Kino gatunkowe. Horror w Koszalinie

Kino gatunkowe. Horror w Koszalinie
Krzyk, reż. Wes Craven

Gatunki filmowe nie są pojęciem precyzyjnym, ale pewną konwencją, na którą zgadzamy się oglądając film danego typu. Nie jest to też podział uporządkowany, a raczej można powiedzieć, że wynikający z:

  • tematyki (gangsterski, sądowy, przygodowy, miłosny)
  • sposobu opowiadania (musical, horror, komedia)
  • miejsca i czasu (historyczny, western, science fiction)

Są też określenia typu film obyczajowy, czy psychologiczny, które są zbyt ogólne, aby mogły coś określić. Nie mniej szczególnie, gdy jakiś film wyznaczy pewien kierunek i powstają filmy naśladujące go, od razu powstaje też określenie, które ma wskazywać na ich podobieństwo (filmy płaszcza i szpady, komedie romantyczne). Takim formatem stał się też western. Za pierwszy film w tym gatunku uważany jest W samo południe/High Noon (reż. F. Zinnemann, 1952).

Pomysł gatunków filmowych wywodzi się z USA. Amerykanie budowali swoją kinematografię bez artystycznych wzorców. Znaczna część ludności nie znała języka, a więc kino było dla nich formą obrazkowego przekazu. Jego prosta forma nie odwoływała się, jak w Europie, do wiedzy i erudycji widza. Film miał znaczenie edukacyjne – uczył przybyszów nowej ojczyzny i jej historii.

Konstrukcja Ameryki była oparta na pewnego rodzaju idealistycznych przesłankach (The American Dream). Ten idealizm przełożył się na film. Niebagatelną rolę odgrywała też Ziemia obiecana, do której udawali się w swych marzeniach emigranci. Stąd filmy, uproszczone i ułożone w porządku założonego schematu.

Dawniej starano się realizując filmy utrzymywać je w określonej konwencji. Obecnie reżyserzy próbują być w swoim opowiadaniu oryginalni i często bardzo gatunki mieszają się ze sobą, albo nie można przyporządkować filmu do żadnej znanej konwencji np. Rewers (reż. Borys Lankosz, 2009), Kosmiczne jaja/Spaceballs (reż. Mel Brooks, 1987).

Na festiwalu Młodzi i film w Koszalinie miałam okazję obejrzeć czyste kino gatunkowe, a film z tej kategorii, który udało mi się zobaczyć, należało by nazwać horrorem. W przenośni i dosłownie. Był pełnometrażowy, a więc miałam dość czasu, na zastanawianie się, co też autor mógł mieć na myśli. Ten film to Kosmos (reż. Marcin Kamiński, 2015). Żałuję, że zabrakło mi już samozaparcia, aby odwiedzić Szczerość za szczerość, bo podobno reżyser się tłumaczył, a głównie z tego, że miało to być ćwiczenie i tak jakoś to posklejał, no i wyszło to, co wyszło. Tak przynajmniej streszczał przebieg spotkania autorskiego, przy obiedzie, Henryk Sawka, który z kolei tak się nudził, że głównie zastanawiał się, czy pokazana w filmie chałupa to ta, którą pamięta z wakacji, czy trochę inna. Bo ani do strachu, ani do śmiechu podobnie jak mnie, mu nie było.

Rzeczywiście chaos i przypadkowość jest bardzo w tym filmie widoczna. Z zaciekawieniem przeczytałam, że reżyser studiuje w Łodzi już 10 lat i natychmiast zaczęłam sobie wyobrażać co pokaże nam po kolejnych dziecięciu. To dopiero może być horror. Wcześniejsze dokonania reżysera to szkolne etiudy, asystowanie przy filmie Hel Katarzyny Priwieziencew (2015) i pomoc w montażu obrazu. Przy swoim filmie napisał scenariusz, wyreżyserował, kierował produkcją, był koproducentem i zmontował. Tak duża ilość funkcji wykonywanych przez reżysera może tylko grozić katastrofą.

Natomiast z różnych gatunków filmowych horror jest chyba jednym z trudniejszych. Jesteśmy wprawdzie umówieni z widzem, że będziemy go straszyć, ale jednocześnie powinniśmy wywoływać dreszczyk emocji i grozy, a nie widza rozśmieszać. Jeżeli nasze strachy są zbyt naiwne, próbujemy straszyć na każdym kroku i bez powodu, opowiadamy, na siłę wymyślając atrakcje, grafika komputerowa nawali… Praktycznie rzecz biorąc z każdego najbłahszego powodu widz może uznać, że sobie z niego kpimy i z nami bać się nie będzie.

