Zima stulecia

Zima stulecia

Zima stulecia to hasło, które pojawia się co kilka lat prognozując lub opisując najzimniejszą i najbardziej dotkliwą zimę ever… . Określenie stulecia ma sugerować, że już ze 100 lat takiego kataklizmu nie było. Anomalie opisywane jako stuletnie to także bogactwo śniegu i czas jego zalegania i w ogóle wyjątkowa długość tej pory roku. Ale czy to prawda? Po pierwsze o temperaturach możemy mówić dopiero od kiedy wymyślono termometry, bo przedtem było: ciepło, zimno, albo, chyba zimniej i już.

Pierwszy przyrząd do oceny temperatury podobno skonstruował Filon z Bizancjum w III w. p.n.e. Był pisarzem, ale i mechanikiem, autorem 9 tomowego dzieła pod takim właśnie tytułem – Mechanik. Opisuje w nim różne pożyteczne rzeczy, takie jak budowę katapulty, koła wodnego czy fortecy. Mógł więc za jednym zamachem opisać też termometr, który wynalazł, jak wieść gminna niesie w 210 r. p.n.e.

Przyrząd mierzący temperaturę otoczenia skonstruował też Galileusz. Wykorzystał Prawo Archimedesa i wiedzę o zależności gęstości cieczy od jej temperatury i tak powstał termoskop, dziś popularny gadżet. Jeżeli mamy kolorowe ciało o odpowiednio dobranej masie, to zależnie od temperatury będzie w tej samej cieczy pływać z różnym zanurzeniem, a nawet tonąć i dzięki jego barwności będzie to bardzo widowiskowy pomiar.

Pierwszy precyzyjny termometr powstał dopiero w XVIII w. i jego konstruktorem jest fizyk i inżynier Gabriel Fahrenheit. Większość życia spędził w Niderlandach, zmarł w Hadze, ale urodził się w Gdańsku. Ma nawet ulicę we Wrzeszczu i dziedziniec na Politechnice Gdańskiej oraz tramwaj o nr bocznym 1015. Był synem niemieckiego przemysłowca i przedsiębiorcy. Nauczał w Amsterdamie chemii, a żył z konstruowania termometrów, barometrów i wysokościomierzy. Odkrył zależność temperatury wrzenia wody od ciśnienia.

Jego termometr oznaczał temperaturę dzięki wskazaniom rozszerzającej się i kurczącej rtęci. Opracował też specjalną skalę (1724) nazwaną jego imieniem (˚F). Była używana w krajach imperialnych do połowy XX w., a i dziś bywa używana np. w USA, Kanadzie, Kajmanach, Bahamach, czy Belize. Wyparła ją skala Andersa Celcjusza w której 0˚ oznacza temperaturę topnienia lodu, a to z kolei jest równe 32˚F. U Celcjusza woda wrze w temperaturze 100˚, lub w 212˚F. Krąży też fantastyczna opowieść, że 0 °F zostało wyznaczone jako najniższa temperatura, jaką zanotowano w czasie zimy stulecia 1708/1709 w Gdańsku.

Anders Celcjusz opracował swoją skalę w 1742 r. i początkowo za 0˚ przyjął wrzenie wody, a za 100˚ temperaturę jej zamarzania. Ostatecznie po dyskusjach naukowych skalę przyjęto, ale odwrócono. Był szwedzkim fizykiem i astronomem. Urodził się w Upsali, w rodzinie uczonych i sam został profesorem w wieku 29 lat. Uczestniczył we francuskiej wyprawie badającej spłaszczenie Ziemi na biegunach, a po powrocie doprowadził do budowy pierwszego szwedzkiego obserwatorium astronomicznego.

Jako pierwszy zajmował się zorzami polarnymi i stwierdził ich magnetyczne pochodzenie. Opisał ok. 300 gwiazd. Był zwolennikiem wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego, a doszło do tego 11 dni po jego śmierci. Przyjaźnił się z Karolem Linneuszem i producentem naukowych przyrządów Danielem Ekströmem.

Zależnie od temperatury, którą chcemy mierzyć potrzebne są różne termometry: rtęciowy (pomiar od – 38 w której rtęć się topi do +356˚C w której rtęć wrze), alkoholowy (pomiar od -70 do +20˚C). Są też termometry oparte o inne ciecze, a także gazy oraz nowoczesne urządzenia wykorzystujące półprzewodniki, magnetyzm, czy promieniowanie.

