Baryton

Baryton
Baryton (1985), reż. Janusz Zaorski

Film, którego tytułowym bohaterem jest śpiewak operowy to zawsze dla konsultanta muzycznego gratka. Baryton (reż. Janusz Zaorski, 1984) nie był to filmem muzycznym, ani tym bardziej poświęconym operze, ale sprawy muzyczne i dźwiękowe były bardzo ważnym elementem całej sensacyjnej układanki, a więc musiały być w 100% wiarygodne i to w najdrobniejszych szczegółach. Rozwiązywałam więc problemy technologiczne i muzyczne.

Nasza gwałtowna reakcja (z Alanem Starskim) na pierwszą wersję scenariusza, zaowocowała zmianami. Teoretycznie dotyczyły tylko urealnienia możliwości wykorzystywanych urządzeń technicznych i tego co z tej realności wynika, ale dla mnie czytanie scenariusza zaczynało się od nowa. Zawsze tak jest, chociaż wiele osób się dziwi, no bo treść filmu właściwie nie uległa zmianie, ale nasze działania dotyczenie nie tylko głównych założeń, a może przede wszystkim szczegółów, niuansów i odcieni, które powstają na styku scen, łączeniu dialogów, reakcjach itp.

W sprawach operowych otrzymałam wsparcie Bogusława Kaczyńskiego, a więc wspólnie z reżyserem złożyliśmy mu wizytę. Szukaliśmy jakichś charakterystycznych zachowań, przyzwyczajeń, które zauważył może u innych śpiewaków, a którymi można by obdarzyć naszego mistrza. Powszechnie wiadomo i zawsze się wiele opowiada o różnych śmiesznostkach czy zabobonnych zachowaniach, albo przeświadczeniach.

Wymyślił, żeby filmowy mistrz chronił gardło wytwornym szalem i pijał ciepłe mleko. Oba pomysły bardzo się przydały. Są dla odbiorcy czytelne, szybko dają się zauważyć, a nieustanne operacje z mlekiem mogą ocierać się o śmieszność.

Liczyłam, że pomoże mi w sprawach repertuaru, ale okazało się, że Pan Bogusław wyobrażał sobie film jako jeden niekończący się recital wielkiego śpiewaka, dla którego mógłby ułożyć wspaniały repertuar. Od nas dowiedział się, że filmowy recital to ukłony, oklask i tłumy oraz jakieś niewielkie urywki, fragmenty utworów, które muszą jeszcze spełniać nasze wymogi. Np. mamy scenę w której chcemy, aby pojawił się cały utwór, czyli potrzebna jest aria, która nie trwa 5 – 7 minut, ale poniżej dwóch, albo muszę z niej wyciąć kilka zwrotek. I bardzo był naszym sposobem myślenia zawiedziony. Ten utwór to ja już nawet miałam: Wolfgang Amadeusz Mozart Aria szampańska z Don Giovanniego (ma ok.1’30”). To śpiewają wszyscy i większość naszych odbiorców także przypomni sobie, że przynajmniej to kiedyś słyszała.

Rozumiem, że po takim stwierdzeniu popatrzył na mnie jak na Huna, Wandala lub innego barbarzyńcę. Na szczęście mogłam się wykazać wiedzą operową znacznie rozleglejszą niż przeciętny śmiertelnik. Miłośnikiem opery był mój tata. Miał ładny głos i często sobie coś śpiewał przy pracach w domu. W ten sposób, kompletnie nieświadoma opanowałam spory repertuar, także operetkowy i to zanim nauczyłam się czytać i pisać. Z czasem wystarczyło tylko dopasować do tego co znałam, tytuły. Rodzice bardzo mi w tym pomagali. Po raz pierwszy byłam w operze tuż po otwarciu Teatru Wielkiego, a więc miałam 12 lat. To zostało docenione, a także ze zrozumieniem przyjęto wymuszony sytuacją nasz punkt widzenia i dalej było już świetnie.

Przede wszystkim potrzebny był mi dubler dla Zbigniewa Zapasiewicza – znakomity śpiewak, baryton. W podobnym do aktora wieku i o nie kontrastującym z nim głosie. Tu akurat wybór jest zawsze niewielki, bo barytonów nigdy nie jest zbyt wielu, szczególnie znanych. Popisowych arii dla takiego głosu także jest mniej niż np. dla tenora (są kuplety Torreadora z Carmen, Cyrulik Sewilski,), a część śpiewaków z wiekiem zaczyna śpiewać repertuar basowy (Jerzy Artysz, Bryn Terfel). Zresztą te głosy (bas – baryton) byłyby dla Zbigniewa Zapasiewicza zbyt ciemne.

