Między dżumą a cholerą

Choroby zakaźne były i są, ale mogło by ich nie być w przyszłości. Niektóre już dziś udało się na dobre pożegnać, lecz niektóre, właściwie już wystawione za drzwi, dzięki ruchom antyszczepionkowców znowu wepchnęły się nam do przedpokoju. Choroba zakaźna to taka, która potrafi złamać nasz układ odpornościowy lub wprowadzić do niego toksyny. Nie jest to grupa jednorodna, bo zakażenie może nastąpić z powodu bakterii, wirusów, grzybów lub prionów. Kiedyś do grupy zakaźnych zaliczano tez zakażenia robakami, pierwotniakami czy stawonogami, ale teraz jest to odrębna grupa chorób tzw. pasożytniczych. Grupa chorób zakaźnych i bez nich jest bardzo liczna.


Osoby zarażone przede wszystkim się izoluje. W niektórych przypadkach można chorych leczyć (antybiotyki, leki przeciw wirusowe, sulfamidy), w innych tylko poprawia się stan pacjenta i jego komfort (żeby nie swędziało). Część chorób może być wykorzystywana w celach bojowych (broń biologiczna), a wtedy specjalnie wywoływane są epidemie (ospa prawdziwa, wąglik, dżuma). Choroby zakaźne znano już w Starożytności (Chiny, Grecja), a nawet stosowano pewne działania profilaktyczne (izolacja). Hipokrates w swoich księgach opisał świnkę i błonnicę. Badania wykazują, że choroby zakaźne pojawiły się już w pleistocenie, a rozwinęły w neolicie, kiedy ludzie zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, rozwijać hodowlę zwierząt i uprawę roli. Bo od zwierząt dało się spokojnie zarazić chorobami, które je trapiły.


Przez wieki przypuszczano, że to coś co powoduje choroby zakaźne rozprzestrzenia się przez samorództwo. Wynalezienie bakterii przez Holendra, Antoniego van Leauwenhoeka (1632 – 1723) okazało się tylko rysą na tej świetnej teorii. Zasadniczo zajmował się on szlifowaniem szkieł, ale też konstruował pierwsze mikroskopy i właśnie pod mikroskopem obserwował jaja much, plemniki, orzęski, bakterie, czy czerwone krwinki. Z tego można było wyciągnąć wniosek, że są takie małe żyjątka, których gołym okiem zobaczyć nie sposób. Po nim był jeszcze Louis Pasteur ten od pasteryzacji i szczepionki na wściekliznę i Robert Koch, ten od pałeczek gruźlicy, a wreszcie Alexander Fleming, który wynalazł penicylinę. Wtedy dopiero ostatecznie teoria samorództwa upadła.


Nad szczepionkami cholery i żółtej febry pracowano już w XVII w. i jak wiadomo bez skutku. Na początku XVIII w. eksperymentowano z ospą prawdziwą, jako szczepionkę stosując zakażanie prewencyjne. Przełomem było odkrycie Edwarda Jennera, który udowodnił, że odporność na ospę prawdziwą można uzyskać przez wszczepienie tzw. ospy krowiej, znacznie mniej groźnej i nigdy nie prowadzącej do śmierci chorego, co w przypadku ospy prawdziwej zdarzało się często. Ta szczepionka pojawiła się w 1796 r., uważana jest za pierwszą jaką w Europie zastosowano, bo Chińczycy stosowali tę metodę od kilku wieków przynajmniej. 


I taką szczepionką byli zaszczepieni zarówno moi dziadkowie jak i rodzice. Szczepionka pozostawiała charakterystyczne okrągłe blizny na ramieniu wielkości dzisiejszej złotówki. Ja też mam taka bliznę, tylko znacznie mniejszą, bo technologię szczepień zmieniono, ale i tak w bluzce bez rękawków nie wygląda to ładnie. Za to zdrowo. W 1980 r. WHO ogłosiła, że ospy prawdziwej nie ma już na Ziemi i od tej pory już się na nią nikogo nie szczepi. Pozostała jeszcze ospa wietrzna. Powoduje ją wirus ospy wietrznej i półpaśca. Taki duet. Zazwyczaj na ospę choruje się w dzieciństwie i przebieg choroby jest lekki. Później częściej pojawia się półpasiec. Groźne jest za to wystąpienie powikłań, czyli zapalenia płuc, opon mózgowych i mózgu. Kiedyś charakterystyczne było smarowanie małego człowieka gencjaną, dzięki czemu cały dom miał piękne oryginalne barwy. Pamiętam chorobę mojej siostry, a raczej znakomity liliowy kolor jej jasnych włosów, którego mogły zazdrościć jej największe elegantki. Oczywiście w czasie choroby krost moczyć nie wolno, ale ozdrowieniec miał prawo do kąpieli i tak wyszło.

