 zgłoś się. Filmy o agencie Jamesie Bondzie nie były znane w kraju nad Wisłą, ale dla bardziej zorientowanych tytuł serialu był czytelnym nawiązaniem do słynnego asa wywiadu agencji MI6 – agenta 007. Podwójne zero oznacza licencję na zabijanie. Nasz agent takowej nie miał, ale był też ludowym milicjantem i postacią na wskroś pozytywną. Nawet trupów jest mniej, a polski Bond za panienkami ogląda się w sposób ocenzurowany. Muzykę do serialu skomponował Włodzimierz Korcz i znowu jest w niej bardzo wiele nawiązań do stylu oprawy muzycznej wczesnych Bondów, a przede wszystkim słynnego The James Bond Theme, który napisał Monty Norman.

Na plan zdjęciowy pierwszych odcinków serialu trafiłam z czystej ciekawostki. Operatorem dźwięku był Lech Brański, który prowadził ze mną zajęcia z nagrań dokumentalnych. Oczywiście wszyscy walczyli o możliwość nagrania orkiestry w trakcie szkolnego koncertu, ale my z moją przyjaciółka Małgosią byłyśmy zawsze niepokorne, a więc biegałyśmy z Nagrą po różnych znajomych imprezach i rejestrowałyśmy je tak jak dla PKF lub filmu dokumentalnego. Leszek dzielnie biegał z nami, bo jego także takie nagrania kręciły bardziej niż jakaś tam orkiestra, a kiedy wyraziłam chęć odwiedzenia go na planie prawdziwego filmu od razu się zgodził.

07 zgłoś się to był jego debiut. Wcześniej asystował Janowi Czerwińskiemu przy serialu Noce i Dnie, a w filmie fabularnym pod tym samym tytułem był II operatorem dźwięku. Oczywiście samodzielny dźwięk do 07 zgłoś się był dla niego awansem. Przez większość mojej zawodowej kariery współpracowaliśmy ściśle. Mówiliśmy na niego Brańszczyk i zawsze pojawiał się z torebką śliwek w czekoladzie. Taki znak rozpoznawczy. Ładnie komponował, miał mnóstwo pomysłów i niebywałe wyczucie do zgrań filmowych. Aż trudno to sobie wyobrazić, że Leszka nie ma z nami.

Nie mogłam jeździć z ekipą po Polsce, ale kiedy zdjęcia odbywały się w Warszawie, zawsze korzystałam z zaproszenia. Studiowałam na IV roku reżyserii dźwięku i lata moment miałam już sama zacząć pracę na planie zdjęciowym, a więc była to okazja nie lada. Na razie zwiedzałam Cmentarz Powązkowski, dworzec Centralny, różne ulice Warszawy, kultowe przejście podziemne na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i alej Jerozolimskich, budynek TVP. A przede wszystkim nocne lokale, w których zdarzyło mi się bywać po raz pierwszy w życiu, za to w biały dzień, choć najczęściej sceny dotyczyły godzin wieczornych i nocnych.

Najważniejsza była Adria, w której rozgrywa się cała sekwencja odcinka Wisior. Kawiarnia-dancing Adria przed wojną była najelegantszym takim miejscem w Warszawie. Tu bywał Eugeniusz Bodo, na koniu wjeżdżał generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Grały orkiestry Jerzego Petersburskiego i Artura Golda. Otwarto ją na ul. Moniuszki 10 (teraz 8) w 1931 r. na parterze i w podziemiach budynku Włoskiego Towarzystwa Ubezpieczeń Riunione Adriatica di Sicurta. Wchodziło się przez drzwi z kryształowego szkła. Miała ogród zimowy i charakterystyczny neonowy szyld.

