Studio Sonoria

I tylko sny nasze… (reż. Piotr Bikont, 1984)

Są osoby, których istnienie wydaje się tak oczywiste jak powietrze. Przyjaźnimy się latami i chociaż nie zawsze są to kontakty intensywne, bez trudu nawet po długim czasie, podejmujemy w rozmowie poprzednio przerwany wątek, tak jakbyśmy nie widzieli się od …. wczoraj. Tak wyglądała moja wieloletnia znajomość z Piotrkiem Bikontem i sama świadomość, że nie odbierze mojego telefonu i nie odpisze na list porzucony na facebooku wydaje mi się nie do zniesienia.

Poznaliśmy się w pracy, na przełomie 1982 i 83 roku, wkrótce po tym jak wypuścili go z internowania. Był ciągle studentem PWSFTiTv, co może ochroniło go przed regularnym wojskiem, ale uprzykrzano mu życie na wszelkie możliwe sposoby. Dwa razy w tygodniu, mimo, że jego dyplomowy film I tylko sny nasze… skierowano do produkcji w Warszawie, musiał jeździć do Łodzi i meldować się w studium wojskowym, czy też w innej podobnej instytucji. Do realizacji filmu dostał młodych pracowników, bez pozycji zawodowej (Ewa Smal, Danusia Zankowska i ja), którzy zawsze muszą ustępować i to wszystkim.

Niczego nie dawało się załatwić telefonicznie (dwie strony muszą mieć telefon), a więc właściwie co dzień rano wszyscy odwiedzali Wytwórnię i wtedy dowiadywali się jaka jest ich dzisiejsza sytuacja. Pracowałam przy tym jego filmie, a z racji różnorakich utrudnień praca się przeciągała i przeciągała, a my mieliśmy okazję, aby spędzać wspólnie czasu znacznie więcej, niż wynikało to z długości powstającego filmu. Musieliśmy przerywać pracę, jeżeli mnie zlecono coś bardzo pilnego, albo musiałam oddawać montażownię, jeżeli coś pilnego musiała zrobić któraś z moich koleżanek. Podobnie miały obie dziewczyny. Byliśmy takim pojazdem najmniej uprzywilejowanym, a więc mogliśmy pracować, jak już naprawdę nikt nic nie był w stanie wymyśleć innego do roboty. Bywa. Na szczęście trafił nam się reżyser spolegliwy i uśmiechnięty. Taką jego twarz zachowam na zawsze w pamięci.

Film. Był to inscenizowany dokument, opowieść o miłości Polki i Amerykanina – mima, który brał udział w Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze. Wzięli ślub – on w stroju Pierrota, ona w stroju ludowym. Uroczystości towarzyszyły tłumy dzieci i młodzieży, z którymi na co dzień pracują w amatorskim teatrze. W filmie wykorzystano fragmenty spektakli teatrów ulicznych, które brały udział w Festiwalu.

Przede wszystkim Teatru Ósmego Dnia z Poznania, co nie mogło się podobać. Generalnie tylko nam czworgu zależało, aby raz rozpoczęty film zakończyć. Dla Piotra był to warunek ukończenia ciągnących się już nieco przydługo studiów.

Piotr był związany z opozycją od 1977 r. Współpracował z KOR. Pisał do kwartalnika Puls, dla którego przetłumaczył m.in. Skowyt Allena Ginsberga. W 1980 r. organizował ogólnopolskie i uczelniane struktury NZS. Od 13 grudnia 1981 do 12 października 1982 r. był internowany. Ja miałam zupełnie inne doświadczenia. Choroba i śmierć męża, spowodowały, że problemy mojego prywatnego życia przysłoniły wszystko, co działo się wokół. Pogrążona w depresji właściwie nie pamiętam wydarzeń na Wybrzeżu i właściwie do dziś jest to dla mnie historia znana z materiałów filmowych. Do pracy wróciłam jesienią 1980 r. i z największym trudem próbowałam posklejać moje strzaskane na kawałki życie. Wychowywałam córeczkę i dumna byłam z tego, że daję radę sama zapewnić nam byt. Stan wojenny był szokiem i dopiero wtedy mogłam stwierdzić jak wielu, spośród moich znajomych, uznano za niebezpiecznych dla władzy ludowej.

Opowieści Piotra były dla mnie znakomitą, przyspieszoną edukacją. Jego życie także było już na swój sposób pokiereszowane. Po powrocie z internowania, ukończył studia na Wydziale Reżyserii PWSFiT, filmem dokumentalnym, który razem próbowaliśmy zrobić. To się udało, ale następnej szansy zrobienia filmu w ramach państwowych struktur kinematografii już nie dostał. Dlatego straciliśmy się wtedy z oczy. Dziś wiem, że był członkiem redakcji Tygodnika Mazowsze (1982-1989), a potem, pod koniec lat 80. dla Video Studio Gdańsk realizował filmy dokumentalne poświęcone polskiej opozycji (Inny sierpień 1988, Ballada o strajku 1988, Opowieści Okrągłego Stołu, 1989).

W latach 1989-2001 był dziennikarzem Gazety Wyborczej. I wtedy spotkaliśmy się znowu. Mojej rodzinie udało się zamienić przytulne 22,5 m2 na przestrzenne 50 m2 na piątym piętrze bez windy na Mokotowie. To był dokładnie ten blok, którego część parteru zajmowała Gazeta, a nawet wejście do naszej klatki było tuż obok wejścia do redakcji. Dalej telefony były dobrem deficytowym, a teksty przepisywały dzielne maszynistki, a więc ruch pod naszym nowym blokiem był jak na Marszałkowskiej. Reszta była już kwestią czasu. Spotkaliśmy się pod tym blokiem.

On spieszył się do redakcji, ja targałam siatki z zakupami i oczywiście przegadaliśmy tak z godzinę. Nigdy się nie umawialiśmy, nie pamiętam, żeby Piotr wdrapał się na nasz strych, ale do wyprowadzki Gazety na Czerską widywaliśmy się regularnie i często. I oczywiście wystając pod blokiem gadaliśmy. Ja jestem niepoprawnym optymistą, ale dopiero Piotr to był człowiek bez złego humoru. Zawsze pełen zapału, uśmiechnięty i tryskający szczęściem, żeby nie wiem co.

Potem znowu nastąpiła jakaś przerwa, Piotr zajął się kulinariami, ale także chociaż sporadycznie, a to grywał w filmach, a to coś reżyserował w teatrze. Dzwonił wtedy z prośbą o jakąś muzykę, a częściej efekty. Albo ja dostałam płytę zespołu Tęgie chłopy i musiałam natychmiast powiedzieć, że Maniucha grająca na tubie jest boska. Mieliśmy wspólny pomysł na gadające menu dostępne dla niewidomych, ale jakoś na razie się nie udawało. Czy teraz, bez Piotra ma szansę się udać? Ostatnia wspólna płaszczyzna do pogaduszek to od kilku lat był facebook. Kiedy niedawno odpowiadałam na jego post, nie mogłam przypuszczać, że rozmawiamy już po raz ostatni. Uśmiechnięty, słoneczny człowieku, czy naprawdę tak musiało się stać?

Close Menu