BlueBox

You are currently viewing BlueBox

Bluebox, albo blue screen (błękitny ekran) to technika elektroniczna umożliwiająca umieszczanie nakręconego obrazu na innym tle. Polega na wycięciu z obrazu jednego koloru. Poza niebieskim, stosowany jest zielony (greenbox), czerwony (redbox) lub biały (whitebox). Wybór tła zależy od kolorystyki pierwszego planu. Rozpowszechniła się w latach 70. XX w. i wtedy nadużywana stała się plagą telewizji. 


Wszystko realizowano z użyciem blueboxa, dodając np. śpiewającym gwiazdom opery czy piosenkarzom jako tło ilustracje z barwnych albumów. Wtedy prawo autorskie nie funkcjonowało przesadnie, a więc bywały to bardzo pięknie wykonane i wydrukowane fotografie. Natomiast powtarzana w każdym programie maniera stawała się nieznośna. Szczególnie jeżeli niedokładnie wyeliminowano z przedstawionego obrazu kolor boxa stanowiącego tło. Najczęściej pojawiały się zamiast niebieskich oczu wyżarte dziury. 


Na szczęście w filmie realizowanym na taśmie takie sztuczki nie były w latach 70. możliwe. Potem były za drogie, a więc w Polsce niestosowane. Natomiast bardzo zawiedziona czułam się, kiedy w prologu filmu Pożegnanie z Afryką odkryłam, że rozmowę bohaterów nakręcono na bluebox, w który kluczowe było ruchome tło. Bardzo różni się od reszty polowania. Oczywiście dziś można już powiedzieć do czasu, ale robi się to i lepiej i inteligentniej. Nie mniej niezłe wrażenie robią filmowe dekoracje uzupełniane o dużych rozmiarów kartonowe ściany w kolorze zielonym. Do budynków greenbox jest podobno najlepszy. Najczęściej na zielono zabite są okna, bo potem można w to miejsce włożyć dowolny widok i teraz to jest dzieło grafiki komputerowej. 


Kiedy pracowaliśmy nad filmem Ojciec (reż. A. Urbański, 2015), pytanie: co widać za oknem?, prześladowało nas przez kilka miesięcy. Praca nad dźwiękiem trwała pół roku, a przez większość tego czasu ciągnęły się komputerowe przymiarki do widoku z okna w mieszkaniu tytułowego ojca. Rozrzut był duży: dworzec, małe miasteczko, odludzie, jakaś fabryczka, pole… No cóż wreszcie udało nam się ustalić z Lightcraftem zeznania i było słychać to co mniej więcej było widać. Długa praca nad dźwiękiem opłacała się stokrotnie. Zostaliśmy uhonorowani za dźwięk na festiwalu filmowym w Koszalinie. Mój niezawodny kolega kierownik Andrzej Besztak skwitował sukces krótko: Jeszcze byście popracowali z pół roku to byłby Oskar. Nie popracowaliśmy, a więc nie było. 


W takich niekompletnych, częściowo zielonych dekoracjach, realizowano w Lublinie akcję pod Arsenałem w Kamieniach na szaniec (reż. R. Gliński, 2014). W Warszawie pracę uniemożliwiała nam, przysłaniająca widok, stacja metra, a poza tym Arsenał zmienił trochę swój wystrój. Na szczęście w Lublinie rozpoczynano renowację Starówki. Duża jej część była wyłączona z wszelkiego życia, nie było mieszkańców, a więc mogli sobie poszaleć filmowcy. Był bruk i odpowiednie budynki, no i dużo zielonej tektury. Rozpoznaję te, dziś już odnowione pięknie zaułki i uliczki w kolejnych polskich filmach. No bo przecież Pani Dulska (reż. F. Bajon, 2015), też mieszkała gdzieś koło lubelskiej akcji pod Arsenałem, tylko rok później.


Kolorowe tła pomagają aktorom znikać. W takim przypadku wystarczy ubranie w odpowiednim kolorze. Łączenie obrazów może nastąpić na planie (ręce J. Olejniczaka i postać A. Brody, Pianista reż. R. Polański 2002), a wtedy można od razu skontrolować założenia. Niezwykle trudna dla aktora jest gra z rekwizytami czy postaciami, które dopiero pojawią się w ostatecznym obrazie. 


Odmianą blueboxa jest limbo (otchłań, zapomnienie), jednolite tło podłogi i ścian, dające wrażenie nieograniczonej przestrzeni. Najczęściej są to zdjęcia wykonywane na białym lub czarnym tle scenograficznym. Limbo powoduje wrażenie wyobcowania, bezkresu, samotności, nieskończoności. Efekt ten wykorzystał G. Lucas w THX 1138 (1970).  W finalnym obrazie nakłada się sfilmowane postaci na dowolne tło (miasto, obca planeta). Wspaniała hala zdjęciowa z limbo znajduje się w Studio Alvernia pod Krakowem. Bezkresna pustka robi piorunujące wrażenie. Do takich, tricków przygotowane jest też Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu. Zresztą tam można realizować przedsięwzięcia dużo bardziej skomplikowane, co na festiwalu w Olsztynie pokazał Marek Dąbrowski prezentując materiały do filmów Szczęście świata (reż. M. Rosa, 2016) i Twój Vincent (reż. D. Kobiela, H. Welchman, 2017).


No właśnie. Bluebox to nazwa olsztyńskiego festiwalu filmowego, którego tematem są różne aspekty pracy przy filmie, które powodują, że wyczarowuje się nieistniejący świat. Pojęcie rozumiane jest szeroko. To wszelkie środki inscenizacji, jakimi operuje kino i to zarówno te dotyczące obrazu jak i dźwięku. Festiwal odbywa się od kilku lat i cieszy się co raz większym zainteresowaniem miejscowej publiczności. Nie jest to przedsięwzięcie wielkie, na razie skromne i kameralne, ale bywając prawie co roku wiele twarzy rozpoznaję wśród publiczności bez trudu.