Znana jest i stosowana jeszcze jedna skala. Jej jednostką jest kelwin (K), nie używa się pojęcia stopnia, a 0 kelwinów oznacza najniższą możliwą temperaturę, jaką może mieć ciało. Inaczej jest to temperatura w której zanika wszelkie drganie cząsteczek. Funkcję opracował, irlandzki matematyk i przyrodnik, a właściwie fizyk, żyjący w XIX w., William Thomson lord Kelvin i na jego cześć powstała jednostka. Nie jest on też dziadkiem, ani wujem najsłynniejszego Kevina, który został sam w domu. Jego ojciec był matematykiem i inżynierem. Studiował w Glasgow i Cambridge. Wykładał w Glasgow i tam dokonywał licznych wynalazków dotyczących ciepła. 0 kelwinów odpowiada -273,15˚C.

O wyjątkowych zimach możemy opowiadać niestety właściwie tylko w XX w. Wcześniej brakuje miarodajnych pomiarów i opisów. Są też zimy, które dają się we znaki tylko w wybranych miejscach, a więc narzekania jednych nie spotykają się ze zrozumieniem innych. Podobno w 2013 r. na Antarktydzie udało się dokonać pomiaru wg którego było -94,7˚C, ale trudno to zweryfikować, bo zaludnienie w tej części globu jest niezauważalne. Na terenach gdzie ludzie mieszkają, a normalne temperatury zimowe to -30 do -40˚C, za ekstremalne uważa się temperatury w okolicach – 60˚C i istnieje taka wieś na Syberii-Ojmiakon, gdzie w 1926 r. było – 71˚C. Za najzimniejsze miasto świata uchodzi Jakuck. Zimowa norma do temperatury poniżej -30˚C, ale rekord jest znacznie bardziej okazały i wynosi -64,6˚C.

W północnej Szwecji powszechnie znana jest z zimna Kiruna. Nigdy tam nie dotarłam (byłam 1000 km niżej), ale już u nas temperatury wzbudzały szacunek. W lato stulecie (1974), kiedy w Sztokholmie topił się asfalt (+35˚C) u nas najwyższą temperaturą było +15˚C i to w bardzo słoneczne południe, a w poranki witały nas niezmiennie minusowe temperatury. W Kirinie – 48˚C w zimie to norma, a za rekord w XX w. uchodzi skromne -53˚C. Na Alasce w 1971 r. było -62˚C. W Kanadzie 24 lata wcześniej (zima 1939/40) podobnie -63˚C. Południowa półkula Ziemi uchodzi za bardziej przyjazną człowiekowi i tam jest cieplej, a za wyjątkowe mrozy uznaje się okolice – 30˚C.

Wiele źródeł podaje, że wyjątkowo mroźny był luty 1929 r. Przynajmniej w Polsce. W wielu miejscowościach były dni, a raczej noce, kiedy temperatura spadała poniżej 40 stopni. Pękały szyny, a więc nie docierał węgiel. Pękały wodociągi i brakowało wody. Zamarzła Zatoka Gdańska i utknęły w lodach statki. Było też dużo śniegu. Nad Morskim Okiem jeszcze w kwietniu leżały blisko 3 metrowe zaspy, ale w normalne zimy w Kirunie zaspy standardowe miewają i 8 metrów. Moi dziadkowie opowiadali o wyjątkowej zimie 1939/40 r. Wiele też czyta się takich relacji. Z badań wynika, że była to zima typowa, a jej groza łączyła się pewnie z przeżyciami pierwszych miesięcy wojny. Braku opału, ciepłych ubrań, żywności, poniewierka i strach o jutro.

Natomiast świetnie pamiętam zimę 1962/63 r. W szkole, od razu na początku popękały rury centralnego ogrzewania i mieliśmy trzy miesiące zimowych wakacji. Naprawdę groźne były styczeń oraz luty i wtedy zamykano wszystkie szkoły, a więc kwitło życie towarzyskie na całej klatce schodowej. Chodziliśmy razem na łyżwy, bo lodowisko było po drugiej stronie ulicy, ale bardzo szybko z zimna trzeba było uciekać. Na własne oczy widziałam też jak pękł przewód trakcji tramwajowej i iskrzący jego koniec dosłownie tańczył po jezdni. Na szczęście nikomu nie zrobił krzywdy.