W czasie II wojny światowej funkcjonowała jako Nur für Deutsche. W sierpniu 1944 r. była powstańczą stołówką i wtedy trafił w budynek pocisk moździerzowy, przebijając wszystkie stropy. Nie wybuchł. Udało się go rozbroić, a proch wykorzystano do produkcji powstańczych granatów. Odnaleziono go, kiedy odgruzowywano piwnice w połowie lat 60. (jest w Muzeum Wojska Polskiego). Po wojnie, odbudowano tylko dom i przejęło go PZU. Adria na mapie Warszawy zaistniała ponownie w 1973 r. Nie była pewnie tak elegancka jak przed wojną, ale uchodziła za jeden z najdroższych lokali w stolicy. Bywali w niej dyrektorzy i działacze, a przede wszystkim bogata reprezentacja warszawskiego półświatka, otoczona wianuszkiem pań do towarzystwa.

Nic dziwnego, że Adria często pojawiała się w filmach. Jako pierwszy powstał tu, jeszcze przed II wojną światową Jego ekscelencja subiekt. Musiała też pojawić się w 07 zgłoś się. Spędziłam w nim kilka ładnych dni, w tym jeden w toalecie, ponieważ do scen w hallu z lustrem na całą ścianę, w toaletach się ukrywaliśmy. Lokal był nowy, niedawno otwarty i przy przyciemnionym świetle wyglądał nawet stylowo. Niestety w świetle filmowym, znacznie mocniejszym, miał w sobie coś z tandety i bazarowych świecidełek. Ale taka wtedy była moda.

W sumie w Wisiorze, pokazywane są tylko bliskie plany. Nie gra muzyka, nie ma zespołu, ale w ogóle w pierwszych odcinkach 07 zgłoś się muzyki jest niewiele i raczej są to sygnały, czy jingle. Ale takie rzeczy dostrzega się dopiero po latach. Dziś grały by w samochodach radia, a muzyka na dancingu w Adrii po prostu bardzo by się przydała. Ratując sytuację operator dźwięku wypełnia przestrzeń gwarami. Także ilustracyjnej muzyki byłoby więcej, nie koniecznie tak jednoznacznej i tendencyjnej.

Ponownie wylądowałam w Adrii jako II operator dźwięku odcinka Brudna sprawa w drugiej serii kultowego serialu. W tej serii muzyki jest już więcej, a przede wszystkim w lokalu są występy artystyczne, najpierw strip tease, a potem rozpoczynająca solową karierę Alicja Majewska. Widać też ogólniejsze plany wnętrz. Do Adrii wracamy w ramach śledztwa i wtedy także słyszymy najpierw śpiewającą Alicję Majewską, a potem gra zespół z saksofonem, a parkiet się zapełnia. Są tańce.

To był czas, kiedy w filmach zaczęła się moda na nocne, ekskluzywne lokale i obowiązkowy stawał się striptiz. Już jako konsultant muzyczny stałam się specjalistką od opracowań muzycznych do takich układów tanecznych, a panie, bardzo się ze mną zaprzyjaźniły. Muzyka była im potrzebna nie tylko do filmu, ale i do regularnej działalności, a mnie w takich przypadkach nie obowiązywało restrykcyjne prawo autorskie i mogłam wyszukiwać dla nich prawdziwe przeboje. Bywałam też w Adrii na play backowych zdjęciach do przeróżnych filmów.

Na początku lat 90. Znalazłam się w Adrii w całkiem nowej sytuacji. Pracowałam nad serialem Uciekinier (Bonne Chance Frenchie reż. Alain Bonnot 1991), robionym w międzynarodowej koprodukcji. Kompozycja muzyki leżała po stronie francuskiej, a mu odpowiadaliśmy za nagranie orkiestry. Kompozytorem muzyki był Eric Demarsan, który przyjechał do Polski z aranżerem. Ja nie tylko organizowałam nagranie, ale także opiekowałam się francuską wycieczką, mając do pomocy jedną lub dwie taksówki i tłumaczkę. Problemów (pozamuzycznych) było mnóstwo: jednorazowe zapalniczki, właściwe papierosy, woda mineralna bez gazu, flamastry, kolorowe przylepne karteczki i atrakcyjne miejsca spożywania posiłków. Ze względu na późną porę kończenia sesji nagraniowych, kolacje, jadaliśmy u mnie w domu. Produkty dowoziła produkcja, a ewentualne potrawy szykowała moja gosposia.

