Studio Sonoria

Depresja

Ile razy przemierzam tę trasę samochodem, myślę o Holendrach i ich pogodnym usposobieniu, które mają nie licząc się z wszechogarniającą ich depresją. Ja też jestem człowiekiem pogodnym, a przecież urodziłam się w stolicy polskiej depresji, czyli w Elblągu. Rzadko zdarza się, żeby człowiek miał tak mało wspólnego z takim miejscem. Nie wiem, czy w sumie przemieszkałam tam 2 lata i to te pierwsze, zaraz po urodzeniu, bo kiedy poszłam do szkoły (1961) to dziadkowie wrócili już z wygnania w okolice Warszawy. 


Zanim rodzice zdobyli mieszkanie w Warszawie ok. 1,5 roku mieszkałam z dziadkami, a potem pojawialiśmy się rodzinnie w Elblągu tylko z okazji świąt lub wakacji. Co zapamiętałam z tamtego okresu? Na pewno piękny, wielki gotycki kościół, babciny ogródek, kawałek uliczki Długiej i pobliską stację kolejową, zapach papierosów składowanych w dużych kartonach w domu i kiosk Ruchu, który prowadziła babcia.


Ostatni raz byłam w Elblągu po maturze (1972) i wtedy przez cały tydzień wędrowałam po mieście. Trochę sama, trochę z którąś z cioć, bo sporo naszej rodziny w Elblągu pozostało. Były już nowe dzielnice i bloki. Ja miałam plan zrobiony przez tatę, a więc dawne mieszkania członków rodziny, liceum, bank w którym pracował tata i szpital w którym się urodziłam. Trochę mi się przypominało dawnych obrazów z dzieciństwa, ale chyba niewiele.


Sama nie wiem, dlaczego byłam taka pewna, że miasto pokazane w filmie Pobojowisko (reż. J. Budkiewicz, 1984), jest Elblągiem. Jak się okazało reżyser chciał właśnie powojenny Elbląg pokazać, bo tam kilka lat mieszkał, a nawet chodził do klasy z młodszą siostrą mojego taty, a jego mama, moją mamę uczyła grać na pianinie. Ciocia Zosia, zwana Maniuśką, do dziś się z tym odnalezionym przeze mnie Murzynem (ksywka Jana Budkiewicza) przyjaźni.


W tym czasie w Elblągu mieszkały rodziny obojga moich rodziców i to poszerzone o siostry i braci dziadków,  cioteczne rodzeństwa, ich żony i dzieci itd. Cała gromada. Wszyscy wtedy skądś uciekali: chroniąc synów, którzy w czasie wojny byli w podziemiu, walczyli w Powstaniu warszawskim, należeli do AK; nie mieli gdzie mieszkać, bo ich domy zburzono, albo po powrocie okazało się, że zajął je kto inny i ani myśli wpuścić prawowitych właścicieli; albo zwabieni opowieściami o ziemiach odzyskanych chcieli spróbować lepszego życia. Bardzo to było barwne towarzystwo. Brakowało ludzi do pracy, a najbardziej ludzi wykształconych. W ten sposób, mój 25 letni tata został wicedyrektorem banku, bo miał przedwojenną szkołę ekonomiczną, a w Warszawie trafiłby w najlepszym razie na Rakowiecką. Jego szef był ledwo piśmiennym, ale przedwojennym komunistą. Dziadek, przed wojną odpowiadał za dostawy mięsa i wędlin dla wojska zgromadzonego w Modlinie, a w Elblągu nadzorował pracę miejscowych zakładów mięsnych. O pochodzenie nikt na razie nie pytał. Wcześniej, zanim go upaństwowili, prowadził wytwórnię wód gazowych, a mój tata był u przyszłego teścia księgowym.


Młodsze rodzeństwo chodziło do szkoły, no i wszyscy moi późniejsi krewni i powinowaci spotkali się w jednej klasie. Dlatego przez wiele lat, spotkania rodzinne i spotkania naszej klasy były jak dwa w jednym. Poza tym do śmierci starsze pokolenie używało swoich szkolnych przezwisk i ksywek. Mamy brat Sławek, ożenił się z Ciocią Wisienką. Brat mojego ojca, Janusz, z ciocia Szprotką, a mama nazywana Wiesiuczkiem wyszła za starszego brata kolegi z klasy, czyli mojego tatę. Ten kolega z klasy miał jeszcze kolegę z Powstania Heńka, który też ze swoją mamą wylądował w Elblągu i on się ożenił z mamy młodszą siostrą Hanią. Trudno się połapać. Ale dzięki temu nasza cała rodzina była mocno zaprzyjaźniona, spędzaliśmy razem święta, ale też wakacje, a opowieściom o tym co działo się w Elblągu i okolicach nie było końca, a były to wspomnienia z prawdziwego Dzikiego Zachodu.