Ale chęć współpracy wyraził tata mojego kolegi Piotrka: Andrzej Hiolski, czyli lepiej być nie mogło. Umówiliśmy się na nagranie z manierą romantyczną i uzgodniliśmy wszystko pomiędzy oboma mistrzami, tak aby aktor z tym playbackiem czuł się komfortowo. Hiolski zaproponował, co ze swojego repertuaru może dla nas wykonać. Tak naprawdę poza Arią szampańską potrzebny był jeszcze jeden zaśpiewany utwór i dobrze się złożyło, że Pan Andrzej miał w swoim repertuarze pieśni Jana Gala (400 pieśni chóralnych i 90 solowych), takiego mniej znanego XIX w. Moniuszki, który komponował je do tekstów romantycznych polskich poetów.

Czyli nie wielka opera, na którą liczył Pan Bogusław, a utwór polski, aby pokazać przywiązanie do tradycji na potrzeby widowni, bo z rozmów kuluarowych nasz odbiorca wie, że polskość to mistrz raczej lekceważy. Wybraliśmy pieśń do tekstu Adama Asnyka Gdybym był młodszy, bo to wiersz znany ze szkolnych lektur (wtedy był), żeby widz rozpoznał i miał świadomość obcowania z wielką sztuką.

Potrzebowaliśmy jeszcze repertuar bohatera, wydrukowany na plakatach, zaproszeniach, programach koncertu i albumie z płytami. To musiały być realne utwory, już wtedy istniejące, możliwe do wykonania przez dany typ głosu i stanowiące dobrze dobrany zestaw koncertowy, ciekawy, skontrastowany, ułożony we właściwej kolejności i w tym przypadku gwiazdorski. W tym przypadku bardzo wiedza i doświadczenie Bogusława Kaczyńskiego okazało się pomocne. Chociaż znowu wygrywały nasze filmowe priorytety: utwory znalazły się na prezentowanych płytach, a więc musiały być krótsze niż 4 min. (taką długość miały wtedy płyty). A w opisach musiały przewijać się nazwiska i tytuły, które naszemu odbiorcy mogły wydawać się znajome lub wskazywały rangę wykonawcy. Oczywiście wśród nich musiały znaleźć się utwory, które nasz śpiewak realnie w filmie wykonuje. Taki spis wspólnie ustaliliśmy, a ja przygotowałam dokładne opisy utworów (aria…, z opery…, autorstwa…, libretto…, opus…, itp.), żeby Alan Starski miał na czym pracować.

Pozostały inne muzyczne akcenty, które miały dobarwiać całą sytuację i nastrój scen, którym towarzyszą. Dlatego mój bohater, człowiek sukcesu i bufon, wita zgromadzone na dworcu tłumy: Wszyscy tu znają mnie, wszyscy kochają mnie (taki tekst zawiera aria Figara z Cyrulika Sewilskiego). Jurek Satanowski (nasz kompozytor) przygotował rag time, którym drażni naszego śpiewaka żona (Małgorzata Pieczyńska), wygrywając go na fortepianie który stoi w apartamencie. Jeszcze tylko wieczorny bankiet i występ młodej adeptki sztuki wokalnej, która powitała mistrza pieśnią Martiniego Plaisir d’amour. Wszystkie te utwory wymagały nagrania playbacku, co zaplanowałam razem z nagraniem arii i pieśni.

Ponieważ zaoszczędziliśmy na orkiestrze koncertowej, mogłam mistrza powitać na dworcu z orkiestrą dętą. Na zdjęcia do Szczawna Zdroju zjechała więc moja ulubiona Orkiestra Kopalni Węgla Kamiennego 1 maj w Wodzisławiu Śląskim pod dyrekcją Mariana Krzystka. Panowie wykonali na 100% Marsza Triumfalnego z opery Aida Giuseppe Verdiego, we własnej (górniczej) instrumentacji.