Po tygodniu takiego życia byłam już ledwo żywa, chociaż chwalono mnie za ogarnięcie sytuacji, bo jeszcze była 50/70 osobowa orkiestra i soliści. I wtedy przyszedł rozstrzygający cios. Na ostatniej sesji (późnym popołudniem) pojawił się nasz francuski producent Michael Noel i stwierdził: ty sobie na pewno poradzisz, więc zamów nam jakąś dobrą restaurację po nagraniu (do 21.00), bo należy wam się ode mnie podziękowanie i kolacja.

Oczywiście tego dnia nie ma francuskiej tłumaczki, biuro filmu już zamknięte. Pomagają mi kierowniczki produkcji z Polskiego Radia. Mają książkę telefoniczną. Z biura dzwonią po knajpach (nie wynaleziono jeszcze Internetu i telefonów komórkowych, a większość służbowych telefonów nie ma wyjścia na miasto). Cały czas trwa nagranie. W większości restauracji kuchnia jest czynna do 22.00, a knajpa do 23.00. To nie są warunki dla moich Francuzów. Wreszcie złoty strzał: Adria jest czynna do ostatniego gościa, może być 3.00, albo 5.00 rano. Kucharz czeka.

Z daleka widać rozświetlony neon. Wszędzie dużo światła, ale restauracja jest w zasadzie pusta. Przy stoliku w rogu siedzi kilka pań do towarzystwa. Dla nas przygotowano super elegancki stolik na samym środku. Karta dań po polsku, nikt nie mówi w obcym języku, no może panie, ale znają słowa nie z tego zakresu. Po kilkunastu godzinach pracy w dwóch językach, brnę samodzielnie przez kolejne potrawy, a gości interesuje wszystko, nawet kształt serwowanych klusek. Z powodu garnie z zielonego groszku, odstawiam scenkę aktorską. Udało się. Zamawiamy, zaserwowano alkohole i inne napoje (herbata, kawa, woda bez gazu).

Kolejna niespodzianka. Na estradce zjawiają się muzycy, a konferansjer z dumą (po polsku) zapowiada, że opóźniono rozpoczęcie programu specjalnie dla zagranicznych gości. Zestaw filmowy: pary w tańcu erotyczno-artystycznym, piosenkarka w repertuarze… francuskim (o matko i córko!) i striptiz. Ja załamana, ale panowie bawią się świetnie. Alkoholu przybywa, desery, wspólne muzykowanie (na szczęście baz męskich striptizów). Rozumiem, że takiej wiochy dawno nie widzieli. Wracam do domu z pierwszym brzaskiem, a w południe jesteśmy już w samolocie do Paryża. Za kilka dni mam okazję spędzić wieczór w Folie Bergère, gdzie pracuje syn kompozytora i sobie porównać.

Później Adria zniknęła z moich planów pracy, aż do 2014 r., kiedy rozpoczęliśmy realizację Córek dancingu. Ze scenariusza już wynikało, że część akcji powinna się toczyć w tym lokalu. Szczególnie, że Adria była zamknięta, a więc do naszej dyspozycji przez całą dobę. Scenografię można było zrobić według wyobrażeń i potrzeb. Osobiście dostarczałam stylowe instrumenty (Kinga Preis gra na keyterze – połączeniu syntezatora z gitarą), zdobyłam działające nagłośnienie z tego okresu, które było jednocześnie dekoracją i źródłem play backów. Zwieziono nawet atrapy wyposażenia kuchennego i lokal wyglądał tak tandetnie jak go pamiętałam.

Z wyjątkiem muzyki. Play backi nagraliśmy w studio ze świetnymi muzykami studyjnymi. Zostały zaaranżowane (Maciek Macuk, Basia Wrońska) stylowo, ale i zawodowo. Wybraliśmy prawdziwe hity: I Feel Love, Bananowy song, Byłaś serca biciem. Choreografię przygotowały Kaya Kołodziejczyk i Betty Q, a striptiz w wykonaniu Magdy Cieleckiej, to był prawdziwy majstersztyk.

Jakiś czas temu wyczytałam, że Adria znowu działa. Ponowne otwarcie nastąpiło 11 kwietnia 2017 r. Raczej bez pompy.