Studio Sonoria

Hotel Bristol

Hotel Bristol

Niedawno w późne niedzielne popołudnie odwiedziłam Hotel Bristol. W waciaku, zimowych sportowych butach, ze zwojami kabli i głośnikiem playbackowym. Na drugie piętro, do apartamentu, tuż nad paradnym wejściem, wjechałam towarową windą. Takie jest beznadziejne c’est la vie, jak mawia klasyk. Chociaż w sumie dlaczego? Spędziłam bardzo miły wieczór, przy dźwiękach Marzenia Roberta Schumana. 

Naszła mnie też refleksja: od ilu to lat mam świadomość obecności takiego budynku w Warszawie? ile razy zdarzyło mi się w nim bywać i to w jak różnym charakterze? Hotel był tu zawsze, a przynajmniej ja to tak pamiętam. W końcu pierwszych gości powitano w nim w 1901 r. i to 19 listopada, czyli tym razem, odwiedziłam hotel dokładnie w 117 lat od tamtego wydarzenia.

Hotel wybudowało Towarzystwo Akcyjne Budowy i Prowadzenia Hotelów, w którym swoje udziały miał Ignacy Jan Paderewski, wcześniej jeden ze współwłaścicieli działki i stojącego na niej Pałacu Tarnawskich. Konkurs na projekt wygrali Tadeusz Stryjeński i Franciszek Mączyński, ale zlecono przeróbkę fasady Władysławowi Marconiemu. On nadał budowli monumentalny charakter i  neorenesansowy wygląd.

Hotel Bristol był super ekskluzywnym i nowoczesnym budynkiem. Miał 11 wind (w tym piękną kryształową, wykończaną mosiądzem, która niestety od 1969 r. już nie istnieje), własną elektrownię, ogrzewanie centralne i podwójny system wentylacyjny. Przed skutkami ewentualnego pożaru, chroniły go ogniotrwałe stropy, podłogi i ściany działowe, a akcję ratunkową miały ułatwiać liczne hydranty rozmieszczone na piętrach i drabiny ratunkowe. Hotel miał własny transport dla gości, czyli elektryczne, ośmioosobowe omnibusy i 6 (z pośród 800 istniejących w mieście) linii telefonicznych.

Na czterech piętrach znajdowało się w 200 pokoi, w tym 80 apartamentów. W 20 były toalety i łazienki. Pokoje urządzano różnorodnie, a więc można było zamówić pokój w konkretnym stylu, czy kolorystyce. Można było je też łączyć, dzięki amfiladowym drzwiom. Podobno najbardziej oryginalny był apartament narożny, na pierwszym piętrze, o wystroju secesyjnym z meblami w kolorze mahoniu. 

Oczywiście nie przetrwał do naszych czasów, ale i tak wspominam owalny pokój z dużą ilością okiem, w którym na przełomie lat 70/80 często lądowały ekipy filmowe. Ja na pewno byłam tam na zdjęciach do filmu Papa Stamm (reż. K. Rogulski, 1978), gdzie debiutowałam jako operator dźwięku. W tym czasie hotel nie był już nadmiernie elegancki (II kategoria), a my kręciliśmy w nim jakieś biuro z lat 50. W tym samym czasie w jednym z pokoi w bocznych korytarzach, nakręcono słynną scenę z filmu Co mi zrobisz jak mnie złapiesz (reż. S. Bareja, 1978). o kupowaniu tureckiego kożucha (ta pani przyszła w tym futrze i w nim wychodzi. Jak zwykliśmy mówić do naszego psa, wypraszając go z miejsc, gdzie wchodzić nie powinien).

Na parterze Hotelu Bristol znajdowały się liczne zakłady usługowe oraz lokale gastronomiczne i właściwie ta działalność utrzymywała całe przedsięwzięcie. Teraz wszystko wchłonęły restauracje i halle, ale pamiętam, jeszcze pod koniec lat 70., że bywałam tu u fryzjera, do którego wchodziło się z ulicy. Ceny były odgórnie regulowane, czyli takie jak wszędzie. O mistrzu nożyczek powiedział mi Janusz Majewski, który bywał tu regularnie. Tu spotkała mnie też pewna przygoda.

Wracałam z pracy autobusem ok. 13.00 i postanowiłam się ostrzyc. Kiedyś nie umawiano się na godziny, kto przyszedł, ten był strzyżony, tylko czasem musiał poczekać. Była połowa listopada, a więc paradowałam w zamszowej, granatowej kurtce, wykończonej futrzanym kołnierzem i podbitej jedną warstwą watoliny, akurat na temperaturę kilka stopni na plusie. Wizyta w zakładzie fryzjerskim zajęła mi ponad dwie godziny, w środku było ciepło, a więc mimo kurtki, kiedy wyszłam na ulicę, ogarnęło mnie przejmujące zimno. Podobnie czułam się w drodze z autobusu do mieszkania. I tu zdziwienie. Termometr za oknem wskazywał – 15 ˚C, co tłumaczyło moje zziębnięcie. Niestety było też forpocztą słynnej zimy stulecia w 1978 r., która miała za chwilę nastąpić.

