Studio Sonoria

Grają, czy nie grają? cz. 2

To czasem nie jest najtrudniejsze pytanie w kontekście występów muzycznych na planie. Jest wiele innych, np. czy hasło muzyk, oznacza, że człowiek zagra na wszystkim? Odpowiadam zawsze, że dokładnie tak jak sportowiec. Jeden skacze, drugi biega, a trzeci podnosi ciężary. Wszyscy są wysportowani, ale są wyćwiczeni w tej bardzo wąskiej dziedzinie. Kiedyś zdarzało się, że biegacze startowali na różnych dystansach, albo np. skakali w dal. Teraz, co raz rzadziej. Miotacze ćwiczą ze sztangistami, ale mistrzowskie wyniki każdy osiąga tylko w swojej dziedzinie.

W muzyce jest podobnie. Można mieć usta świetne do puzonu, albo dryg do grania na perkusji. Jest pięciobój nowoczesny, a więc są też multiinstrumentaliści. Częściej grają na instrumentach pokrewnych (różne saksofony; akordeon, fortepian, organy) rzadziej, chociaż to się zdarza, na instrumentach niezwykle od siebie odległych. Na pewno łatwiej opanować skrzypkowi grę na kontrabasie czy gitarze, a puzoniście grę na trąbce lub tubie, niż obu grę na zestawie perkusyjnym i odwrotnie.

Jest też pytanie: czy każdy muzyk gra muzykę w każdym stylu? Może tak być, ale nie musi. Ktoś znakomicie grający w jednym stylu w innym może być kiepski. Są ludzie z ogromnymi zdolnościami do jazzu, a często nawet nie czytają nut, albo ich klasyczne umiejętności gry są raczej rozpaczliwe. Większość pianistów jazzowych to nawet nie pianiści (Włodzimierz Nahorny: flet, saksofon, Andrzej Jagodziński: waltornia itd.). Jeszcze gorzej, jest odwrotnie. Mała część muzyków klasycznych dobrze czuje się w rozrywce. Podobnie jak tylko niewielka część aktorów jest dobrymi lektorami, albo konferansjerami. Większość konferansjerów to nie aktorzy, bo konferansjerka to taki aktorski jazz.

Oczywiście magia kina wymaga różnych ekwilibrystyk, a ja zadaję sobie tylko pytanie: czy taka sytuacja jest możliwa?, a raczej czy nie jest wykluczona? Jeżeli nie, to przecież mogła się zdarzyć. Dlatego w Dziewczynach ze Lwowa (reż. W. Adamczyk, 2016, 2017), jest taka stylistyczna zmiana w życiu Uliany (A. Gorajska). Zaczyna grać w trio jazzowym. I oczywiście okazuje się, że jak molierowski bohater, co nagle odkrył, że mówi prozą, ona odkrywa, że jazz to jej pasja, a widz od pierwszej nuty słyszy, że jest wybitnym skrzypkiem jazzowym.

Od nas wymagało to zmiany nauczyciela, na skrzypka jazzowego oraz przygotowania repertuaru i nagrania go. Hasło repertuar, znowu było kluczowe dla powodzenia akcji. Scenarzysta nawet nazwał pianistę „Komedą”, ale obecnie kołysanka z Rosmary’s Baby jest nie do kupienia, za żadne pieniądze. Seriale nie mają zresztą budżetu na zakup licencji do światowych hitów. Trzeba to zrobić sposobem.

Zespół gra w dwóch składach, a więc ma zróżnicowany repertuar. Bez Uliany grają nieznane utwory (Wiesio Pieregorólka wg instrukcji reżysera). Zespół jest tłem, nie wyróżnia się. Może grać niezauważony. Uliana, nieświadoma swoich umiejętności i talentu podwyższa poziom, a my osiągamy tę zmianę przez standardy jazzu i pop (nie chronione). Jednocześnie jesteśmy wiarygodni. Wykonuje utwory, które mogła poznać mieszkając na Ukrainie. Jest więc preludium Gershwina, tango Una cabeza (z filmu Zapach Kobiety), La Bamba, coś z repertuaru gospel, a wreszcie przez nią w filmie opracowana wiązanka ukraińska, na specjalną okazję.

Wszystkie aranżacje, a także dwa swoje utwory przygotował dla nas Wiesław Pieregorólka i nagrał z Marcinem Lamchem i Mateuszem Piniewiczem. Tym razem było to 10 długich play backów oraz warianty (razem kilkanaście sztuk). Mój problem był jednak większy. Jak w dwa tygodnie nauczyć grać jazz aktorów: na fortepianie (M. Rusin) i kontabasie (P. Ligienza)? Żeby mi (chyba) pomóc, zaangażowano dwóch aktorów będących muzykami, tylko, że gra na fortepianie to domena Piotrka, a na gitarze, pokrewnej kontrabasowi gra Mateusz, który zresztą sam nagrywał sobie play backi do Rancza (reż. W. Adamczyk, 2006-2012),gdzie grał jednego z wikariuszy i oczywiście, chociaż w Ranczo nazywał się inaczej został naszym „Księdzem Mateuszem”. W takiej sytuacji, nawet czytanie nut nic nie pomaga.

