O montażu przy kawie – Agnieszka Bojanowska

O montażu przy kawie – Agnieszka Bojanowska
zdjęcie: SFP

O tym, że o zawodach filmowych brakuje fachowej literatury, wiemy wszyscy. Lukę, tłumacząc zagraniczne i wydając polskie książki, wypełnia Wydawnictwo Wojciech Marzec (także mój wydawca). Ale nawet gdybyśmy wszyscy dużo czytali, nakłady książek fachowych, są niewielkie, bo to zamknięte środowisko. Dla dźwiękowców, ratunkiem niegdyś było audiologos.pl, ale braki w naszych bibliotekach dalej przypominają szwajcarski ser.

Aby obraz danej dziedziny był pełny potrzebne są książki różnego kalibru: od rozważań naukowców i teoretyków, przez dzieła popularno-naukowe, zarówno te omawiające sprawy totalnie, jak i prace przyczynkowe, podręczniki dla zaawansowanych na różnym poziomie, aż po utwory lżejsze – wspomnienia, wywiady, felietony, zarówno w prasie fachowej jak i popularnych periodykach. Nam brakuje wszystkiego, a więc każda, nawet najmniejsza publikacja, cieszy.

W dziedzinie montażu, niezmiennie biblią jest Technika montażu filmowego Karla Reisza i (od 2 wydania) Gavina Millarda. Fakt, że pochodzi z początku lat 50. XX w. tylko potwierdza to co napisałam powyżej. Długo posiłkowaliśmy się pożółkłymi egzemplarzami i ich kserokopiami. W 2014 r. książkę na nowo przetłumaczono i wydano, a więc od tej pory możemy spać spokojnie, bo egzemplarzy przybywa, a wznowienia pojawiają się regularnie, gdy tylko poprzedni nakład się kończy.

Czy warto czytać taką ramotę? Na stronie Polskiego Stowarzyszenia Montażystów (psm.org.pl), jest odpowiedź, która do mnie trafia całkowicie: Co ciekawe, w tym samym roku, w którym Avid otrzymał Nagrodę Akademii za wkład w rozwój filmu, Michael Kahn wygrał Oscara za montaż „Szeregowca Ryana”. Film ten w całości zmontował na standardowym stole montażowym firmy Movieola. Potwierdza to, że wyścig wygrywa nie tyle najszybszy samochód, co najlepszy kierowca. Bo technologia to narzędzia, a podstawą zawsze jest człowiek (editor), jego sposób myślenia, konstruowania modeli, tworzenia struktur i własnego języka opowieści, wspartego przez określone zasady, a te pozostają niezmienne, choć ulegają ciągłemu rozwojowi.

Na szczęście pojawiają się również inne, znacznie lżejsze pozycje, takie jak W mgnieniu oka. Sztuka montażu filmowego – Waltera Murcha (Wydawnictwo Wojciech Marzec, 2006). I nasza rodzima produkcja O montażu przy kawie – Pawła Makowskiego (Ridero, 2017), do której wracam regularnie (na co liczył autor). To rozmowy z wybitnymi montażystami, reprezentującymi różne pokolenia i techniki montażu, różne sposoby myślenia, wybierania i porządkowania materiału, opracowywania go i układania w całościową wypowiedź filmową.

Dla mnie ta książeczka okazała się podróżą sentymentalną, bo większość osób, z którymi prowadzone są rozmowy jest mi dobrze znana. Pracowaliśmy lub nadal pracujemy razem, kolegujemy się, przyjaźnimy, a wtedy zawsze jest co wspominać. Jest to także okazja do pomyślenia o tych, których pominięto, nie udało się namówić na rozmowę, albo już odeszli.
Agnieszkę Bojanowską znałam od zawsze. Mieszkałyśmy po dwóch stronach Alei Zjednoczenia, na warszawskich Bielanach. Agnieszka w przedwojennej kamiennicy, a moi rodzice w nowo wybudowanym bloku. Jestem rówieśniczką jej córki. Mieszkałam w tym miejscu 23 lata, a przez bliskie sąsiedztwo widywałyśmy się na spacerach w AWF, lasku bielańskim, jordanku na Cegłowskiej, okolicznych sklepach, tramwajach i autobusach. Rozpoznałyśmy się w WFDiF.