Powstanie hotelu wpłynęło na zmianę wystroju i elegancję okolicy. Jednym bokiem przylegał do Pałacu Namiestnikowskiego (obecnie siedziba Prezydenta RP) z drugiej do ulicy Karowej, która wtedy została przebudowana i otrzymała słynny ślimak, po którym ścigają się uczestnicy Rajdu Warszawskiego (jeżeli się odbywa). Vis a vis, na Krakowskim Przedmieściu, znajdował się już wcześniej wybudowany (1877), według projektu Henryka i Leandra Marconich, pierwszy hotel w Warszawie – Europejski, a więc razem tworzyły ładny komplet. Pamiętam wygląd obu budynków i okolic z filmu Spacer po warszawie Bolesława Prusa (reż. T. Makarczyński, 1980). Z wielkim pietyzmem udało się reżyserowi zebrać wspaniała kolekcje starych fotografii z początku XX w., a ja miałam przyjemność opracować ten film muzycznie.

Po I wojnie światowej w Bristolu odbywały się debaty polityczne, oczywiście z udziałem jednego ze współwłaścicieli – Ignacego Jana Paderewskiego, ale wycofując się z aktywnej polityki, muzyk również sprzedał swoje udziały w hotelu i sąsiadujących z nim nieruchomościach. Hotel wyremontowano i w latach 30. był jednym z najlepszych hoteli, nie tylko w Warszawie, ale i w Polsce. Miał w nim swoje atelier Wojciech Kossak, który za wynajem płacił obrazami. Z hotelowego balkonu śpiewał Jan Kiepura. Mieszkała w Bristolu Lucyna Messal i Maria Curie-Skłodowska, kiedy przyjechała inaugurować działalność Instytutu radowego (obecnie Instytut onkologii) w Warszawie, któremu podarowała na początek bryłkę tego cennego pierwiastka. Opowiada o tym film dokumentalny Promieniowanie (reż. I. Kamieńska, 1982), który był moim debiutem jako montażystki dźwięku.

We wrześniu 1939 r. rozlokowano tu szpital, a w czasie okupacji hotel działał, był elegancki, ale dostępny tylko dla Niemców. I właśnie ten okres i taka sytuacja sprowadziła naszą ekipę do Hotelu Bristol w niedzielny wieczór (oraz noc, bo były też zdjęcia „świtowe”). Pracujemy nad nowym filmem Janusza Majewskiego pt. Czarny mercedes, a w najelegantszym hotelowym apartamencie umówili sobie schadzkę, nasi hitlerowscy kochankowie. 

Apartament ma wystrój idealnie pasujący do okresu lat 30/40. Salon, dwie sypialnie, cytrynowo – beżowe tapety, uzupełniane kolorem rdzawym, białe meble wykończane złotymi ozdobami, a nawet piękny fortepian, którego wprost nie można było w scenie pominąć. Nasi bohaterowie to arystokracja niemiecka, a więc grę na fortepianie, każdy (każda) musiał opanować wraz z wykształceniem. A. Schuman, bo tylko niemieccy kompozytorzy byli wystarczająco dobrzy i godni, aby ich wykonywać.

W czasie Powstania Warszawskiego, hotel został uszkodzony, ale nieznacznie, a więc funkcjonował już w 1945 r. W 1948 r. miasto zabrało go właścicielom i stał się placówką Orbisu. Nadano mu też socjalistyczny i ludowy wygląd. W hotelu kwaterowano osoby ważne dla miasta i dla kultury. Jakiś czas mieszkał tu Tadeusz Konwicki, o czym opowiada w filmie Przechodzień (reż. A. Titkow, 1984), za który reżyserowi zabrano przyznane już stypendium, a kolaudację podsumowano stwierdzeniem, że: tak to być nie może. Byłam dumna ze swojego udziału w przedsięwzięciu, bo opracowałam i zmontowałam do filmu dźwięk. 

Później lokowano w Bristolu zagranicznych gości, ale to już w latach 70. potrzebny był kapitalny remont, na który nie znaleziono wykonawcy i chyba  pieniędzy. Hotel miał co raz niższą kategorię, aż wreszcie w 1981 r. został zamknięty. Wcześniej szczególnie lokale gastronomiczne i usługowe tętniły życiem i do dziś opowiadane są prawdziwe i nieprawdziwe historie z życia urzędującej w nich warszawskiej bohemy. Bywali tu Zbigniew Cybulski, Andrzej Łapicki, Janusz Morgenstern. O swoich przygodach związanych z restauracjami hotelowymi, pisze w książce Dziewczyna z Kamienia Iza Cywińska. Artyści bawili się w Bristolu prawie co wieczór. Była Sala z szyszkami, Marmurowa, Nocna. Ceny były wysokie, ale przynajmniej dla najlepiej zarabiających w PRL przystępne. Ja nigdy z rodzicami w tych restauracjach nie byłam.

