Piękna i Volta

Piękna i Volta

ak, tak. Kolejną voltę swoim widzom wykręcił nasz drogi Julek Machulski. Znowu komedia kryminalna i znowu zręczna intryga. Należy tylko czekać, że skoro był Vabank i Vabank II czyli riposta, a także Kiler i Kiler-ów 2-ch, to po Volcie, będzie też Druga Volta. Ja w każdym razie bardzo bym sobie tego życzyła. 
 

Oczywiście pomiędzy tymi filmami są poważne różnice. W Volcie, chociaż opowieść jest współczesna  mamy wiele odniesień do historii. I nie jest to przeniesienie całej akcji w lata 30. XX w. jak w Vabank, ale retrospekcje, i wizualizacje opowiadań, a wreszcie wykłady pani profesor i jej znakomitej dublerki (Joanna Szczepkowska). 
 

Zastanawialiśmy się wszyscy, czy szczegółowe wyjaśnienia historyczne są widzowi potrzebne, ale wspólnie dochodziliśmy zaraz do konkluzji, że co raz więcej osób, wie o naszej historii tyle, co tytułowy pseudo inteligent Volta, a najbardziej nic nie wiedzą ci, co się gęsto historią próbują podpierać i mienią wielkimi patriotami.
 

Reżyser bezwzględnie ośmiesza i nowobogactwo i wikipedyczną (nie mylić z encyklopedyczną) wiedzę, a przed wszystkim łatwowierność, sprytnych i spostrzegawczych osób, gdy pieniądze przesłaniają wszelkie przesłanki, które powinny wzbudzić czujność. Oczywiście tak być mogło, jak opowiada fałszywa pani profesor, ale nie było i są na to niezbite dowody oraz wydawało by się, są to powszechnie znane fakty. No, ale jeżeli prawdziwość korony Kazimierza Wielkiego stwierdza się, porównując film z komórki z banknotem pięćdziesięciozłotowym?
 

Jak zwykle u Julka pojawiają się znakomici aktorzy, a na szczególną uwagę zasługują postaci nowe, lub przez niego odkryte dla komedii: Michał Żurawski – Dycha, Krzysztof Stelmaszyk – właściciel prywatnej telewizji i jego kamerzysta Józio Pawłowski, oraz panie Aleksandra Domańska – narzeczona Volty, Olga Bołądź jako jej szalona koleżanka oraz jako matka koleżanki, Katarzyna Herman.
 

Szczególnie podobał mi się Andrzej Zieliński jako Volta. Jest tak wiarygodny i sympatyczny, że dopiero w trakcie filmu ukazuje się jego prawdziwa natura, a poza tym długo utrzymuje nas w przekonaniu, że to raczej film obyczajowy, chociaż o pogodnym wydźwięku. Tym bardziej widz czuje się zaskoczony, a wreszcie zmanipulowany. I tak jest do końca. Jak zwykle rzeczywistość w swych absurdach w wielu miejscach dogoniła, a nawet wyprzedziła filmowców. 
 

Kwintesencją małomiasteczkowych polityków różnej maści, jest postać Jacka Braciaka – Kazimierz Dolny, czyli kandydat na prezydenta pewnej populistycznej partii: narodowo socjalistycznej lub socjalistyczno-narodowej. Kiedyś można by przypuszczać, że za pierwowzór posłużyła reżyserowi Samoobrona Andrzeja Leppera, ale życie przerosło i nawet tak rozbuchane filmowe wizje. Może warto by, jak mówi nasz pretendent, także do tronu, zatrudniać Julka do przepowiadania przyszłości? Bo rzeczywistości lepiej nie wymyśli.
 

