Verona, czyli Rzymowi biada

Verona, czyli Rzymowi biada

Verona to miasto, w północno-wschodnich Włoszech, położone u podnóża Alp Weneckich, ale tylko 60 m. nad poziomem morza, nad rzeka Adygą. Tu rozpoczyna się nizina Padańska. Do jeziora Garda jest niespełna 30 km. Cały region nazywany jest Wenecją Eugenejską, w skrócie Veneto. Verona jest stolicą jednej z siedmiu prowincji regionu i jednym z najbogatszych jego miast liczy ok. 300 tys. mieszkańców, a z peryferiami ok. 0.5 mln. Żyje w niej wielu imigrantów z całego świata, a największy przybór ludności miasto zanotowało w latach 50. i 70. XX w. 

Za sprawą popularności Romea i Julii, na świecie jest jeszcze ok. 30 miast o tej nazwie. Cóż ona znaczy? U Etrusków, imię własne Vera. Tak nazywał się też jeden z rzymskich rodów. Ver po łacinie oznaczało wiosnę (po włosku wiosna to primavera). W języku galijskim często powtarza się w nazwach ver lub var i pochodzi to z języka Celtów. Oczywiście jest też legenda, według której Veronę założył Brennus (ten od przełęczy), był celtyckim wodzem a miasto nazwał Vae Roma, czyli Biada Rzymowi. I tego będziemy się trzymać.

Verona jest miastem starożytnym. Założył ją lud Retów, a może Cenomanowie. Są hipotezy mówiące o Etruskach lub Euganejczykach. Na pewno ok. 390 r. p.n.e. Verona została założona, lub tylko zdobyta, przez Celtów. W ok. 89 r. p.n.e powstała w mieście kolonia rzymska i to zapoczątkowało jego wspaniały rozwój. Powstawały okazałe budowle i monumentalne pomniki. W III w. n.e. w Veronie znajdowała się baza wojsk rzymskich, które własnie stąd wyruszały na wyprawy przeciwko barbarzyńcom. Już za czasów rzymskich Verona była ważnym punktem komunikacyjnym i to się nie zmieniło. Z Verony prosta droga prowadziła we wszystkich kierunkach Rzymskiego Imperium, a także do przełęczy Brenner i dalej do płn. Europy. No i wszystkim do Verony było i jest po drodze.

W wiekach od V do XII najczęściej panowali tu barbarzyńcy. Wizygoci Alaryka, Ostrogoci Teodoryka, wpadał po łupy mój ulubiony Hun Attylla. Potem byli Longobardowie, a wreszcie w 774 r. w Veronie Frankowie pokonali Longobardów i miasto wróciło do cesarstwa rzymskiego. Całe średniowiecze trwały różne wojny, a miasto, będące już komuną miejską (1136), ratowało dobre położenie i solidne budowle, które tworzyły rodzaj fortyfikacji. Od 1262 r. miastem rządził ród Della Scala. W XIV w. do miasta dołączono Vincenzę, Padwę, Traviso, a wreszcie wszystkie te dobra w 138 r. weszły w skład terytorium rodów Viscontich (tych od sławnego reżysera) i Carraresi, a na początku XV w. cała prowincja przeszła pod panowanie Republiki Weneckiej (1405). Wtedy nastąpiły cztery wieki względnego spokoju, ale Verona zaczęła tracić na swoim znaczeniu zarówno gospodarczym jak i politycznym, a epidemia dżumy (1630) dodatkowo wyludniła miasto.

Pod koniec XVIII w. na obecnych terenach północnych Włoch pojawił się Napoleon (1796),  wraz ze swoją armią. Oczywiście odwiedzili Veronę. Nie obyło się bez buntów (Werońska Wielkanoc). Ostatecznie miasto zdobyto i podzielono wzdłuż rzeki na francuskie i austriackie. Potem na chwilę Austriacy swoja część oddali Francuzom, ale na Kongresie wiedeńskim (1815) cały region przypadł Habsburgom i tak było do 1866 r. Verona stała się wtedy znowu ważna, przede wszystkim ze względu na swoje położenie i mocarne fortyfikacje. Swój los połączyła z Włochami po podbiciu całego regionu przez dynastię Sabaudzką w czasie wojny o niepodległość. 

Do II wojny światowej panował spokój, ale z miasta z powodu kryzysu ekonomicznego wyemigrowało wielu mieszkańców. Liczne bombardowania w czasie II wojny światowej, zniszczyły miasto, a (1943) Verona stała się ośrodkiem Włoskiej Republiki Socjalnej, związanej z Mussolinim, a więc faszystami, broniąc go przed innymi partiami o podobnym rodowodzie (Narodowa Partia Faszystowska). Sanktuarium w Louredes przebudowano na więzienie polityczne. Prześladowano Żydów, antyfaszystów i jeńców wojennych. Odbywały się masowe egzekucje. Obecnie miasto jest siedzibą wojsk NATO, rozwija się gospodarczo i ekonomicznie. Jest też poważną atrakcją turystyczna.

