Konkurs

You are currently viewing Konkurs

Organizacja i przeprowadzanie konkursów nie jest sztuką prostą, bo każde dwie rzeczy, nawet bardzo się różniące, jednak mają cechy wspólne, albo układ wzajemny cech powoduje, że wybór, pomiędzy nimi jest trudny. I taka trudność zawsze istnieje, nawet jeżeli dyscyplina wydaje się klarowna, np. wyścigi biegaczy. Wszyscy stają na starcie, mają wyznaczoną trasę i po strzale startera biegną do mety. Wygrywa ten, który na mecie będzie pierwszy. Niby tak, ale nie wszystkie tory są jednakowo wygodne. Tory środkowe są lepsze, a zewnętrzne gorsze. Jeżeli trzeba okrążyć stadion, to lepiej mają ci, którzy gonią, niż ci, którzy uciekają. Jedni wolą biegać rano, a inni po południu. Dla jednych lepsza jest temperatura niska, dla innych wysoka. Pewna grupa biegaczy spotyka się często i nie wygrywa ta sama osoba, a układ kolejnych ulega zmianie. W tych samych zawodach, ktoś, kto wygrał eliminacje, w finałach się nie liczy. Są nagłe kontuzje i cały szereg innych możliwości, zmieniających wyniki.

Można się zastanawiać, czy słuszne jest, że wygrywa ten, co miał najdalszy rzut, a nie ten, który miał najwięcej dobrych rzutów, a więc ich suma jest największa. Każdy rzuca w innym czasie, a więc i innych warunkach. A skok w wzwyż, czy skok o tyczce. Z góry narzucona jest wysokość, a zdarza się, że ktoś z wielkim zapasem pokonuje poprzeczkę zawieszoną niżej, a nie może skoczyć równie wysoko, gdy poprzeczka jest wyżej, ale on miał przecież zapas.

Ocenianie staje się trudniejsze, jeżeli poza parametrami, które można zmierzyć, zważyć, czy porównać, pojawiają się elementy wynikające z emocji, estetyki czy wrażeń

Tak się dzieje np. w jeździe figurowej na łyżwach, skokach do wody, gimnastyce, ale także w skokach narciarskich, gdzie jest nota za styl, a zmiany w punktacji, dodawane do niej i odejmowane elementy świadczą tylko o tym, jak bardzo sami specjaliści uważają ją za niedoskonałą.

W którymś momencie bardzo wiele sprawdzianów i egzaminów, zamieniono na testy, uważając, że to wyrówna szanse, a oceny staną się sprawiedliwsze. Dziś już nie ma takiej pewności, bo: jak testem wystawić ocenę za styl i formę napisanego wypracowania? A jak sprawdzić dogłębną wiedzę o danym zagadnieniu, gdy ma się do dyspozycji odpowiedzi: tak, nie, nie wiem? W naszym domu największą beneficjentką polityki testowej była moja siostra.

Nauczyciele, po lekcji, zalecali odpowiedzi na pytania umieszczone pod odpowiednim rozdziałem. Rodzice szybko zorientowali się, że ona niewiele z lekcji pamięta, a rozdziału nie czytała. Jak to było możliwe? Pytano o rzeczy najważniejsze, a te w tekście drukowano tłustym drukiem. Wystarczyło trochę sprytu i inteligencji, a odpowiedzi powstawały bezbłędnie i natychmiastowo, bez zagłębiania się w temat. Tym sposobem zawsze pewna część testowanych osób przechodzi przez sprawdziany. Sztuczka nie udaje się zawsze, a więc wcześniej czy później, spryciarz zostanie na braku wiedzy przyłapany.

Najtrudniejsze są zmagania, w których wszystkie elementy podlegają ocenie indywidualnej i wrażeniowej. W każdym konkursie wykonawczym pewna część muzyków (aktorów) gra słabiej technicznie, wykonania są szkolne, albo stanowią kalki powszechnie znanych kreacji. Jest też czołówka i tu każdy najdrobniejszy element może zaważyć na ostatecznej decyzji. Próbowano wykluczać z grona jurorów, osoby, które miały kontakt zawodowy bądź prywatny (słynna skrzypaczka ma siostrzeńców) z kandydatami. Grupa bezstronnych mistrzów nie jest wielka. Szybko okazało się, że nie bardzo ma kto oceniać występy (prawdziwy dramat przeżyły wtedy konkursy wiolonczelowe).