Wspaniałe dialogi są u Juliusza Machulskiego w standardzie. Nie chwalmy skóry na niedźwiedziu, powtarzała cała ekipa, a potem obowiązywał także odzew- nie dzielmy Kaziu, – nie dzielmy, łączmy. Kazimierz V Dolny trzonowy; hasło wyborcze – Dolny górą; mimika dupy; zna pan Dziady?, no i odpowiedź Dolnego na tak zadane pytanie; historyczny wywód Joanny Szczepkowskiej (fałszywa pani profesor historii), ilustrowany wydarzeniami w krypcie z Robertem Więckiewiczem (jako Jankiem z Czarnkowa), i konkluzją, że Polska była w średniowieczu jedynym krajem, w którym nie było pedalstwa. Ciekawe ile jeszcze świetnych powiedzonek, z tego filmu, na trwałe wejdzie do naszego powszedniego języka?
 

Przydała się, Julka znakomita znajomość języków. Bohaterowie mówią zależnie od sytuacji po łacinie, hiszpańsku i francusku, a rzekomy Francuz, Xawery Teysseire (Marcin Hycnar), który oprowadza wycieczki próbując mówić po polsku, brzmi niezwykle wiarygodnie. Może to także metoda edukacyjna, tym razem, do nauki języków obcych?
 

Powinni być też zadowoleni włodarze Lublina. Pięknie odnowione miasto, na zdjęciach Arka Tomiaka, jest czarowne i pewnie teraz popłyną do niego rzesze turystów. Ja jestem także wielbicielem talentu Ewy Machulskiej. Kostiumy poszczególnych osób są fantastycznie spersonifikowane. Natomiast klasa i gust garderoby narzeczonej Volty, przy każdym oglądaniu filmu (ekipa ma to wyjątkowe wyróżnienie, że filmy ogląda od kilku do kilkudziesięciu razy i zna na pamięć nie tylko treść, ale każdy szczegół. No i dialogi) zachwyca mnie od nowa.
 

Mamy też żarty muzyczne. Próbowaliśmy ilustrować wydarzenia, zarówno pod względem epoki, w której toczy się akcja, jak i położenia geograficznego miejsca, w którym się aktualnie znajdujemy. Oczywiście są to nasze filmowe wariacje, a nie autentyki, bo przecież to przede wszystkim komedia, ale muzycznie, także w pewnym sensie edukacyjna. 
 

Pseudo chorał gregoriański towarzyszy wydarzeniom w krypcie (1370), po śmierci Kazimierza Wielkiego. Tylko w trakcie sceny zaczyna ewoluować w kierunku horroru, bo pojawiają się szczury, złamane palce, a wreszcie ustrzelony strzałą mnich. Inna odmiana naszych wariacji gregoriańskich to Medytacje Dolnego w pięknie odnowionej zabytkowej kaplicy, gdzie Dolny znajduje średniowieczne freski, czyli napis Jagiełło dupa. Przy okazji panowie stwierdzają, że krzyż jest lepszym symbolem, bo urna… jako logo słabe. 
 

Henryk Valezy (Henri de Valois) jest ilustrowany pedalskim barokiem (1574), czyli luźnymi wariacjami na temat z okresu w którym akcja się toczy. Przy okazji Bartosz Porczyk wypowiada pochwałę widelca, jako wielkiego polskiego wynalazku (kto mógł przypuszczać, że jakiś poseł na taką głupotę wpadnie) i znajduje regalia, ukryte przez Janka z Czarnkowa. Traci też drogiego Larchanta, który wpada do kuchennej studni. No cóż nie można mieć wszystkiego.
 

Najtrudniejsza była Hiszpania, bo odwiedzamy ją dwukrotnie: 

  • z polskimi szwoleżerami w 1808 r. gdzie występuje pułkownik Krasiński (ojciec przyszłego wieszcza, w tej roli Antoni Pawlicki), któremu Napoleon regalia oddaje, ale też guerrillos, którzy koronę, naszym, zabierają. Przy okazji dowiadujemy się co naprawdę znaczy pijany jak Polak.
  • z dąbrowszczakami w 1937 r., którymi dowodzi Jan Krone (rzekomy dziadek bohaterki i autor pamiętnika, w tej roli Tomasz Kot). 

