Studio Sonoria

Adaptacje. Najdłuższy tydzień

Adaptacje. Najdłuższy tydzień

Był wrzesień 1995 r., a ja razem z montażystką Małgosią Rodowicz jechałam zapakowanym po dach Nissanem Sunny w kierunku niemieckiej granicy.

Wiozłam materiały dźwiękowe na zgranie filmu Wielki Tydzień Andrzeja Wajdy, gdzie w wytwórni DEFA, miałam poprowadzić zgranie, za nieobecnego reżysera i operatora dźwięku Krzysztofa Grabowskiego, z którego usług reżyser zrezygnował.

Ja byłam tą osobą, która udźwiękowienie kończyła i poprawiała, nadzorując montaż, a teraz miałam to co przygotowałam zgrać.  Ale rzecz nie wyglądała tak prosto i już sama ta przedziwna eskapada, mogła sugerować, że mamy z tym filmem kłopot. I to była prawda.


Opowiadanie Wielki Tydzień napisał Jerzy Andrzejewski w 1943 r. pod wpływem Powstania i tragedii Warszawskiego Getta. Opowiadanie wydano już w 1945 r.. Kiedy Andrzej Wajda zdecydował się w latach 60. nakręcić film na podstawie opowiadania, zlecił napisanie scenariusza Andrzejowi Żuławskiemu i Jerzemu Andrzejewskiemu, ale nastąpił rok 1968 i to nie był dobry czas na taką realizację. Później z filmem próbowała się mierzyć Agnieszka Holland, Andrzej Żuławski, a nawet kilku reżyserów niemieckich, a temat powrócił do Wajdy w 1995 r., który tym razem sam napisał scenariusz. No i właśnie robiliśmy ten film.

Nie czytałam opowiadania Andrzejewskiego, ale znam scenariusz i pamiętam, że już na tym etapie film podzielono na kolejne dni tygodnia. Wyobrażałam sobie, że będą to plansze, ukazujące się każdego, kolejnego poranka. Jednak bardzo szybko zaczęto mówić, o konstrukcji filmu, zbliżonej do Pasji J.S.Bacha i pojawił się pomysł, aby to była nasza ilustracja muzyczna. Taka muzyka bardzo by film nobilitowała, wszyscy podkreślali literacką łączność i wartość dodaną, którą w ten sposób mieli byśmy uzyskać. Rozmawialiśmy na ten temat kilkakrotnie i tylko ja i producent filmu Lew Rywin uważaliśmy, że pomysł jest niedobry. Moja argumentacja, że Bach nie potrzebuje naszego filmu do swojej muzyki, a my chcemy się jakby pod niego podczepić, nie znajdowała posłuchu. Zwracałam uwagę, że tak kompletną formę można traktować raczej jako muzykę o filmie, albo zamiast filmu. Razem istnieć te dwa żywioły nie dadzą rady, a muzyka, jako silniejsza filmem zawładnie. Miało by to sens, gdyby na obojętnym tle pojawiała się nazwa dnia tygodnia i w tym czasie wysłuchiwali byśmy odnośnego fragmentu utworu. Problem w tym, że to nie są fragmenty krótkie. 