Udawanie pianisty, daje szerokie możliwości, oczywiście zawsze lepiej, żeby to był fortepian. Jaki poziom można osiągnąć? Mam nawet materiał do analizy porównawczej, bo w filmie Panie Dulskie (reż F. Bajon 2015), Menueta I. Paderewskiego, gra na fortepianie kilka osób: Krystyna Janda, Katarzyna Figura, Maja Ostaszewska, Olgierd Łukaszewicz, Sebastian Fabiański i Malina Malinowska. Pracowali z tym samym nauczycielem i przez podobny okres. Całe szczęście, że Maja Ostaszewska była prymuską, bo na planie okazało się że klawisze odbijają się i w biblioteczce, która stała za pianinem i w jej ogromnych okularach. Podobnie udało się z małą dziewczynką (Malinką). W innych przypadkach, razem z operatorem obrazu, ratowałyśmy mniej uzdolnionych ustawieniami kamery i manewrując drzwiczkami mebla. Na ekranie po mistrzowsku grają wszyscy. Niektórzy zresztą mają tradycję. Olgierd Łukaszewicz w Sławie i chwale (reż. K. Kutz, 1997) kreował rolę Karola Szymanowskiego i wtedy ćwiczyłam z nim także śpiewanie falsetem, bo tak podobno kompozytor nucił przy komponowaniu. Teraz okazało się, że gra także jazz.

Oczywiście był to play back nagrany przez Krzysztofa Kozłowskiego w różnych stylach. Obecny na nagraniach reżyser, najpierw wybierał sobie style i przypasowywał do kolejnych bohaterów, a potem dopiero słysząc jak brzmi zamówiony utwór, mógł określić jak długie potrzebuje ujęcia. Po raz kolejny okazało się, że muzyka to czas i jej wyroki są nieubłagane. Ujęcie musi trwać foremny fragment frazy. Mateusz w Dziewczynach ze Lwowa, opanował podstawowe zachowania, chociaż śmieliśmy się, że głównie ćwiczy seksowne kiwanie się, tak, żeby pięknie wyglądał pomiędzy masywem fortepianu, a podniesioną klapą. Wygląda bardzo przekonująco.

Ania pracowała z M. Piniewiczem i jej umiejętność gry na skrzypcach pozwalała pracować nie tyle nad trafianiem w nuty, co nad trochę innym zachowaniem ze skrzypcami, co chyba się udało. Jej poprzednika w zespole, zagrał Mateusz, a że także nagrywał partię skrzypiec, był najlepszą możliwą opcją.

Kilka tygodni jak w kopalni przepracował Piotr. Kontrabas, podobnie jak wiolonczela to przypadek, w którym niewiele da się oszukać. Widać obie ręce, a rola kontrabasu w zespole jazzowym powoduje, że jest to pizzicato i to równiutkie, nadające rytm. Determinację aktora widać na ekranie. Gustowny plaster na jego palcu, to nie charakteryzacja, czy kostiumy. To plaster muzyczny (miałyśmy zapas identycznych do kolejnych ujęć i dubli), bo po kilku dniach ćwiczeń pojawiły się dwa piękne bąble.. Jednak Piotr był nie do powstrzymania, a efekt jest fantastyczny. Ćwiczył ze swoim nauczycielem przed ogromnym lustrem, a na planie panowie porozumiewali się jakimś tajnym szyfrem, który powodował, że także lewa ręka aktora była zawsze na czas w odpowiednim miejscu. Piotr zaćwiczył się do tego stopnia, że nawet wydobywał niektóre dźwięki i były to dźwięki właściwe.

W serialu pojawia się także narzeczony Olii, zapalony gitarzysta amator. Józek Pawłowski nagrał warstwę wokalną, a zawodowy gitarzysta przygotował mu gitarowy podkład i cierpliwie wyćwiczył z nim jak ma z gitarą wyglądać. Długo pracowaliśmy nad tym, żeby gitara brzmiała bardzo amatorsko.