Tegoroczną prelekcję i pokaz, jaki przygotował na zakończenie festiwalu Marek Dąbrowski, śledziłam z zapartym tchem. Kopię Szczęścia świata przywiózł ze sobą, a więc mogliśmy film zobaczyć, poza konkursem. To bardzo piękna i plastycznie wysmakowana opowieść. Całość realizowano w hali zdjęciowej, a więc możliwe były eksperymenty ze światłem i znacznie większa swoboda niż we wnętrzach naturalnych. Natomiast fasadę budynku i jego otoczenie w całości wykreowano komputerowo. Znaleziono i sfotografowano pierwowzór, ale taka forma wykreowania i budynku i otaczającego go, w różnych porach roku krajobrazu, była tańsza i efektywniejsza.


Jednak to, co na wszystkich zrobiło ogromne wrażenie to materiały do filmu Twój Vincent. Autorzy pracowali nad filmem 7 lat, a 2,5 roku trwały prace od okresu zdjęciowego do zakończenia filmu. Film jest pełnometrażowy i składa się z 65 tys. ręcznie namalowanych klatek filmowych. Jako wzorce przyjęto 94 obrazy mistrza, które pasują do opowiadanej historii. Kolejnych 31 przekształcono lub wykorzystano fragmentarycznie. Są to portrety bohaterów wydarzeń, pejzaże okolicy, martwe natury. Całość układa się w antologię ożywionych w ten sposób obrazów. 


Film nakręcono z aktorami i zmontowano. Dopiero wtedy wkroczyli do akcji malarze z całego świata. Zatrudniono ich kilkudziesięciu i oni przez dwa lata wykonywali tę żmudną i niezwykle trudną także logistycznie pracą. Wcześniej wybrane w castingu osoby przeszły kilkutygodniowy trening. Marek opowiadał o organizacji miejsc do pracy, tak, aby światło nie rzucało zbędnych cieni, nie przekłamywało kolorów. 


Malarze pracowali w wyizolowanych białych budkach. Takich whiteboxach. Każde pomieszczenie było wyposażone w rzutnik, a obraz malowanej klatki był rzucany dokładnie na szkło o wymiarach 103 x 60 cm, po którym malowano. W ten sposób obraz filmowy zmieniał charakter na „vanghogowski”. Za wzorzec służyły oryginalne obrazy Van Gogha i ich dostosowane do wymogów filmu repliki, przygotowane przez twórców do konkretnych ujęć. Gotowy obraz klatki był fotografowany, a kolejna klatka powstawała przez korygowanie tego co poprzednio namalowano. Każda osoba dostawała do malowania całe ujęcia, aby utrzymać ich jednolitość. Musiały też do siebie pasować ujęcia w obrębie sceny.


Taki film jeszcze nigdy nie powstał. Niewątpliwie jest oryginalny i piękny malarsko. Jest poważnym kandydatem do Oskara, ale nawet jak go nie zdobędzie i tak będzie to film wyjątkowy i sławny. Sławni są już twórcy filmu, a raczej byli już sławni zanim powstało ich wspólne dzieło. Dorota Kobiela ma na swoim kącie pięć animowanych filmów krótkometrażowych, które nagrodzono na międzynarodowych festiwalach. Van Gogh pasjonował ją od zawsze, jest znawczynią jego życia i twórczości, a więc trudno się dziwić, że wybrała go jako temat kolejnego filmu. Hugh Welchman (prywatnie jej maż) ma już jednego Oskara, za animację Piotruś i wilk (2008). Oczywiście oboje mają duże doświadczenie zarówno w animacji tradycyjnej (w tym lalkowej) jak i komputerowej.


Oczywiście najbardziej znany jest bohater filmu – Van Gogh, chociaż jak w każdym takim przypadku większość ludzi wie, że namalował Słoneczniki, a kiczowate reprodukcje wiszące w wielu domach, w których zdarzało mi się bywać, były koszmarem mojego dzieciństwa. Jakoś wyjątkowo nie lubię reprodukcji. Wolę obraz nieznanego malarza, ale prawdziwy.

Niektórzy wiedzą, że obciął sobie ucho, miał zaburzenia psychiczne, no i że popełnił samobójstwo. Film opowiada o historii mniej znanej, która ożyła jakieś 10 lat temu. Zaczęto wtedy podważać tezę o samobójstwie i przytaczać dowody, że przyczyna śmierci mogła być inna. W filmie swoje relacje z wydarzeń składa kilka, a nawet kilkanaście osób i każda zapamiętała to co się wydarzyło inaczej. Wszystkie te osoby pojawiały się na portretach mistrza i są udokumentowane historycznie. Śledztwo prowadzi listonosz, który rok później, ma dostarczyć zaginiony list Van Gogha jego bratu.


Dialogi prowadzone są w języku angielskim. Dlatego Hugh, który planował jedynie swój udział jako producenta, włączył się do pracy nad filmem także w innych jego aspektach. Z tego powodu Twój Vincent nie mógł wystartować w konkursie oskarowym jako film nie anglojezyczny. Ale to nie zamyka mu drogi do nagrody. Wszedł właśnie do kin w USA, może okazać, że jest nominowany jako film anglojęzyczny. Zobaczymy. Zdobywa nagrody na świecie, a przed nim jeszcze wiele festiwali i potencjalnych laurów. Wszedł także do polskich kin w wersji zdubbingowanej. W obsadzie Jerzy Stuhr, Józef Pawłowski, Danuta Stenka, Robert Więckiewicz, Maciej Stuhr, Jerzy Bończak i inni. Musi być pięknie.