Nasz autokar zaparkował na drugim brzegu Adygi, która opływa miasto z trzech stron (tzw. podwójny meander), tworząc naturalną zaporę dla ewentualnych wrogów. Rzekę od miasta oddzielają potężne murowane wały (muraglioni) chroniące przed powodziami, z których największa (1882) jest ciągle pamiętana i przytaczana ku przestrodze. Rzeka dla miasta była zawsze ważna, bo nią spławiano towary do Trydentu, a przedmiotem działalności gospodarczej były marmurowe bloki i drewno. Korzystając z jej wód wybudowano przemysłowe kanały. Trasy chroniły zamki warowne i fortece rozmieszczone wzdłuż biegu Adygi. Rzeka napędzała też liczne młyny w których produkowano różnorodne mąki i kasze.

Miasto okalają mury obronne i właśnie wzdłuż nich, przeszliśmy z parkingu na Piazza Bra na którym stoi słynna ruina (amfiteatr z czasów rzymskich nazywany Arena Verona) i wskazano nam miejsce, w którym po spektaklu mamy się zameldować jak najrychlej. Wszystkie autokary świata porzucono na tym odległym od miasta placu, a więc wędrowaliśmy razem z całą kawalkadą innych melomanów prowadzonych przez swoich pilotów zaopatrzonych w kolorowe, wysoko wzniesione ponad tłumem parasolki.

Urbanistyczny plan Verony jest wzorowany na miastach rzymskich, ale dalsza historia zrywów i upadków spowodowała, że różne części miasta mają odmienny charakter. Antyk, średniowiecze, renesans, ale także barok, wiek XVIII i XIX i cześć przemysłowa, którą wybudowano w przededniu XX w. Nawet mury są niejednolite, bo powstawały od czasów późno republikańskich, do końca XIX w. Ułożone są w pięć pasów wywodzących się z różnych okresów. Fragment wzdłuż którego idziemy od mostu Aleardi do Piazza Bra pochodzi z XIII w. Ma trzy wieże, a najładniejsza, pięciokątna to właściwie brama placu. Mury obronne kończy pałac Gran Guardian, stojący vis a vis Areny i właśnie, przy jego ścianie wyznaczono miejsce nocnej zbiórki. Budowę pałacu rozpoczęto w 1610 r., ale kilkakrotnie ją wstrzymywano, aby dokończyć dzieła w 1853 r. Podobnie toczyły się losy sąsiadującego z nim klasycystycznego Pałacu Barbieri (budowany od 1836 – 1948 r.) w którym teraz mieszczą się biura miejskie. Oba były intensywnie wykorzystywane przez władze austriackie.

Zaopatrzeni w bilety i instrukcję wejścia do obiektu, miałyśmy czas wolny. Powędrowałyśmy własną drogą, przez Via Roma do Castel Vecchino, zamku warownego Scaligerów (czyli Della Scala) i od ich nazwiska nazwanego mostu. Zamek budowano w latach 1354 – 1376. Mieści się w nim muzeum. Można podziwiać zbiory malarstwa szkoły weneckiej, a także starą broń, ceramikę, a nawet antyczne dzwony miejskie. Z mostu jest wspaniały widok na miasto. Jego specyfikę stanowią blanki, czyli bardzo solidne obudowanie z otworami strzelniczymi i widokowymi. Miał znaczenie obronne i chronił przed wrogami miasta, ale miał także umożliwić ucieczkę władcy do zięcia, Ludwika IV Bawarskiego, gdyby zagrożenie zaczęli stanowić mieszkańcy. Most wybudowano w trzy lata. Dzięki swojej mocarnej konstrukcji okazał się bardzo wytrzymały, także na rwący nurt rzeki. Zniszczyli go dopiero Niemcy, podobnie jak i inne mosty Verony, aby zapewnić sobie bezpieczny odwrót (znaczy ucieczkę) w czasie II wojny światowej. Tuż obok stoi Arco dei Gavi, czyli łuk triumfalny z początku panowania Cesarza Augusta, na cześć członków rodu Gaviuszów.