Znowu nie obyło się bez tłumaczenia, że to rodzaj bonusu dla tych, którzy rozpoznają utwory, dlatego dobieram je w sposób dość oczywisty. Przekaz filmowy jest najpełniejszy, jeżeli zawiera wiele warstw, którymi jednocześnie kontaktujemy się z naszym odbiorcą, a więc staram się, żeby moje sygnały były dostępne dla wielu widzów. Niewątpliwym moim sukcesem była wypowiedź Bogusława Kaczyńskiego po premierze. Wydawało mu się, że utworów wykonywanych w filmie jest znacznie więcej i gdyby nie wiedział, co naprawdę nagraliśmy to by nie uwierzył.

Nagrania w studio Polskiego Radia miały się odbyć w połowie grudnia. W ten sposób Zbigniew Zapasiewicz, ale też Małgosia Pieczyńska mieli by czas, aby swoje utwory przygotować. Życie jest jednak pełne niespodzianek i nieprzewidywalnych zawirowań. Tym razem powtórzyło sytuacja, która stała się pretekstem do filmu. Andrzej Hiolski brał udział w próbach do Strasznego Dworu, a premiera odbywała się w Sylwestra. Miało być spokojnie, ale coś poszło nie tak. Prób było dużo, dłuższe i zrobiło się nerwowo. Przeciążony próbami, w dniu naszego nagrania, na przedpołudniowej próbie śpiewak stracił głos.

Do pomocy rzucili się foniatrzy i była nadzieja, że premierę zaśpiewa, ale na razie mógł mówić tylko bezdźwięcznie. Przyjechał na nagranie (zatelefonować też nie mógł) i pisząc do nas na kartkach podał nam nazwiska i telefony (domowe, bo komórek jeszcze nie wynaleziono) kilku kolegów, którzy mogliby go zastąpić. Premiera w Teatrze Wielkim ostatecznie wypadła znakomicie, ale mnie grunt palił się pod nogami.

Dysponowałam 6 godzinną sesją i nastrojonym fortepianem, nagraliśmy więc bez problemów rag time dla Małgorzaty Pieczyńskiej (Wojtek Gogolewski), a Bożena Browarek nagrała dla siebie Plaisir d’amour przeprosiliśmy akompaniatorkę Andrzeja Hiolskiego (on też napisał taką kartkę) Krystynę Borucińską i rozjechaliśmy się do domów. Może gdyby mistrz pił ciepłe mleko i chodził w kaszmirowym szaliku, nie byłoby tego nieszczęścia…

Cały wieczór i następny dzień spędziłam przy telefonie. Kolejne rozmowy i oczywiście, albo nie możemy uzgodnić terminów (studia w Polskim Radio rzadko stoją wolne), albo repertuaru. W ten sposób także mniej czasu na przygotowanie play backów miał Zbigniew Zapasiewicz. Ostatecznie na początku stycznia odbyły się nagrania, a naszym solistą był Jan Wolański. Wywiązał się ze swojej roli świetnie. Tylko, że musieliśmy zmienić zaplanowaną do wykonania pieśń (repertuar). Tak, że w filmie słyszymy pieśń Mgła mi do oczy Fryderyka Chopina do tekstu Bohdana Zaleskiego. Tekst jest kompletnie nieznany, za to rekompensuje nam stratę Asnyka, znany kompozytor. Oczywiście z kolejnych zawirowań najbardziej ucieszyła się scenografia. Wydawało im się że temat moich afiszy, płyt, zaproszeń mają już zamknięty, bo wszystko zostało sprawdzone merytorycznie i zaakceptowane (przez pana Bogusława także), a tu świąteczna niespodzianka.

Pozostał problem stylizacji naszych nagrań na lata 30. To był temat naszych dyskusji z Danusia Zankowską-Maruchą, operatorem dźwięku. Ostatecznie ustaliłyśmy, że zniekształcanie nagrań ograniczymy do minimum. Z jednej strony możliwe, że nasz hotelowy Edison (może lepiej Tesla) jednak wyprzedził epokę i ten jego sprzęt jest lepszy niż to czym powinien dysponować, czyli jeżeli czegoś wykluczyć nie można, to przecież mogło tak być. Z drugiej, my robimy film dla współczesnego odbiorcy i trzeba zrobić wszystko, aby widz mógł, choć trochę czuć się oszukany, tak jak zgromadzona tłumnie pod balkonem publiczność.

A poza tym to nie jest film dokumentalny.