Wszystko na nic. Zatrudniono Stanisława Radwana. Obejrzeliśmy razem film, ustaliliśmy w których miejscach ma być muzyka i co chcemy w ten sposób osiągnąć. On wybrał potrzebne fragmenty z Pasji Bacha, coś do tego dopisał, przerobił i pod koniec czerwca zrobiliśmy pod jego batutą nagranie z udziałem Orkiestry Opery Kameralnej. Było to przedsięwzięcie wyjątkowo trudne, a całość organizowaliśmy we dwójkę z mężem, jako Sonoria. Nagranie odbywało się w nocy, w kościele na Rynku Nowego Miasta (potrzebowaliśmy dobre organy i ciszę). Mogliśmy rozpocząć instalację po ostatniej mszy. Trzeba było zapewnić orkiestrze pulpity, krzesła (wypożyczone z Opery Kameralnej) i oświetlenie (filmowy agregat), podest z pulpitem i światłem dla dyrygenta oraz kontakt wzrokowy (kamera i telewizorek) organisty z dyrygentem. Przywieźliśmy też, filmowe dywany i koce, aby kościół chociaż lekko wygłuszyć. Nagranie realizował DUX (Małgosia Polańska i Lech Tołwiński). Rezydowali w zakrystii, ale także dostarczaliśmy im prąd. Kończyliśmy, kiedy było już jasno. W osobowym samochodzie zorganizowaliśmy kasę, bo nikt nie miał jeszcze konta, a orkiestra po południu wylatywała na jakieś koncerty i przed wakacjami trzeba było się rozliczyć. Pod kościołem zameldowały się samochody Opery, które od razu zabrały część instrumentów na lotnisko, a krzesła i pulpity do magazynu, a pozostałe rekwizyty zabrała nasza ekipa techniczna i ekipa DUX. Całość zlikwidowaliśmy dokładnie przed poranną mszą. Trudno było uwierzyć, że się udało, ale to był dopiero początek. Stanisław Radwan zabrał kopię nagrania do Krakowa, gdzie miały się odbyć różnego rodzaju dogrywki i przetworzenia, a na montaż umówiliśmy się pod koniec sierpnia. 

Na analogowym stole montażowym trudno podejmować decyzje estetyczne, bo jest trochę głośno i poza dialogami i muzyką nic się nie mieści, a więc muzyka wylądowała w miejscach jakie były zaplanowane. Panowie (reżyser i kompozytor) w świetnych nastrojach rozmawiali o wakacjach (kompozytor był opalony na czekoladowo). Wszystko zgadzało się tematami i czasem trwania (jak kto woli długością), a więc z tak przygotowanym materiałem udaliśmy się na salę synchronizacyjna, aby obejrzeć podłożoną muzykę z resztą dźwięku i filmem. Wajda z operatorem dźwięku od tygodnia zgrywali film bez muzyki (nawet jej nie słysząc) i nie przewidując jaka będzie (bo skąd). Projekcja nie trwała długo i była najlepszą ilustracją tego co przewidywałam. Albo muzyka, albo dialog. Albo muzyka, albo efekty dźwiękowe. Kakofonia nie do zniesienia. Całe zgranie można było wyrzucić do kosza. Dramat napisów początkowych opowiada już wszystko, co chcemy pokazać. Z taką muzyką filmu nie ma. Jak kto lubi może sobie zamiast tego posłuchać Bacha. Mogła bym powiedzieć, a nie mówiłam, ale było to pyrrusowe zwycięstwo, bo wszystkie konsekwencje dopadły mnie. Niestety często jest tak, że w przypadku klęski brakuje ojców, ale zawsze trzeba znaleźć ofiarnego kozła i takim kozłem stał się Krzysztof Grabowski. Myślę, że z ulgą opuścił całe towarzystwo, ale ja musiałam zostać. Kolejna projekcja (bez kompozytora i operatora dźwięku), z udziałem Andrzeja Wajdy, Lwa Rywina, Pawła Poppe, Michała Szczerbica, Kuby Morgensterna, oraz montażystek (Wanda Zemann i Małgosia Rodowicz) i mnie, a potem wielogodzinna burza mózgów. Wyszło z tego, że najsprawniej i najprościej będzie, jeżeli ja przejmę udźwiękowienie (znakomicie znam materiał i już się z nim trochę mierzyłam), czyli zrealizuję ustalone właśnie wspólnie, liczne modyfikacje w materiałach dźwiękowych i przygotuję taśmy do montażu dźwięku, a Małgosia to na nowo wszystko zmontuje. W tym czasie ja zabiorę się za muzykę, czyli posługując się obrazem przepisanym za straszne wtedy pieniądze (800 zł) na VHS i swoją fonoteką, która wtedy działała u mnie w mieszkaniu (ale za to vis’a vis WFDiF) i liczyła 300 – 500 płyt nie więcej, mam zrobić opracowanie muzyczne do całego filmu. Oczywiście tak, żeby wyglądało jak komponowana muzyka. 