W tym samy czasie co Pobojowisko pojawił się kolejny film, który wracał do miejsc mojego głębokiego dzieciństwa. Był to serial telewizyjny Pan na Żuławach (reż. S.Szyszko, 1985). Liczył 11 odcinków o długości od 40 do 75 min. Wtedy niczego się nie formatowało, a więc teraz jest kłopot z powtarzaniem go, bo każdy odcinek ma inną długość. A serial był naprawdę ciekawy, bo opowiadał o miejscach i czasach, które do dziś nie są specjalnie znane.


Film obejmuje lata od 1946 do 1956, a więc mniej więcej ten czas w którym po Żuławach buszowała moja szeroko pojęta rodzina. Opowiada o emigrantach z Francji, ale też o przybyszach z innych stron, repatriantach, desperatach i kombinatorach, którzy próbują zagospodarować i przede wszystkim osuszyć polska depresję. Jest literacką fikcją, ale dobrze oddającą to, co wtedy działo się na tych terenach. Niezwykle pasuje tez do opowieści moich krewnych i znajomych.


Ojciec cioci Wisienki, przyjechał na Żuławy z Siedlec, z pszczołami. Okazało się, że daje się na Żuławach produkować znakomity miód. Oczywiście biznes mu upaństwowiono, musiał prowadzić pszczelarstwo dla PGR, ale miał też prywatne ule. Nauczył fachu synów i jeden z nich założył katedrę pszczelarstwa w Akademii Rolniczej w Olsztynie. Karierę skończył jako profesor, a miód produkuje we własnej pasiece jego syn, który wiele lat był wykładowcą na AR.

Ktoś z rodziny dostał ziemię i gospodarstwo, a nawet krowy i próbował walczyć z żywiołem, ale po pewnym czasie się poddał. Pozostały opowieści klasowych kolegów, którzy go na tym wygnaniu odwiedzali. Pamiętam, że krowy puszczone samopas podziczały i bały się ludzi. I znowu kadry filmu niezwykle pasowały do zachowanych w mojej pamięci widoków ze starego Elbląga, a także okolic, po których podróżowaliśmy. Oczywiście na planie tego filmu nie bywałam. Natomiast byłam częstym gościem w montażowni. Film montowała Grażyna Jasińska i jedną z jej asystentek była Beata. Montażownię co raz częściej zaczął odwiedzać jeden z młodych, nieznanych jeszcze aktorów, Artur Barciś, no i państwo są szczęśliwym małżeństwem nie wiem ile już lat. Artur stał się znany, a Beata od lat jest samodzielna montażystką (też znaną).


Moje intensywne pobyty w montażowni były związane z metodą, jaką postanowiono pozyskać do serialu muzykę. Za jej dostarczenie odpowiadał Jurek Duduś Matuszkiewicz, ale niczego nowego nie komponował. W tym czasie, szczególnie telewizja, próbowała nie angażować orkiestr. Robiliśmy nagrania na pierwszych dostępnych syntezatorach, albo nagrywaliśmy zespoły o bardzo okrojonym składzie. Pozwalano nagrać kilka, czy kilkanaście fragmentów (tyle ile dało radę np. w 6 godzinną sesję, bo tak opłacani byli muzycy), a moim zadaniem było wyczarować z tego muzykę do filmu. Z serialem przy tak niewielkiej ilości muzyki, był już nie lada kłopot, a więc postawiliśmy solidarnie, że tak się nie da i trzeba szukać innego rozwiązania.


Tym rozwiązaniem okazała się prywatna taśmoteka Dudusia, z której już raz korzystaliśmy ratując niewielki budżet Godziny W (reż. J. Morgenstern, 1980). Przeszukiwał więc Jurek swoje dawne kompozycje i przede wszystkim taśmy z nagraniami muzyki do filmów, które, jak mało kto w tym czasie, zawsze pracowicie po nagraniach kopiował i przechowywał w domu. Był bardziej skrupulatny niż państwowy producent. Części muzyki z państwowych fonotek brak, bo na tej samej taśmie, po zmontowaniu filmu nagrywano inne, równie piękne kompozycje. Oczywiście taśma była bardzo droga (rolka 1000 m, czyli 43 min nagrania z prędkością 38 cm/s, kosztował 30 zachodnio-niemieckich marek), a właściwie nieosiągalna. Czasem już taką niezdatną do nagrań zawodowych, taśmę sprzedawało radio i tam zaopatrywaliśmy się wszyscy. Za to nie wszyscy wpadli na pomysł Jerzego Matuszkiewicza, który dzięki swojej zapobiegliwości ma do dziś wszystko pięknie zachowane, uporządkowane i skatalogowane.  