Zaczęłam pracę w Wytwórni w 1976 r., ale przez pierwsze lata Agnieszki nigdy nie spotkałam. Jeździłam na zdjęcia dokumentalne i asystowałam przy dźwięku do fabuł, których Agnieszka wtedy jeszcze nie montowała. Wszystko zmieniło się, gdy rozpoczęłam pracę w montażowni dźwięku. Pracowałyśmy w tym samym wydziale i w tym samym budynku. Ja mieszkałam na ulicy Przybyszewskiego, a Agnieszka na Płatniczej, przy placu Konfederacji. Znowu byłyśmy sąsiadkami, spotykałyśmy się w sklepach i autobusach, tylko teraz byłyśmy tej znajomości świadome.
Zaczęłyśmy razem pracować już w 1981 r. od fabuły Yokohama, w reżyserii Pawła Kuczyńskiego. To był debiut i wcale niełatwy, a więc z uwagą obserwowałam pracę Agnieszki, która prowadziła młodego twórcę po mistrzowsku. Wszyscy staraliśmy się pomagać, bo film był bardzo ładny, a reżyser sympatyczny i pracowało się super. Namówiłam do współpracy Jerzego Dudusia Matuszkiewicza, więc było jeszcze lepiej. Dodatkowo zajęłam się nieoczywistymi efektami dźwiękowymi, co dziś nazwalibyśmy sound design (termin jeszcze nie był znany), które wymyśliłam, zrobiłam i zmontowałam. W ten sposób wspomogłam operatora dźwięku Rysia Krupę i montażownię obrazu, która wtedy montowała dźwięk do filmów fabularnych.

Pamiętam kolację, którą na naszą cześć przygotowała mama Pawła Kuczyńskiego, w takiej starej kamiennicy, na górnym Mokotowie. Było mnóstwo żartów, śmiechu. Taką roześmianą, gestykulującą i rozgadaną Agnieszkę pamiętam. A zresztą ona dla mnie była taka zawsze. Wracałyśmy razem w znakomitych humorach moim samochodem. To był koniec lata naszej wolności. Nikt nie przypuszczał, jak szybko ta wolność się skończy.
Agnieszka była ładną i przystojną kobietą. Chodziła ubrana prosto i skromnie, ale miała charakter i charyzmę, która powodowała, że nie dało się jej nie zauważyć. Konkretna, szybka w decyzjach, sprawna technicznie i organizacyjnie. Jej pierwszym zawodem była fotografia i czuło się ten plastyczny zmysł. Była ciekawa świata. Miała szerokie zainteresowania i ogólną wiedzę z wielu dziedzin. Czytała, chodziła do teatru, filharmonii, opery, muzeów. Często o tym rozmawiałyśmy i chyba nikt inny tak bardzo nie chłonął różnorodnych wydarzeń kulturalnych. To także czuło się w filmach, które montowała. Była otwarta i nowoczesna. Odkąd zachorowała na płuca, mówiła z takim specyficznym świszczeniem i to też ją wyróżniało. Potrafiła być apodyktyczna, ale też znakomicie ogarniała niezdecydowanych i rozmemłanych reżyserów. Mnie się to podobało, a może nawet trochę imponowało, że mam taką koleżankę.

W 1983 r. pracowałyśmy przy filmie złożonym z teledysków. Telewizja pokazywała całe bloki muzyczne oparte na popularnych piosenkach, miniaturach muzycznych czy scenach baletowych. To były Kwiaty Polskie w reżyserii Stefana Mroczkowskiego. Agnieszka była w montażu muzycznych scenek niezrównana (opowiada w wywiadzie skąd jej się to wzięło), a dla mnie były to rewelacyjne warsztaty. Teoria, a nawet praktyka była mi znana, ale nie w takiej dawce.