Jury słuchało popisów, bez informacji kto gra i nie widząc występujących (ciekawe jak chcieli oceniać balet). Ale profesorowie bez trudu rozpoznają swoich wychowanków, a właściwie wszystkich, których kiedyś słyszeli (oczywiście 100% śpiewaków i aktorów). Był pomysł na wstrzymywanie się od głosu, przy ocenianiu osób, z którymi miało się styczność. Znowu jury było zdziesiątkowane, a poza tym, każdy juror ma swój system oceniania i porównywania, a więc brak takiej osoby także wpływał na zmianę ostatecznych ocen wszystkich konkurujących.

I najwyższy stopień trudności, czyli konkurs tematyczny dla plastyków, kompozytorów, pisarzy, literatów. Zmiennych jest dużo, a możliwości interpretacji ogromne, nawet na poziomie szkolnych wypracowań, a przecież w konkursach startują zawodowcy. Możemy pewne zmienne ujednolicić, określić temat, ograniczyć rozmiar pracy, ale i tak dowolność pozostaje duża. To refleksje po ostatnich zmaganiach konkursowych, których byłam uczestnikiem. Nie był to mój debiut w jury, więc miałam już szereg wcześniejszych doświadczeń z takich sytuacji.

Czy konkurs gwarantuje, że wybrano najlepiej?

Hasło zróbmy konkurs oczywiście zawsze ma swoje zalety. Przede wszystkim zapewnia współodpowiedzialność za wybór tego lub innego artysty. Na podstawie posiadanego materiału pewnie tak, ale jury rzadko bywa jednomyślne, więc może wygrać ktoś uśredniony (najmniej wszystkim przeszkadzał), a zabraknie miejsca dla wyjątkowo oryginalnego pomysłu. Jest takie zagrożenie, ale z drugiej strony grupę ten na pewno nie, z reguły typuje się bez większych problemów.

Nasz konkurs, który zorganizowaliśmy na potrzeby filmu Vinci 2 (reż. Juliusz Machulski, 2025) był bardzo okazały. Startowało ok. 20 kompozytorów i to właściwie z samej ekstraklasy. Wszyscy potraktowali nas poważnie, a więc przygotowanie materiałów demonstracyjnych zajęło im sporo czasu. Prace były ciekawe, różnorodne. Wyznaczyliśmy limit czasowy prezentacji. Pretendenci dostali jako wytyczne streszczenie scenariusza, fotosy, prośbę o zapoznanie się z muzyką i tematami z pierwszej części filmu, a także elementów, które wynikały ze scenariusza.

Nadesłane prace były wszystkie dobre, czyli, każdego kompozytora można by zaakceptować, gdyby nie było do porównania tych innych prac i w każdej coś fajnego. Jury liczyło 8 osób. Dostaliśmy od każdego autora około 10 minut muzyki, a więc słuchania było ok. 3 godzin, a przecież trzeba było przesłuchać muzykę nie raz, a kilka razy, zrobić notatki, napisać uwagi. Każdy z nas miał do wykonania ogromną i czasochłonną pracę, bo my także potraktowaliśmy prace kompozytorów poważnie.

Mózgiem całego przedsięwzięcia była Kasia Figat i jeżeli ktoś będzie kolejny konkurs organizował, to polecam takiego szefa całego przedsięwzięcia. Nie była w składzie jury (za dużo wiedziała), ale u niej zbiegały się wszystkie nitki, tajemnice i znakomicie funkcjonujące centrum techniczne. Każdy kompozytor otrzymał swój pseudonim. My, poza ujednoliconymi paczkami z muzyką, dostaliśmy też bardzo sprytną tabelkę. Każdy z nas miał zaznaczyć, która muzyka wydaje mu się najmniej trafna i niezależnie ocenić poszczególne prace w skali 1 – 5.

Spotkaliśmy się na kilkugodzinnej naradzie, wyposażeni w swoje opasłe notatki, a sprytna tabelka została przeliczona na tysiąc różnych sposobów. W ten sposób oddzieliliśmy prace najmniej podobające się większości z nas (ale co podkreślam, wszystkie były dobre, tylko niektóre bardziej) i nadal mieliśmy kilku kandydatów. Wtedy zorganizowaliśmy drugi etap, czyli przymierzaliśmy to, co nam się najbardziej podobało, do konkretnych scen i sytuacji, bo obraz był już w zasadzie zmontowany.