 
Ja wtedy nie zachorowałam, ale jakieś dwadzieścia lat później, po ciężkim wstrząsie psychicznym, pojawił się bliski krewniak ospy – półpasiec. Mnie dla odmiany smarowano czymś czerwonkawym, a nie liliowym, ale i tak wyglądałam przepięknie. Półpasiec, podobnie jak ospa wietrzna może mieć przebieg ostry lub bardziej łagodny. Ludzie z otwartymi ranami lądują nawet w szpitalu. Mnie oszczędził, ale kilka lat temu na półpaśca zachorował mój dość już schorowany mąż i mimo, że choroba przeszła, do dziś, a pewnie i do końca życia nawiedzają go, szczególnie rano, silne bóle przeszywające klatkę piersiowa na wskroś. Jedynym ratunkiem są plastry przeciwbólowe, a w czasie choroby tajemnicze białe mazidło o podobnym działaniu. Ospą zaraził się od córki jeden z moich kolegów (znany kompozytor) i tylko cudem uniknął śmierci – chorował w szpitalu, bo było tak źle. Bardzo długo był mocno osłabiony, zaliczył też zapalenie płuc. Odwiedzałam go po chorobie w domu, bo szykowaliśmy play backi do filmu Maskarada Janusza Kijowskiego. Nigdy nie był mocnej budowy, ale wtedy orzekliśmy, że wygląda jak Fryderyk Chopin tydzień przed śmiercią.


Na ospę wietrzną chorowały moje dzieci. Córka przyniosła ją z przedszkola i zaraziła 3 miesięcznego wtedy syna. Ona chorowała bardzo ciężko (dostawała środki przeciwbólowe i smarowaliśmy ją maścią uśmierzającą świąd), ale bez powikłań. Maluszek wprawdzie ospę przeszedł lekko (nie umiał się drapać), ale za to przyplątało się zapalenie płuc i chyba ucha. Przez jakiś czas był też na bezglutenowej Humanie, bo były problemy gastryczne. Oczywiście liliowe do końca pozostały wszystkie pieluchy i część kaftaników. Pomagali nam rodzice, ale i tak sytuacja była mocno krytyczna. W czasie epidemii domowej odwiedził mnie Piotr Szulkin, który życzliwie stwierdził: wyglądasz jak śmierć na chorągwi. Byłam też, na prośbę któregoś z kierowników produkcji na nagraniu muzyki do filmu Bohater roku w reż. Feliksa Falka. Poproszono mnie o pomoc z powodu jakichś komplikacji, których nie mógł rozwiązać zastępujący mnie konsultant. Do studia Tonpress (tuż koło mego domu) wpadłam dosłownie na chwilkę. Zrobiłam swoim trupim wyglądem piorunujące wrażenie. Wszyscy bardzo się zmobilizowali i problem sam się rozwiązał. Czasem wystarczy ludzi solidnie przestraszyć. 


Długotrwała choroba uchroniła naszą rodzinę przed kolejnymi epidemiami, które nawiedzały przedszkole (odra i świnka), bo córki do przedszkola nie miał kto zaprowadzać, a przede wszystkim odbierać. Zima była lekka, a więc wirusy szalały. Załapaliśmy się dopiero na różyczkę. Tym razem córka chorowała lekko, a właściwie tylko ją przyniosła, za to syn (wtedy już półroczny) zakończył różyczkę kolejną serią powikłań. Niestety, nawet, gdyby na przełomie lat 70/80 szczepiono na te choroby, to był za mały aby szczepionkę otrzymać. Natomiast gdyby była szczepiona córka, to by zarazy do domu nie przyniosła. A szczepionki już były: różyczka od 1970 r., a ospa wietrzna od 1974, tyle że licencję na pierwszą szczepionkę uzyskano dopiero w 1995 r. i do dziś nie jest to szczepienie bezwzględnie obowiązkowe. W Polsce Ludowej stanu wojennego obie były nie tylko nieobowiązkowe, ale nawet niedostępne.


Różyczka jest chorobą wirusową, ja także na nią chorowałam. Miałam ok. 10 lat i urozmaiciłam całej rodzinie Święta Wielkanocne, bo zachorowałam przeddzień wieczorem. Obecnie szczepi nie na nią między 13 a 15 miesiącem życia. Obowiązkowo. Wcześniej w naszym domu Boże Narodzenie przebiegło pod znakiem mojej odry, na którą szczepi się obowiązkowo, razem z różyczką i świnką. Takie to były przyjemności i myślę, że możliwość zaszczepienia w takiej sytuacji wszyscy przyjęli byśmy z wdzięcznością, szczególnie że różyczka jest bardzo niebezpieczna dla kobiet w ciąży i grozi śmiercią płodu, lub licznymi powikłaniami i uszczerbkiem na zdrowiu urodzonego dziecka. Ospa wietrzna jest szczepiona obowiązkowo, tylko niektórym osobo, np. w zakładach pielęgnacyjno- i leczniczo-opiekuńczych, domach dziecka, placówkach opiekuńczo wychowawczych, żłobkach, a przede wszystkim osobom z zakażonym HIV, białaczką lub przed leczeniem chemioterapia itp.