Dalej przemieściłyśmy się Corso Cavour w kierunku Piazza d’Erbe. Otaczały nas pałace w różnych stylach. Nie mamy dla nich czasu. Są zbyt nowe. Na razie próbujemy oglądać zabytki bardziej starożytne. W ten sposób dotarłyśmy do Bazyliki San Lorenzo. Kościół pochodzi z XI w. i oczywiście jest w stylu romańskim. Ma osobne pomieszczenie dla kobiet, do którego można dotrzeć po spiralnych schodkach. Zwraca uwagę niezwykła rzeźba. Krzyż z którego zdejmowane są zwłoki Chrystusa. Budowli średniowiecznych w Veronie jest niewiele. Zniszczyły je trzęsienie ziemi w 1117 i 1183 r. Te same, które uszkodziły amfiteatr. Możemy żałować, że tym razem nie dotrzemy do pięknego i sławnego kościoła San Zeno Maggiore, uważanego za perłę architektury romańskiej we Włoszech. Pochodzi z XII w, podobnie jak Katedra di Santa Maria Matricolare, powstała na gruzach dwóch zniszczonych w trzęsieniu ziemi kościołów paleo chrześcijańskich.

Jeszcze tylko kawałek i dotarłyśmy do Porta Borsari (brama poborców myta, zaopatrzonych w borsa, czyli torby) z 265 r. Jest ona razem z Porta Leoni (brama lwów) częścią drugiego rzędu fortyfikacji, wybudowanych przez Cesarza Galiena, syna Valeriana I. Z Bramy Rorsari pozostała tylko fasada i na niej można przeczytać dotyczącą cesarza inskrypcję. Po bramie Leoni zostały tylko wspomnienia i kawałek rzymskich pozostałości. W lewo można skierować się na kolejny most, którym jeżdżą samochody, a nawet autobusy, ale my poszłyśmy prosto. 

Tak docieramy do dawnego rzymskiego forum, które dziś nosi nazwę Piazza Della Erbe. Od bramy jest już tylko ruch pieszy, ale też ludzi przybywa z każda chwilą, potem tłum jest już nieprzebrany. Szczególnie, że na rynku trwa w najlepsze handel. Stoiska z odzieżą i pamiątkami, kryją się pod dachem z parasoli. Pod placem znajdują się liczne wykopaliska, pozostałości budynków, kanalizacji, dróg, a nawet rzymskiej bazyliki. Nie ma tam dostępu, ale można obejrzeć w międzynarodowym centrum fotografii Scavi Scaligeri. 

Nad placem wznosi się najwyższa w mieście Torre Lamberti z 1193 r., która stanowi część Palazzo della Regione. Pałac ma niezwykle oryginalną fasadę przypominające niektóre budowle mauretańskie. W XV w. wieżę podwyższono o 83 m. i jest to dobrze widoczne w jej fakturze. Oglądamy przylegające do forum podwórce i pałce, np. pochodzący z XV w. Pałac Maffei, przed którym stoi kolumna z weneckim lwem. Pałac ma wystrój barokowy. Rozbudowano go na początku XVII w. Zaglądamy na Piazza dei Signori, gdzie stoi pomnik Dantego. Jest też pałac Loggia di Consiglio, a wreszcie znajdujemy się w kończącym rynek zaułku i podwóreczku z balkonem porzuconym przez Giuliettę.


Nasz plan zwiedzania w ramach dzisiejszej wycieczki jest wykonany, a więc szybko dajemy nura w małe uliczki, by chociaż na chwilę uciec od otaczających nas tłumów. Wszystkie są wąskie, przeznaczone tylko dla pieszych i piękne. Sklepy z elegancką odzieżą i równie wykwintnymi dodatkami sąsiadują z tratoriami, kawiarniami i restauracjami. Oczywiście fotografuję wystawy z torebkami, bo nie tylko trwają przeceny, pojawia się tu i ówdzie także jesienna kolekcja. 


W miejscach żywienia jest pełno ludzi, a my musimy jeszcze zjeść jakiś posiłek, bo przed nami długie godziny rozrywki duchowej, a potem wielogodzinna podróż. Nie opuścili Verony jeszcze turyści zwiedzający miasto, a już pojawiło się 15 tys. melomanów, którzy tak jak my, przed wieczornym spektaklem postanowili trochę po mieście pobiegać. W prawdzie upał działa zniechęcająco, ale wypite litry wody wypaca się niezwykle szybko i w żołądkach mamy już solidną dziurę. Wreszcie znajdujemy miejsce niezwykłe: pasticerię czyli makaroniarnię. Makaron powstaje na naszych oczach, do wyboru jest kilka sosów i życiodajna, zimna woda. 


Posilone biegniemy na Piazza Bra, a kolejka do Amfiteatru przekracza ona nasze wszelkie wyobrażenia. Dobrze, że jesteśmy tak wcześnie. Udaje nam się zdobyć miejsca dokładnie w centralnej części widowni. Dobrze, że mamy własne poduszki, bo kamienne ławy są całkiem gorące. Widok pustej jeszcze Areny zapiera dech. Ciekawe ile jest stopni ciepła wśród tych nagrzanych słońcem kamieni?