Aby niczego nie przegapić w kilku przypadkach sięgaliśmy też do prac pierwotnie z konkursu już wyłączonych, ale nasza intuicja okazała się dobra i nic do II etapu już nie wróciło. Szczególnie, że mieliśmy doprowadzić do kolejnego zmniejszenia grona pretendentów, a nie ponownego ich powiększania. I to się udało. Nasz III etap liczył dwóch kandydatów. Tych dwóch poprosiliśmy o muzykę do scen o zupełnie innym charakterze, niż to co było treścią poprzednich zadań.

Czy było łatwo? Dopiero zrobiło się trudno. Kolejna narada była burzliwa i trwała ponad godzinę (tym razem on line). Była to dyskusja o stylu i podejściu bardziej nowatorskim lub bardziej klasycznym, choć również nowocześnie brzmiącym. Słyszalnym dla wszystkich większym i mniejszym doświadczeniu w pracy dla filmów fabularnych. I to doświadczenie ostatecznie wygrało.

– Czy warto takie konkursy robić, skoro zajmuje to tyle czasu i wymaga tyle pracy od licznego gremium, po obu stronach konkursowych zmagań? Ponadto trwa, aby wszystko było uporządkowane, anonimowe i precyzyjnie wszystkim przekazywane i jest to czas liczony w miesiącach, a nie w tygodniach, czy dniach?

Wydaje się, że tak, a wniosek ten wynika z doświadczenia wieloletniej pracy w filmie i ogromnych zmian, jakie nastąpiły w związku ze zmianą organizacji produkcji, techniki i technologii w jakiej się poruszamy. Wytwórnie i Zespoły filmowe, w latach 70./80., były centrum zawodowym, towarzyskim, informacyjnym i bussinesowym. Większość ludzi nie miała telefonów, a więc kto nie był zajęty przy filmie, pojawiał się co kilka dni w jednym z tych miejsc. Korytarze tętniły życiem, w bufetach brakowało miejsc, ale każdy pobyt skutkował mnóstwem spotkań i wiadomości.

Wszyscy chętnie pokazywali i oglądali swoje prace, a przed kolaudacją ministerialną, zawsze odbywała się projekcja z kolegami i szefostwem Zespołu z którym twórca był związany. Bardzo były to burzliwe, ale i pouczające spotkania. Filmów powstawało dużo, zarówno dla kin, jak i dla telewizji, ale był w zasadzie jeden producent (państwo), reprezentowany przez kierownictwa produkcji filmów. Było powszechnie wiadomo co i gdzie powstaje, a my pracujący w branży właściwie wszyscy się znaliśmy.

Znani byli też kompozytorzy i ich prace, mimo, że pojęcie demo jeszcze nawet nie istniało, bo trzeba by taką próbkę nagrać w zawodowym studio z orkiestrą, na niedostępnej powszechnie i bardzo drogiej taśmie, którą przesłuchać i tak można by tylko w warunkach zawodowego studia. Oczywiście sporadycznie zdarzało się, że przy okazji jakiegoś nagrania, dostawaliśmy niewielką partyturę, z prośbą o zarejestrowanie, ale też ze świadomością, że muzykom płacimy za nagrane minuty, a więc taka okazja kosztuje.

Proszącym był z reguły kierownik produkcji, a więc miało to związek z pracą danego Zespołu i oni to finansowali. Muzyka nagrana przez kompozytorów do innych filmów, była możliwa do przesłuchania w fonotece, a ewentualne próbki i propozycje do nowej produkcji, kompozytor przegrywał reżyserowi na fortepianie w domu, lub na sali synchronizacyjnej, bo wszędzie jakieś instrumenty stały.

Czas przygotowywania demo, to lata 90. i początek obecnego wieku, najpierw były to kasety, potem nagrywalne płyty

Proceder stał się tak powszechny i popularny, że w którymś momencie wszystkie biura, studia i pracownie były materiałami poglądowymi zasypane, a więc przestaliśmy takich próbek talentu słuchać. Obecnie właściwie pozostało wysyłanie plików internetem, ale nie ma to sensu, a zresztą producentów i działających produkcji jest tak wiele, że w sumie nie wiadomo gdzie materiały posyłać.

W międzyczasie przestaliśmy się spotykać, a więc nawet, jak ktoś spotka w Wytwórni bardzo popularnego kompozytora, to może go w ogóle nie rozpoznać. No chyba, że są znajomymi na facebooku, ale wtedy też nie muszą wiedzieć, że jeden to kompozytor, a drugi producent, albo poszukujący jakiegoś kompozytora reżyser.