Z ospą wietrzną łączy się jeszcze jedna nasza domowa historia. Choroby zakaźne mają w życiu rodziny swój specyficzny przebieg. Dzieci nigdy nie chorują jednocześnie. Z reguły wysypka pojawia się u kolejnych chorujących, dokładnie w odstępie opisanym w literaturze. Tak wyglądała nasza domowa ospa. A jeżeli dzieci jest troje? Przy okazji choroby u naszych sąsiadów przekonaliśmy się, że to działa identycznie, a domowa epidemia, która zaczęła się przed Nowym Rokiem spokojnie przeciągnęła się do Wielkanocy. My byliśmy już ze dwa lata po ospie, a więc mogliśmy się z nimi kontaktować, a przede wszystkim trochę im pomóc. Pan domu część tygodnia spędzał w podróży, a więc problemem podstawowy dla samotnej matki z trójką małych dzieci stanowiły zakupy. Drugi problem stanowił brak telefonu, a więc możliwości szybkiego wezwania pomocy gdyby co. 


To był nowy i jeszcze nie wyposażony dom. My mieszkaliśmy ulicę dalej w bloku i mieliśmy telefon. Oba domy były zaprzyjaźnione, bo ja chodziłam do szkoły z sąsiadem, a do klasy z jego bratem. Na rozpoczęciu roku szkolnego w pierwszej klasie, nasze córki usiadły razem w ławce, tak po prostu sobie wybrały i kiedy wracałyśmy we cztery z planem napicia się wspólnej kawy czy herbaty, nagle mój szkolny kolega otworzył drzwi. Było mnóstwo śmiechu i radości, bo od matury minęło już kilkanaście lat. Oczywiście natychmiast oba domy rozpoczęły współpracę na wszelkich możliwych polach. Córki chodziły razem do szkoły, za chwilę pozostałe dzieci były w tym samym przedszkolu. Dzieliliśmy się obowiązkami, przegrupowywaliśmy, na zmianę gotowałyśmy zupy, a największym wyczynem byłą wizyta u ortopedy, albo ortodonty, którą zamówiłam hurtowo i zawieźliśmy Polonezem sąsiada całą piątkę. Kiedy się wypakowywaliśmy pod przychodnią z piątą dzieci, ludzie zatrzymywali się na ulicy, żeby na ten niezwykły zespół popatrzeć. 


Oba problemy (telefon i zakupy), przy okazji ospy wspólnie rozwiązaliśmy. Przede wszystkim wielki pusty dom stanowił znakomity plac zabaw, a nudę urozmaicały przychodzące nowe dzieci. Tak więc moje maluchy lądowały u sąsiadów każdego dnia po południu, tym bardziej że nasze mieszkanie liczyło 22m2 i niespecjalnie miały się gdzie bawić. Przy okazji co dzień moja córka przynosiła swoje szkolne zeszyty i razem z koleżanką z ławki odrabiały lekcje (to była druga, albo trzecia klasa) nawet solidniej niż zwykle. Ja zostawałam z całym przedszkolem, a wtedy matka dzieci mogła, może nie spokojnie, ale jednak zrobić zakupy. Oczywiście spędziliśmy także wspólnego z ospą Sylwestra. Dzięki telefonowi część potrzebnych rzeczy przynosiliśmy. Dzieliliśmy się też tym co udało się zdobyć (mięso na kartki, ser żółty, ryby), bo takie były czasy. Sąsiad z wypraw w Polskę także przywoził różne smakołyki (ziemniaki, cebula, marchew). Pełna komuna, jak u hippisów.


A jak pojawił się telefon? Za niewielką, tzw. nienależną, opłatą (łapówka) skłoniliśmy pracowników telekomunikacji, aby z nowego domu do szafki przekaźnikowej przeprowadzili linię napowietrzną, a w szafce połączyli ją na sztywno z naszym łączem. Telefony odbierałam ja. Był system przekierowywania rozmów do sąsiadów oraz łączenia się z nami i ze światem. To było ważne. W USA przebywali rodzice naszego sąsiada i nareszcie mogli porozmawiać z synem i wnukami. Z Ameryki przychodziły paczki, a my także byliśmy ich beneficjentami, szczególnie, gdy potrzebowałam leków (echinacea) wtedy w Polsce niedostępnych, a niezbędnych, aby zwiększyć odporność malca po bogatym zestawie chorób, które przeszedł wkrótce o urodzeniu. Przez kilka lat (do naszej wyprowadzki) telefoniczna prowizorka działała znakomicie. Takie to były czasy.