Jak to było prawnie możliwe? Obowiązywała ustawa o prawie autorskim, z lat 50 i jedna tylko nowelizacja z 1975 r. Nie istniały prawa pokrewne, czyli swoich praw do raz zrobionych nagrań nie mieli ani wykonawcy, ani producenci. Zresztą producent był jeden, czyli państwo, a więc swobodnie wymieniano nagraną muzykę także pomiędzy państwowymi fonotekami i to nie zawsze pytając o zdanie kompozytora. Wartość finansową stanowiła taśma, a więc kto miał taśmę mógł odsprzedać jej zawartość. Prawa autorskie miał kompozytor i w tym przypadku Jurek Matuszkiewicz dostawał honorarium za kompozycję i udostępnienie nagrań.


Było to dla nas obojga dobre rozwiązanie, chociaż oczywiście wymagało sprytu, pamięci i czasu. Obejrzeliśmy cały serial i tak jak w przypadku nagrań wypisaliśmy miejsca, w których muzyka miała być użyta oraz czas jej trwania. Powstawały też bogate didaskalia, czyli opisywałam, jaki to nastrój i jakie tematy wchodzą w grę. Kompozytor zanurzył się w archiwum i po kilkunastu dniach przyniósł pewną partię muzyki. Przepisaliśmy to na taśmę 16 mm i metodą prób i błędów dopasowywaliśmy w miejsca, które wydawały się nam prawdopodobne. Pozostawały po takich spotkaniach notatki i dyspozycje, które z raz już przepisanych fragmentów należy przepisać i ile razy.


To nie był montaż komputerowy, a więc zmontowanie całych taśm było możliwe, dopiero wtedy, kiedy miałam większość lub wszystkie przewidziane do danej rolki fragmenty. Spotykaliśmy się wielokrotnie, ja przepisywałam i segregowałam (odcinkami serialu) zaakceptowane fragmenty. Potem układałam je w kolejności pojawiania się w filmie na tzw. drabinkach, czyli specjalnych stojakach. Ilość maleńkich rolek z fragmentami muzyki osiągnęła kilkaset sztuk. Po jakichś trzech miesiącach muzyka była zmontowana i gotowa do zgrania filmu. Wtedy też po raz pierwszy mogliśmy spokojnie zobaczyć, jak sprawdziły się nasze teoretyczne, lub pół teoretyczne założenia.


Był to czas ogromnej cenzury, a więc nasz film oglądały przeróżne gremia. Wszyscy patrzyli sobie na ręce i nawzajem się siebie bali. Aż miło było patrzeć na to z boku, czyli z punktu widzenia ekipy. To nie byli fachowcy (znaczy byli, ale nie od filmu), a więc kazano sobie dostarczać film gotowy, całkowicie udźwiękowiony i zgrany. Dopiero wtedy robiono poprawki, wycinano sceny, kazano je przestawiać i przemontowywać. Za każdym razem odbywało się zgranie i dopiero na tak przygotowanym materiale Państwo mogli stwierdzić, czy ich sugestie wykonano, a przede wszystkim, czy osiągnęli zamierzony cel. Robiliśmy wszystko co w naszej skromnej mocy, żeby cel był raczej odległy, niż bliski. Właściwie, wystarczyło tylko dokładnie wykonywać wydane dyspozycje.


Nie wiem ile razy poprawialiśmy każdy z odcinków, ale przynajmniej kilkakrotnie i za każdym razem żmudnie. Nie tylko my z Jurkiem, ale także montażystki obrazu, a potem dźwięku, bo w tym stadium, filmy miały już po kilka taśm. Zdarzały się też sceny, które trzeba było udźwiękawiać na nowo, a nasza pieczołowicie dopasowana muzyka, przestawała całkiem pasować i szukaliśmy po raz kolejny, nowych fragmentów i rozwiązań.


Z nostalgią wspominam tamtą pracę. Nie da się porównać naszej dzisiejszej techniki i możliwości, kiedy tak bardzo użyteczny potrafi być komputer. Na pewno pracowaliśmy dłużej, ale w pewien sposób i dokładniej, bo był czas na przemyślenie i wielokrotne sprawdzenie, techniczne i artystyczne. Lubiłam też bardzo pracować z Dudusiem. To co mnie zawsze zachwycało to matematyczna precyzja, notatki, rozrysowane przebiegi tematów. Wymuszała to technologia i trudny dostęp do obrazu. Trzeba sobie było wiele wyobrazić, zapamiętać, zanotować, przewidzieć i to wyrabiało cechy, których dzisiaj próżno szukać u młodych twórców. Więcej było w naszej pracy metafizyki. Dziś króluje dosłowność.


No cóż wspomnienia, smuteczek, ale ciągle nie depresja, zresztą w koło tak wiele się dzieje. Powstają nowe drogi, a więc trasa jest kompletnie rozkopana. Nie trafiają tu teraz warszawiacy, bo do Gdyni łatwiej jedzie się autostradą. Tylko, że ja na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, do Gdyni przyjechałam z Olsztyna i do Olsztyna wracam, bo tam odbywa się równocześnie festiwal filmowy Blue Box, a ta trasa jest ciągle najkrótsza i najszybsza.

Close Menu