Studio Sonoria

Lwy, Orły i festiwalowy samotny wilk

Jeżeli trwa Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, to nie ma w promieniu kilku kilometrów miejsca, w którym można by było się ukryć. Wracając ze smażalni do hotelu znowu natchnęłam się na moich młodocianych morderców, którzy tym razem szukali obiadu i mogłam być w tej sprawie pomocna. Umówiliśmy się definitywnie na kłanianie przed Czuwajem. Tak przy okazji pomyślałam sobie o tym, jak różne bywają kategorie gości festiwalowych. Chłopcy zaczynają karierę, są na festiwalu po raz pierwszy. Niewiele osób znają, poruszają się z trudem. Ich ostoją i kotwicą jest ekipa filmu w którym zagrali (jeden z nich zagrał też w Cichej nocy, w reżyserii Piotra Domalewskiego). Dlatego co i raz pojawiają się takie podekscytowane grupy, które prowadzą swego reżysera, jak ekipa boksera na ring, czy sztangistę na podium. To wspólnota, która dodaje im odwagi, inaczej są zagubieni i samotni. Zawsze tryskają energią i mają głębokie przekonanie, że to ich film zdobędzie wszystkie trofea. Wszystkim tego życzę, ale wiem, że wygrają tylko niektórzy.


Dla mnie taką bazą, na pierwszym moim festiwalu w 1991, byli Andrzej Kotkowski (Kotek) i Jurek Sztwiertnia. Potem już nigdy nie miałam wsparcia w ekipie, bo zawsze w konkursie jest kilka moich filmów, a poza tym konsultantów muzycznych w Gdyni się nie nagradza i specjalnie nie fetuje. Nie nagradza i nie fetuje się ich zresztą nigdy. Nie ma także „Orła” w kategorii opracowanie muzyczne, chociaż Oskar jest i dostał go kiedyś facet, który muzycznie opracował Żądło. Ja odbierałam „Orła” dwa lata temu, ale w imieniu Wojciecha Karolaka, który firmował muzykę do Excentryków (reż. Janusz Majewski). Ciekawe komu przyniosą nagrodę za muzykę tegoroczne Orły. Mam w konkursie kilka bardzo osobistych prac, czyli opracowań, ale jest to muzyka już skomponowana, a więc nagrodę odbiera, często Bogu ducha winny, kompozytor (Katyń – Krzysztof Penderecki, Persona non grata – Wojciech Kilar, Sen o Warszawie – Czesław Niemen …..). Kibicuję za to wszystkim i to ja udzielam, wszystkim moim filmom, reżyserom i ekipom wsparcia, ale jestem siłą rzeczy osobna. Nie muszę też koniecznie do takich grup przynależeć, a więc pełnię rolę samotnego wilka, podobnie jak w tym roku w Gdyni Marek Wronko. 


Oboje nie musimy się z nikim ścigać. Marek w czasie obiadu mówił, że obserwował spacerujących po molo reżyserów z nieco starszego od nas pokolenia. Oni także tu przyjeżdżają dla przyjemności. Oglądają filmy, spacerują, chodzą do smażalni, dyskutują. Nie muszą niczego udowadniać, ani nigdzie się lansować. Na taką pozycję w środowisku pracuje się jednak wiele lat. 


Wyrzekał też, że tak jak dawniej na festiwalu brakuje reżyserów dźwięku. Jak to? Na facebooku pisałyśmy do siebie z Agatą Chodyrą, w drzwiach biura spotkałam Bartka Putkiewicza. Za chwilę mogłam się przekonać, że jest na festiwalu Krzysztof Jastrząb i Jacek Pająk. Od nich dowiedziałam się, że jest Kasia Dzida i Jacek Hamela. Może rzeczywiście trudno jest się tu spotkać, ale prawda jest, że jak na dwa tysiące akredytacji, to reprezentacja dźwięku specjalnie okazała nie jest. Tylko raz był taki festiwal. Dwa lata temu 40, jubileuszowy, kiedy zaproszono wszystkich nagradzanych przez te lata artystów. Było super przyjemnie, bo bardzo wielu kolegów reżyserów dźwięku wybrało się do Gdyni. Ja byłam także, tyle że z nominacją do nagrody PISF.


Ekipa Czuwaj okazała się liczna. To nowa tradycja. Kiedyś kłaniało się przed projekcją tylko kilka osób, teraz reżyser może liczyć na większe wsparcie. Jest to też okazja dla wielu członków ekip, aby zostali zapamiętani i skojarzeni z noszonym nazwiskiem. Nie wiem, czy nasz pomysł z 1997 r. natchnął innych kolegów, ale na pewno jest to dobry zwyczaj i bardzo odpowiednie miejsce do takiej prezentacji. Filmu już nie oglądałam. Pobiegłam na spotkanie autorskie, a oczekując na jego rozpoczęcie w kawiarni, jak zwykle udało mi się spotkać wiele znajomych osób. Raczej w moim wieku i starszych. Młodzież rozpoznaje mnie już trochę mniej, chociaż i tak nie powinnam narzekać. Niestety słyszę głównie – „Dzień dobry Pani Profesor”. To jednak postarza.