Trwało to ok. 3 tygodni, a nad moją skołataną głową lądowali co chwilę wszyscy święci. Kawa, herbata, woda, może herbatniczka? I tak 24h, bo każdy chciał wiedzieć jak mi idzie. Potem dwa dni ostrego montażu muzyki (sobota, niedziela) i projekcja materiałów gotowych do zgrania dźwięku (poniedziałek). Tym razem poszło dobrze, a więc tylko dwie zeszytowe kartki uwag, głównie dotyczących zgrania i chociaż początkowo miał prowadzić zgranie Kuba Morgenstern, zapada decyzja, że to ja wystąpię jako Zosia Samosia. Pan Andrzej musi zostać, bo zaczynają się zdjęcia do kolejnego filmu. Nikt nie planował tylu tygodni opóźnienia. Produkcja rzuca się do załatwianie odprawy warunkowej i dokumentów dla dwóch osobowych samochodów. Mamy ponad 120 dużych i ciężkich metalowych pudełek. Z pierwszą partią, jeszcze tego samego dnia po południu wyjeżdża Maciek Skalski VW Passatem, a ja idę spać a następnego dnia rano z Małgosią ruszamy z drugą partią pudeł. 

Trasa jest trudna, dokuczają nam głębokie koleiny (kto dziś o nich pamięta), a wszystkie ciężarówki twierdzą, że je oślepiam, bo samochód prawie ciągnie tyłem po jezdni z przeładowania. Dojeżdżamy do granicy i tu okazuje się, że kolejka tirów do odprawy ma ok. dwa dni. Nie mamy nic do stracenia. Dwie dziewczyny w osobowym samochodzie, to przecież nie jest tir, a więc bezczelnie przepychamy się do budki celnika (okienko na wysokości 1 piętra) i ja z kompletem dokumentów wchodzę do biura po wąskich jak drabinka schodkach.  

– Co pani tu robi? – Muszę zrobić odprawę warunkową – Mogła pani podać dokumenty z szoferki. – Chyba nie. Bo ja nie ma szoferki – To czym pani tu przyjechała? – Tym małym czerwonym – I oni panią wpuścili? – Chyba się nie zorientowali, że ja to też tir, a ja mam zgranie filmu Andrzeja Wajdy w Berlinie i muszę tam być za trzy godziny. Materiały wiozę – Ma to pani zaplombowane? – Nie. Mam w bagażniku i na tylnym siedzeniu, pod przednimi i gdzie się tylko zmieściło.

Panowie śmieją się do rozpuku. Dwie klasyczne blondynki. Podbijają dokumenty i tylko wychodzą zobaczyć jak wygląda to moje zapakowanie. Rzeczywiście interesująco – A teraz to uciekajcie.

Zgranie zaczynamy we wtorek, prosto po podróży, w nocy. Czeka na nas herbata i kanapki. W końcu koło drugiej łokcie zaczynają mi się rozjeżdżać na konsolecie, ale materiał jest obejrzany, a my z operatorem niemieckim Kurtem, wiemy co mamy zrobić. Studio jest bardzo duże, a wystrojem przypomina, nieistniejące kino Przyjaźń. Po bokach kolumnada, jak w trzynawowym kościele. Pracujemy na automatycznej konsolecie Harrison i jest to pierwsze takie moje doświadczenie. Stół ma ok. 7-8 m., a my poruszamy się przy nim jak recepcjonista z filmu Play time Tatiego. Na powitanie stół wyświetla zamiast mierników komunikat: Margareta. You are Wellcome In Babelsberg Studio. Niemcy stosują równolegle technologię analogową i cyfrową. Tłumaczą, że minie kilka lat zanim bezboleśnie wygaszą produkcję główek magnetycznych, stołów montażowych, magnetofonów i taśmy dźwiękowej.

Mnie interesuje fonoteka. Okazuje się, że powstaje część nowa, cyfrowa, ale ciągle korzystają z tych starych taśm. Pracowicie spisuję nazwy programów, z których korzystają w części cyfrowej, a najbardziej rozbawia mnie efekt cisza na szczycie imienia Hoffmana. Hoffman to nie nazwa góry, ale nazwisko operatora, który przekazał efekt do fonoteki. Ja w końcu całe lata miałam kabel imienia Znyka (z zapałką, do Nagry).