Natomiast już w ostatnich klasach liceum bywałam na „Pięterku”, gdzie odbywały się występy artystyczne w ramach Studia Piosenki, które od 1969-1972 r. prowadził, z ramienia ZAiKS Maciek Pietrzyk, absolwent ASP w Warszawie. Malarz, poeta, aktor, satyryk, karykaturzysta. Tam słuchałam pierwszych prób artystycznych Zofii Kamińskiej, Ewy Śnieżanki, Elżbiedy Dmoch (2+1) i nie tylko. Konferansjerkę prowadził Ludwik Klekow, a na akordeonie grywał Tadeusz Kozłowski, kompozytor piosenek żołnierskich. 

A z Maćkiem spotkaliśmy się w życiu jeszcze kilkakrotnie. Przede wszystkim napisał w trakcie strajków sierpniowych w 1980 r. piękną piosenkę Nie mam czasu dla ciebie córko, którą ja postanowiłam wykorzystać z sukcesem, w filmie Człowiek z żelaza (reż. A. Wajda, 1981). Potem Maciek zniknął, czyli udał się na emigrację, ale wreszcie wrócił i jakiś czas próbował uratować warszawski SPATiF przed zamknięciem, organizując rauty, degustacje alkoholi i imprezy np. z okazji zakończenia kolejnego sezonu Rancza (reż. W. Adamczyk). Od lat jest radnym i działaczem samorządowym.

Przez kilka lat hotel filmował dokumentalista Andrzej Brzozowski i w 1982 r. powstał 27 minutowy film Hotel Calendarium, przy którym miałam przyjemność pracować. Największe wrażenie robiły na mnie posegregowane i systematycznie ułożone w różnych pokojach elementy hotelowego wyposażenia. Tu żyrandole, tu lustra, krzesła, stoliki, kinkiety i gabinetowe lampy. To wyglądało jak śmierć hotelu. Miałam wrażenie, że tego hotelu już nigdy nie będzie.

A jednak. Remont zakończono w 1993 r., a uroczystego otwarcia dokonała Margaret Thatcher. Po kolejnym, już mniej generalnym remoncie w 2013 r. Bristol dołączył do najbardziej ekskluzywnych hoteli na świecie. I w tym eleganckim hotelu udało mi się być także kilka razy jako gość restauracji. Przede wszystkim tu zabierał mnie Wojciech Kilar na wspólne łasowanie, bo tylko prawdziwi koneserzy mogą naprawdę ocenić smak tutejszego crème brûlée, a jeśli chodzi o słodycze to takim koneserem na pewno pan Wojciech był.


Również tutaj, w Malinowej, organizowałam pożegnalną kolacje dla ekipy Jamesa Graya, po nagraniu muzyki Wojciecha Kilara, do filmu We Own the Night (2007). Zestawiono dla nas na środku sali ogromny okrągły stół. Było wytwornie, bardzo wesoło i przyjemnie z crème brûlée na ukoronowanie wieczoru. A nasz zachwyt nad tą potrawą podzielili także nasi goście.

Ostatnio, ze dwa lata temu, w Bristolu jedną noc spędzała moja kanadyjska kuzynka, zaproszona na ślub w Kościele Wizytek i wesele w Bristolu. Niestety termin, jak się okazało, wybrano nie najlepszy – 10.06. Hotel już od przedpołudnia był obstawiony szpalerami policji. Żeby dowieźć mojego gościa z walizką pod hotel, musiałam się wykłócać z przedstawicielami władzy. Podobno ślubny korowód do i z kościoła przepuszczano w szczelnym policyjnym szpalerze, a potem zamiast bawić się na weselu goście przeganiani przez policję, próbowali spod hotelu, z okien swych pokoi i apartamentów oglądać znane nam wszystkim kuriozum. 

Równie trudna okazała się następnego dnia ewakuacja weselnych gości, bo wykorzystując ustawione zasieki, zorganizowano jakiś bieg ku czci. Obsługa hotelu targała walizki aż na ul. Królewską, a goście sami musieli tę drogę pokonywać pieszo, w tym bardzo wiekowe osoby, dla których wesele wnuczki postanowiono przenieść do Warszawy. Niestety nie umiałam odpowiedzieć na pytania: dlaczego to wszystko dzieje się pod najdroższym hotelem w stolicy?

Close Menu