Spotkałam także moich reżyserów. Ich projekcje w Sali Teatru muzycznego już się odbyły. Przed południem Reakcja łańcuchowa (reż. J. Pączek), a dzień wcześniej Zgoda (reż. M. Sobieszczański). Rozmawiałam zarówno z reżyserem jak i producentem tego ostatniego filmu. Dwa tygodnie wcześniej film zdobył Grand Prix na festiwalu filmowym w Montrealu. To debiut. Film fantastyczny, chociaż mroczny i trudny. Świetnie zrobiony. Producent Zbyszek Domagalski z Kalejdoskopu to także taki ktoś, z kim spotykam się z największą przyjemnością. No może spotkanie w Gdyni nie było aż tak oczekiwane, bo w końcu jesteśmy w trakcie pracy, nad nowym filmem Kingi Dębskiej Zabawa, zabawa, a więc widujemy się wyjątkowo często. Liczyliśmy, że Zgoda zostanie zauważona w Gdyni, ale tak się nie stało. Nie można mieć wszystkiego, zresztą konkurencja była silna jak nigdy, a artyzmu nie da się zmierzyć. Jury musi polegać na swoich gustach. Może teraz Orły okażą się bardziej dla filmu szczodre. Właśnie rozpoczęła się nowa edycja i wszyscy biegamy na kolejne projekcje. Filmów jest ponad 50, a więc każdy ma sporo takich, których nie zdążył zobaczyć.


Natknęłam się na rozbawiona ekipę Volty. Uściskaliśmy się serdecznie. Towarzystwu przewodził Julek. On był przewodnikiem i gospodarzem. Torował drogę młodym aktorom i się nimi opiekował, bo dla części ten festiwal był pierwszym, inni jak Andrzej Zieliński wracali po latach nieobecności. Główna bohaterka (Ola Domańska), kiedy nas sobie przedstawiał, ze zdziwieniem krzyknęła – Pani przecież robiła Chłopców w Polonii z Mirkiem Gronowskim, a ja tam gram, my się znamy. Ja to wiem. Ciągle zapominamy, że oni nas z ekranu nie widzą, a my traktujemy aktorów jak dobrych znajomych i wydaje się, że dobrymi znajomymi jesteśmy też dla nich. W końcu spędzamy z nimi w montażowni tyle czasu. Barwna grupa z maestro Voltą, wychodziła właśnie z projekcji Cichej nocy. Julek bardzo był podekscytowany filmem. – Widziałaś? – no przecież widziałam, bo robiłam.- Zobaczysz on wygra. Jest świetny. Jakże prorocze były to słowa.


Mój plan maksimum obejmował jeszcze kolację we włoskiej knajpie, kłanianie się z ekipą Cichej nocy i bardzo wieczorny pokaz Sztuki kochania (reż. M Sadowska), na którym zamierzałam być szarym widzem. Miałam też zaproszenie na bankiet Szkoły Wajdy, gdybym odczuwała jakiś niedosyt rozrywek. Wykonalność osiągnęłam prawie zerową. Na kolację poszłam z Andrzejem Bukowieckim, z którym spotykać się uwielbiam, ale udało się zjeść tylko zupę. Czas oczekiwania na pizzę i inne dania – ponad 40 minut. Tyle, że się nagadaliśmy, szczególnie, że przy sąsiednim stoliku siedział Jacek Bromski, którego naprawdę trudno widzieć przez tyle minut przy jednym spotkaniu i Ewa Burguńska. Było wesoło i beztrosko.


Wtedy przywlokła się na ostatnich nogach Ania Wróblewska, czyli rzecznik prasowy imprezy. W natłoku zdarzeń zapomniałam, że ona od rana walczy z bardzo smutną wiadomością. Zmarł Grzegorz Królikiewicz. Wiadomość przyszła tuż przed rozpoczęciem projekcji jego pięknie, cyfrowo odrestaurowanego filmu. On miał na tej projekcji być i to ona musiała stanąć przed zgromadzona widownią i o jego śmierci powiadomić.


Przed projekcją Cichej nocy tłum był tak gęsty, że nie udało mi się dopchać do ekipy, a może miałam małą motywację po informacji, że jest wyjątkowo liczna. Teraz żałuję, bo straciłam okazję spotkania bardzo miłego i rzeczowego reżysera, z którym pracowało się super. Jak zwykle w ekipie było dużo znajomych i na pewno było by miło. No i film, znowu właściwie debiut, oceniałam jak bardzo dobry. Jak miało się okazać jury się także spodobał chociaż, to nie jest radosna historia. W takim towarzystwie zawsze warto się pokazywać.