Prawdziwa zima stulecia nawiedziła nas na pewno na przełomie 1978/1979 r. Zaczęło się w Sylwestra, z którego wszyscy wracaliśmy przez pół następnego dnia i głównie piechotą, ale potem było jeszcze gorzej. Największym dramatem tej zimy był wybuch gazu (15.02.1979) pod Rotundą PKO na skrzyżowaniu al. Jerozolimskich i ul. Marszałkowskiej w Warszawie. Zginęło prawie 50 osób, bo w budynku była I zmiana, która właśnie pracę kończyła i II zmiana, która już do pracy przyszła. Razem z klientami blisko 200 osób. Zapadły się wszystkie kondygnacje budynku, a dodatkowym zabójcą okazały się wielkie tafle szkła, które stanowiły jego ściany.

Tego samego dnia odcięło od cywilizacji ekipę filmu Henryka Bielskiego Gwiazdy poranne. Na szczęście w miejscowości (chyba Sokołów) w okolicach Siedlec, która miała masarnię, więc z głodu nie umarli. Natomiast zamarzły na kość pozostawione w samochodach, a kupione z nakładem sił i środków na wsi kurze jaja, a powodem odcięcia były ekstremalne opady śniegu. Ekipa wyjechała jak co dzień na zdjęcia, ale kontakt się z nią urwał. Całą i zdrową blisko setkę ludzi odnaleziono po 38 godzinach. Na tym planie był mój mąż i mąż mojej przyjaciółki, a więc informacja była dla nas mocno stresująca.

Podobno nadeszła taka śnieżyca, że utknęły samochody. Ludzie uciekli pieszo, a komu się udało zabrał coś ze sprzętu. Dźwięk ocalił Nagrę i mikrofony. Nie wiem jak, ale udało się tej pielgrzymce dotrzeć do stacji kolejowej, gdzie znaleźli bezpieczne schronienie w pociągu. Niestety pociąg nigdzie nie mógł pojechać, bo tory też pozasypywało. Tyle, że było ciepło, no i znalazło się jakieś jedzenie i ciepłe napoje. Aktorzy nie dotarli do Warszawy na spektakle i przed płaceniem wysokich kar uratował produkcję filmu tragiczny wybuch oraz ogłoszona żałoba narodowa.

W końcu kolejarzom udało się odczyścić jakąś mocno okrężną trasę przez Siedlce, skąd tych których można było wysłano do Warszawy, a resztę dostarczono po 38 godzinach do odciętego od świata Sokołowa. Czekano na odczyszczenie lub stopienie się śniegu na drodze, na której porzucono sprzęt i samochody, ale szanse były nikłe, bo była to droga boczna. Znowu pomogło czyjeś nieszczęście. Jedna z ofiar wybuchu w rotundzie pochodziła z tej okolicy i aby wyprawić jej państwowy pogrzeb, trzeba było odczyścić dojazd do wsi, a przy okazji wykopano filmowców.

Był działający telefon, tyle, że zamawiało się rozmowy przez telefonistkę i czekało godzinę czy dwie. Mój mąż meldował się u moich rodziców w Warszawie, bo ja po kilku dniach byłam już uziemiona w Łodzi, którą odcięło od Warszawy. To był zaledwie kilkudziesięciometrowy odcinek, ale zaspy miały wysokość słupów telegraficznych. Przejeżdżałam jako jedna z pierwszych tym tunelem, bo wiozłam niezbędne materiały do zgrania filmu Lekcja martwego języka (reż. J. Majewski), więc musiałam dotrzeć jak najszybciej. Także dzwoniłam do rodziców do Warszawy i przez nich komunikowałam się z mężem.

My byliśmy w trakcie przeprowadzki i remontu otrzymanego z odzysku mieszkania. W końcu akcją dowodził mój tata, a my po powrocie mogliśmy tylko podziękować, pochwalić i jakoś po swojemu cichutko pozmieniać. Ale cóż było robić. Nie było nas obojga, a puste mieszkania padały łupem dzikich lokatorów, których potem nie można było wyprowadzić, więc dobytek trzeba było zwozić natychmiast. Od początku na środku pokoju stała pralka, bo wtedy, to już nie był pustostan.