Oba samochody zostają w Studio. Do hotelu jedziemy autem Wojtka. To nasz Berliński opiekun. Mieszkamy w Savoyu. Tej nocy czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Na mój widok nocny portier podrywa się i woła:

jak dobrze, że Pani przyjechała, bo ja mam tu jakieś faxy dla Pani i już się martwiłem. – A Pan mnie zna? ja tu jestem pierwszy raz w życiu. – Śmieje się.

Tak sobie wymyślił. Fax czeka na kobietę, która się jeszcze nie zameldowała, a brakuje tylko nas dwóch no i padło na mnie. Rzeczywiście to jest list od kierownika innego filmu, któremu powiedziano w WFDiF, że na dwa tygodnie znikam w Berlinie, a telefonów komórkowych jeszcze nie wynaleziono, więc pisze co mnie czeka po powrocie.

Pracujemy nocami (do oporu, czyli rozjeżdżających się łokci) przez blisko dwa tygodnie, śpimy długo, w ostatniej chwili zjadamy hotelowe śniadanie, czasem coś zwiedzamy lub oglądamy sklepy, a tuż przed wyjazdem do Poczdamu jemy obiad u pobliskiego Chińczyka. Trafiamy tu pierwszego dnia i nic nie możemy już zmienić. Nasz Chińczyk urodził się w Łodzi i z rodzicami emigrował do Niemiec. Gotuje dla nas różne smakołyki, płacimy połowę, albo dostajemy ekstra desery. Za to codziennie może sobie z nami pogadać po polsku. – Cześć. Jak się masz? Co jesz? Co pijesz? Pod Poczdamem przejeżdżamy przez szeroki pas ziemi niczyjej, pozostałość po dawnej granicy. Także Poczdam to jeszcze enerdowskie miasto. Inna atrakcja to wizyty w enerdowskich sklepach, czyli takich, którym kazano zatrudnić pracowników z dawnego NRD. Jest brudno, bałagan (polski GS), a obsługa jest niegrzeczna i niechętna do pomocy. Podobno, taki enerdowiec musiałby kogoś zabić, żeby pozwolili go zwolnić. Niemcy nie mogą się nadziwić, że przez niespełna 40 lat doszło do takiej demoralizacji tej części narodu. Próbują się integrować, ale wychodzi kwadratowo. Odkrywają też, że za wysyłane do NRD pieniądze wcale nie dbano o drogi, czy domy i wszystko jest totalnym upadku.

Okazuje się, że Pan Andrzej nie przyjedzie przyjąć naszej roboty. Zdaje się na mnie, a ja umieram ze strachu, bo to trochę dużo, jak na jednego człowieka, który nagle musi zastąpić wszystkich. Film zobaczy dopiero na festiwalu filmowym w Berlinie, gdzie odbierze nagrodę z osiągnięcia życia. Film bardzo się na festiwalu podoba, a ja uzyskuję pochwałę. Dobre i to. Wracamy zgodnie z instrukcją Niemców przez nowo otwarte przejście dla samochodów do 3,5 ton i jesteśmy same na całej granicy. Aby tam dojechać musimy zwiedzić enerdowską część Berlina. To także duże przeżycie. Najpierw długo jedziemy po betonowych płytach przez księżycowy krajobraz. To dawny pas ziemi niczyjej, ale także miejsca wyburzania rakotwórczych bloków z wielkiej płyty. Nagle zmieniają się ulice i wszystko wygląda jak Polska z lat 70 lub początku 80., a po ulicy jeżdżą trabanty, wartburgi i stare rozpadające się WV i mercedesy. Tę część miasta opuszczamy z ulgą.

Jaka była muzyka, którą wybrałam zamiast Pasji J.S.Bacha? Niesamodzielna, mało wpadająca w ucho, bez melodii. Nastawiona na podbudowywanie nastroju, prowadzenie i tłumaczenie wątków. Rozpoznawalna przez barwę i współbrzmienia. Ten film jest bardzo dramatyczny i emocjonalny. Bardzo wiele jest dialogów i one niosą główną treść. Nie należy ich zagłuszać. Dlatego także w dźwięku stonowałam atmosfery i nadmiar rozpraszających elementów. Film stał się bardziej ascetyczny.

Close Menu