To także trudny film muzycznie. Trochę świątecznej muzyki użytkowej, a poza tym właściwie plamy i nastroje. Muzykę do filmu przygotował Wacław Zimpel z zespołu Lam. To świetny klarnecista jazzowy, którego sztukę bardzo podziwiam i lubię. To było jego pierwsze filmowe doświadczenie i z przykrością, ale musiałam ograniczać jego twórczą wenę. Oczywiście można było wiele muzyką opowiedzieć, ale walorem tego filmu, podobnie jak Czuwaj, jest ascetyczność i wrażenie dokumentalności. Kompozytorów zawsze ciągnie w kierunku opowiadania o filmie, a niestety muzyka jest filmowi podporządkowana, a więc może mu tylko towarzyszyć. Jest też filmowi niezbędnie potrzebna i najlepszym przykładem jest w takich przypadkach Ingmar Bergman. Muzyki z filmów Bergmana właściwie się nie pamięta, chociaż jej rzadkie, krótkie wejścia są w jego dziełach niezwykle znaczące. Zawsze pisał ją Erik Nordgren i zawsze znakomicie spajała się z materią filmu. Sam reżyser mówił, że nie ma innej dziedziny sztuki, która pozostawałaby w tak ścisłym związku z filmem jak muzyka.


Powędrowałam do hotelu trochę odpocząć przed wieczorną porcją zaplanowanych atrakcji, ale kiedy się ocknęłam było już dobrze po północy. Cisza panowała wręcz śmiertelna. Chyba nawet najwięksi balangowicze już spali. To była naprawdę cicha noc. Widocznie wyczerpałam limit i organizm sam zdecydował, że starszej pani tyle wrażeń na dzień wystarczy. Natomiast widok z okna był tak niesamowity, że przez chwilę nie wiedziałam gdzie jestem. Świeciły się lampki na masztach żaglowców, natomiast niebo przybrało barwę ciemnego granatu (noc w końcu), ale w bardzo dziwnie rozwarstwionych odcieniach. To były chmury. Przy nabrzeżu, poza znanym od lat zestawem pojawił się nowy żaglowiec, a raczej pływająca knajpa, która jeżeli pływa, to wcale nie używa do tego żagli. Oświetlona w nocy jest przepięknie.


Kiedy obudziłam się nad ranem jasne było, że po pięknej pogodzie nie ma śladu, a to co widać to ściana deszczu. Pewnie dla mnie, żeby mniej było żal wyjeżdżać. Tak miałam ochotę zostać w Gdyni i zobaczyć chociaż kilka filmów. Większość moich dokonań wyświetlono zanim przyjechałam, a więc dla czystej przyjemności. 


Oczywiście wracałam do Olszyna, tam trwał festiwal Blue Box i także trwały projekcje filmowe, a więc w sumie stratna nie byłam. Zobaczyłam np. Małego Jakuba (reż. M Bieliński 2016) i Szczęście świata (reż. M. Rosa 2016), które jakoś mi po drodze umknęły. Pierwszy film wydawał mi się niewykorzystana szansą. Gorszym wcieleniem filmu Bodo Koxa Człowiek z magicznym pudełkiem, który pokazywano na obu festiwalach. Drugi mnie oczarował, szczególnie wspaniałe animacje, bo jak się okazało świat otaczający realnych bohaterów został wykreowany. Wysłuchałam też świetnej prelekcji Marka Dąbrowskiego, który bogato ilustrując przykładami opowiadał o jego realizacji, a także o nowatorskiej pracy nad  filmem animowanym Twój Vincent (reż. D.Kobiela, H. Welchman), pokazywanym i w Gdyni i w Olsztynie, ale w Olsztynie bez specjalnych zaproszeń.


Opatulona swetrem poszłam na gdyńskie śniadanie. Mocno nieprzytomna dopijałam kawę, kiedy nagle tuż koło mnie pojawiła się znajoma twarz. – Andrzej, czy mnie muszą prześladować same czarne charaktery i mordercy? Roześmieliśmy się oboje. Andrzej Chyra. Po Długu to jego bały się dziennikarki nie tylko z kobiecej prasy, a kiedy został Komornikiem (reż. F. Falk, 2005)… bali się już wszyscy. Przegadaliśmy kolejne pół godziny, tym razem o nowym filmie, który reżyseruje Krzysztof Zanussi, a przy którym oboje mamy przyjemność pracować. To, co w Gdyni to dla nas właściwie przeszłość. Należy patrzeć do przodu i zawsze być trzy kroki przed konkurencją. W tym celu studiuję Parsifala i operetki z początku XX w.

Close Menu