Używamy muzyki prawie hiszpańskiej. Jest la guitarra, kastaniety, a nawet rzewna trąbka w tym samym temacie. Jednak szwoleżerów wprowadzamy do dowódcy przy dźwiękach triumfalnego marsza, bo w końcu bitwa pod Samosierrą, to był nie lada wyczyn Polaków, pod Hipkiem (Janem Leonem) Kozietulskim, który został dowódcą z musu, bo Ignacy Stokowski nie dotarł jeszcze do Hiszpanii. Słynna szarża trwała 8 do 10 minut i rozniosła w pył hiszpańską obronę, a Napoleon bez przeszkód wkroczył do Madrytu. Do dziś nie wiadomo, czy taki był plan, czy miał być to zwiad, a wyszła razwiedka bojem, jak mawiają Rosjanie. Już się cieszę, bo niebawem mamy udźwiękawiać kolejny ożywiony obraz i będzie to Bitwa pod Samosierrą Piotra Michałowskiego, z 1837 r. Ciekawe, czy nam uda się bitwa lepsza niż Andrzejowi Wajdzie w Popiołach (1965)?
 

Z pamiętnika dziadka bohaterki wynika, że ocalałe mniszki śpiewały na pożegnanie polskich partyzantów piosenkę Cielito Lindo, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Niebeczko moje lub Śliczne Niemeczko, czyli Najdroższa moja. Jest to popularna piosenka przemytników meksykańskich (contrabando), oczywiście śpiewana dla ukochanej dziewczyny. Piosenka powstała w latach 80/90 XIX w., a jej autor Quirin Mendoza y Cortés (1862 – 1957) dożył szczęśliwie blisko stu lat. Miały i mają ją w repertuarze największe gwiazdy z Luciano Pavarottim i Julio i Enrique Iglesiasami na czele. 
 

Nam kojarzy się z piosenką z czasów II wojny światowej Teraz jest wojna, a więc przewrotnie założyliśmy, że z Meksyku dotarła do Hiszpanii, a z Hiszpanii z dąbrowszczakami do przedwojennej Polski. Piosenkę śpiewano w filmie Koniokrad i razem z nim trafiła do Europy. Autor, lub autorzy polskiej wersji piosenki, są nieznani, ale Teraz jest wojna zagościła już w pierwszym polskim filmie powojennym – Zakazane piosenki (reż. L. Buczkowski, 1946) w wykonaniu Stanisławy Piaseckiej i Bronisława Darskiego. Później śpiewał ją też Stanisław Grzesiuk. 


Na tę melodię śpiewana jest żeglarska szanta Popłyń do Rio, a pewne podobieństwa można znaleźć także z melodią piosenki Niech żyje bal, napisanej przez Seweryna Krajewskiego do słów Agnieszki Osieckiej. Śpiewa ją z powodzeniem od wielu lat Maryla Rodowicz. Piosenkę tytułową do filmu Volta nagrała Sarsa i można jej posłuchać na płycie Pióropusze i oczywiście w trakcie napisów końcowych.


Mnie się osobiście ten nowy trend w twórczości Julka podoba. Komedia kryminalna połączona z działalnością edukacyjną, wplecioną zgrabnie w najbardziej frapujący wszystkich wątek. Może to jest nowa forma, w jakiej uda się wtłoczyć w głowy, co raz bardziej odpornego na wiedzę społeczeństwa, jakieś wiadomości z historii, geografii, a może nawet fizyki i chemii. No i wychowamy pokolenie poliglotów (niezrozumiałe dialogi i konieczność czytania polskich tłumaczeń tak je do tego zachęci), a także, co mojemu sercu najbliższe, miłośników i koneserów muzyki wszelkiej. Czas pokaże. Zobaczymy.