Oglądając dzieła różnych reżyserów, którzy próbowali się mierzyć z materią, można spokojnie stwierdzić, że większość ponosiła klęski i to spektakularne. Nawet wielokrotne oglądanie klasyków filmu, przede wszystkim dokonań Alfreda Hitchcock’a, także nie pomaga. Tajemnica horroru jest bardzo dobrze ukrytym przepisem, a linia między sukcesem, a klęską cienka jak nigdy.

W 2008 r. trud nakręcenia horroru podjął Grzegorz Kuczeriszka (Pora mroku), znany operator filmowy i doświadczony reżyser seriali telewizyjnych. Kiedy czytałam scenariusz Dominika W. Rettingera, wydawało się, że nareszcie polskie kino będzie miało swój prawdziwy horror. A jednak w trakcie produkcji, co raz bardziej oddalaliśmy się od wyśnionego ideału. Wystarczyło kilka mniej zgrabnie nakręconych scen, czy ujęć i już traciliśmy zainteresowanie widza.

Znacznie lepiej udał się Felix, Net i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa (reż. Wiktor Skrzynecki, 2012), chociaż nie był to horror ani thriller, ale bardzo ekscytujący film przygodowy dla dzieci. Skojarzył mi się z Porą mroku, bo także dotyczył jakichś pozostałości niemieckich z drugiej wojny światowej i wynikających z tego perypetii. Rzecz oparła się o czwarty wymiar, ale w sposób bardzo przekonywujący.

Wszyscy czuliśmy się szczęśliwi, chociaż pozostał niedosyt, bo seria książek o przygodach miłych nastolatków zajmuje dobrą półkę, ale nikt nie podjął trudu dalszej zabawy. Film jest wprawdzie dla młodzieży, ale oznacza to nie taryfę ulgową, a wzmożoną czujność na wszystkich polach.

Ja ze swojej strony mogę pochwalić się współpracą ze znakomitym kompozytorem australijskim Cezarym Skubiszewskim i jego ekipą. Pan Cezary opuścił Polskę w latach 70. XX w. Jest popularny zarówno w Australii, jak i USA, np. w Hollywood. Zdobył wiele prestiżowych nagród. Kompozytorem i producentem muzycznym jest jego syn Jan, a córka, Viva Bianca popularną amerykańską aktorką serialową. Swoją filmową przygodę rozpoczął muzyką do australijskiego filmu Jerzego Domaradzkiego (Lilian’s Story). Od kilku lat Pan Cezary pojawia się w Polsce od czasu do czasu. Napisał np. znakomitą muzykę do filmu Karbala.

W omawianym przypadku (film Kosmos) od razu początek wydaje się nie przekonywujący. Zanim bohaterowie ruszą, dobiega do ich samochodu nieznana dziewczyna i bez specjalnych namawiań postanawia z nimi jechać w nieznane. Tajemnicze jest podejście do domu i nagle okazuje się, że to po prostu zwykłe drzwi, ale tak nas próbowano dla zasady przestraszyć. Wycieczka nie ma planu. Generalnie wszyscy się nudzą i tak z tej nudy dzieją się dziwne rzeczy.

Wszystko jest poplątane, a to pobyt w Afganistanie, a to trójkąt, który trwa od dzieciństwa. Teraz dziewczyna jest niby z komandosem, ale jednak chyba z tym drugim, co nie przeszkadza, że ten drugi próbuje od początku zaopiekować się autostopowiczką. No i tak strasznie i śmiesznie do niezrozumiałego końca, bo jeszcze w między czasie mówi się o wzmożonej aktywności elektromagnetycznej słońca i pewnie to ona powoduje, że główny bohater – komandos, ma jakieś zaburzenia. No i w końcu dochodzi do tragedii, o którą wszyscy aż się proszą.

Nie jest to dobry pomysł na horror, jeżeli bohater w czasie deszczu i burzy udaje się w nocy do opuszczonego zamczyska przy cmentarzu. Widz wiele może wybaczyć i w wiele uwierzyć, ale jak przesadzimy, będzie mu trudno. Żeby nie było, akurat streściłam scenę z amerykańskiego filmu 8mm (reż. Joel Schumacher, 1999) z Nicolasem Cage’em w roli głównej.

W Polsce film wyświetlano dopiero w 2005 r. i raczej przeszedł bez echa. Ja widziałam go w wersji oryginalnej, tuż po premierze i miałam nieodparte wrażenie, że zrobiony w tym samym czasie polski Billboard (reż. Łukasz Zadrzyński, 1998) był filmem lepszym, a przy okazji lepiej zrealizowanym technicznie. W filmie 8mm, jak na amerykańskie kino, w szczególności szwankowało opracowanie dialogów, słychać było łączenia materiałów 100% i postsynchronów, a więc komfort oglądania był iluzoryczny. Podobnie było w filmie Kosmos. Nie dopracowano tak wielu szczegółów, w tym dźwiękowych, że trudno było nie myśleć ciągle o kolejnych niedoróbkach.