Gitara w filmach gości często i najlepszym ratunkiem jest posadzenie aktora lekko skośnie, aby jak najmniej było widać. Na szczęście wielu aktorów gra na tym instrumencie. Wspominam zawsze ze śmiechem próby nauczenia gry na gitarze, Emilii Krakowskiej w filmie Amnestia (reż. S. Jędryka, 1981). Moim pomocnikiem był Marek Bliziński, nie żyjący od lat, świetny gitarzysta. Wszystko zostało wyćwiczone perfekcyjnie, ale gdy tylko aktorka zaczynała mówić tekst, natychmiast to co wyczyniała na gitarze przyprawiało o ciężki ból głowy. Podobne problemy miał uczący ją dentysta w Bez znieczulenia (reż. A. Wajda, 1978).

Inna gitarowa przygoda to film Ambassada (reż. J. Machulski, 2013). W tajemnicy przed ekipą ćwiczyliśmy z aktorami grę w czwórkę na jednej gitarze + śpiewanie. Najzabawniejsza była próba z Nergalem w stroju Ribentroppa i Robertem Więckiewiczem w stroju Hitlera, jaką odbyliśmy przy samochodzie na tyłach sądów na Lesznie. Byliśmy tak zaaferowani, że nie zwróciliśmy uwagi na cywilną publiczność. Jedna pani, myjąca okna, o mało nie wypadła z drugiego piętra.

Kiedy pojawiliśmy się na planie, żeby rzecz nakręcić, wszyscy wytrzymali wprawdzie próbę, ale potem salwa śmiechu mało nie zawaliła dachu hali zdjęciowej. Witek Adamek włączył kamerę i uciekł, szczególnie, że koło kamery stałam ja i gitarzysta (Leszek Matecki) – za pomocą tajnych znaków, każde instruowało swoją dwójkę aktorów. Podobno byliśmy jeszcze lepsi niż to co pozostało na ekranie. Wspólnie dawaliśmy radę opanować śmiech przez całe ujęcie, ale na projekcji Małgosia Niemen bardzo długo nie wytrzymała. Na szczęście nasz wygłup ją oczarował (Sen o Warszawie, muz. Cz. Niemen, sł. M. Gaszyński).

W serialu Dziewczyny ze Lwowa, profesor słucha muzyki z płyt. Robi to z potrzeby kontaktu z muzyką, ale też trochę, aby dokuczyć synowej, z którą przez całą pierwszą część jest na wojennej ścieżce. Ta muzyka jest też nam potrzebna, aby mógł w sprzątaczce odkryć muzyka i w dodatku, aby ten muzyk okazał się skrzypkiem. Kiedy syn profesora wymienia błędnie tytuł utworu, Uliana, odruchowo go poprawia. I ten tytuł musiał być uzgodniony jeszcze przed zdjęciami. Pozostałe utwory dobieraliśmy już przy udźwiękowieniu, ale znowu miały być klasyczne, może nie strasznie ograne, ale jednak dość znane, aby widz czuł się komfortowo, jako znawca tematu.

Wybierałam ten repertuar sugerując się także innymi wyznacznikami. Raczej klasyczny i melodyjny, niezbyt rozbudowany dynamicznie, z przewagą utworów skrzypcowych, ale nie wyłącznie, a przede wszystkim dobrany do nastroju profesora i klimatu sceny. W ten sposób w drugiej serii po odejściu Uliany pojawił się bardzo burzliwy i dość nowoczesny utwór Bedřicha Smetany, który zdecydowanie odbiega swoim charakterem od pozostałych. Sytuacja jest wyjątkowa, a więc na dodatek, profesor wyłącza odtwarzacz w trakcie utworu, co dotychczas uważał za zbrodnię. Oczywiście w kolejnych scenach u profesora co raz bardziej redukowaliśmy słuchanie muzyki z płyt. W tak popularnej formie, jak telewizyjny serial obyczajowy, znacznie lepiej sprawdza się, muzyka ilustracyjna, która pomaga w odbiorze i wzmacnia działanie obrazu i dialogów.

Jest też młody skrzypek, który gra z fortepianem „Hawanaise Camille Saint-Saënsa” na koncercie w którym Uliana miała wziąć udział. W tym przypadku wykorzystaliśmy utwór z fonoteki zapewniając sobie znakomite płytowe wykonanie, a o występ na planie poprosiliśmy profesjonalistów, bo ich role ograniczały się tylko do tego występu.

Wybierana z fonoteki muzyka pojawia się poza tym sporadycznie, głównie w kawiarniach i restauracjach. Ma znaczenie „tłowe”, ale dodaje też nastroju, jeżeli nie mamy lepszych pomysłów ilustracyjnych. W serii drugiej, moja ulubioną sekwencją, jest wspólna wyprawa Olii i hipotetycznej, przyszłej teściowej do restauracji japońskiej. Tu żadna muzyka ilustracyjna nie okazała się aż tak groteskowa, jak prawdziwa muzyka japońska. Szczególnie, że problemy bohaterki były całkiem innego charakteru.

Close Menu