Montaż synchroniczny z muzyką był w technice analogowej bardzo skomplikowany. Nagranie omawialiśmy z reżyserem i operatorem obrazu. Wspólnie planowaliśmy, który fragment piosenki będzie akompaniamentem do jakiego ujęcia. Według tych ustaleń cięłam nagranie na małe fragmenty, a właściwie cięłam dwa nagrania, bo z przodu i z tyłu każdej cząstki, musiałam pozostawić zakładki, żebyśmy na pewno do każdej nuty mieli nakręcony obraz. Dla pewności więc, fragmenty graniczące z planowaną sklejka w obrazie rejestrowało się w obu ujęciach.
Taśma światłoczuła była droga, mieliśmy jej mało, czyli trzeba było ją zużyć jak najoszczędniej i najrozsądniej. Z przodu fragmentu doklejałam zapowiedź: uwaga playback raz dwa trzy cztery. To pomagało muzykom i tancerzom dobrze zacząć, a na trzy robiono klaps. Tego co odtwarzano na planie nie rejestrowano. Podstawą do zdjęć były moje notatki, a do montażu notatki moje i sekretarki planu.

Materiał synchronizowałam, rysując na taśmie magnetycznej całego utworu miejsca, w których wypadały klapsy poszczególnych ujęć. Na tej podstawie wszystkie taśmy opisywał asystent Agnieszki. Praca była żmudna i musieliśmy być wszyscy dokładni, bo przy tej technologii, każdy błąd się multiplikował i było trudno potem dojść z taką układanką do ładu. Bardzo mi się ten trening przydał. Prawie równocześnie robiłyśmy Lata dwudzieste… lata trzydzieste… Janusza Rzeszewskiego, a kilka lat później Misję specjalną (1987). Reżyser znał Agnieszkę z pracy przy teledyskach, a ona czuła się bezpiecznie, mając za plecami mnie.

Reżyser świetnie radził sobie z realizacją scen muzycznych (wzorowanych na telewizyjnych show), natomiast w części fabularnej ratowała nas pomysłowość i inwencja Agnieszki. Materiału było mało, były braki. Lat dwudziestych… dotyczy także opowiadanie o wykorzystaniu wszystkich nakręconych dubli. Tym razem na szczęście materiału było dużo, ale trochę dlatego, że nie spełniał oczekiwań, a więc realizowano różne warianty. Siedziałam na planie opiekując się playbackami, więc pamiętam. Ten wariacki montaż, o którym Agnieszka opowiada, bardzo podniósł atrakcyjność, bladego dość na tle występu Ewy Kuklińskiej, finału, a wszystko w ścisłej korelacji z playbackami.

Najbardziej owocne we wspólnej pracy były lata 1988 i 89. Powstały wtedy Męskie sprawy Jana Kidawy Błońskiego i także śmiałe montaże, które bardzo urozmaiciły i przyspieszyły akcję klasycznie nakręconego obrazu. Potem Przyjaciel wesołego diabła i serial na jego podstawie Bliskie spotkania z wesołym diabłem (Jerzy Łukaszewicz). Film był niezwykle trudny i w pewien sposób nowatorski dla nas obu. Reżyser był przede wszystkim operatorem, a wykorzystanie raczkujących wtedy tricków było dużym wyzwaniem.

Muzykę napisał, przebywający w Kuwejcie, Marek Biliński. Była pomysłowa, ale wymagała kompilacji i mrówczej roboty montażowej, wspomagającej niedoskonałe efekty w obrazie. Montowałam, posuwając się o kilka, czasem kilkanaście minut ekranowych każdego dnia, co chwila dopisując brakujące fragmenty. Kierownik produkcji nie mógł uwierzyć, że tak marudzę i zużywam tyle taśmy, więc go zaprosiłam na jedno popołudnie do montażowni. Po kilku godzinach uznał, że już rozumie, bardzo mu się podoba to, co robimy, ale on by przy takiej pracy zwariował. Na szczęście efekt był dla wszystkich znakomity, a przede wszystkim zachwyciliśmy dzieci, co proste nie jest.

Od 1989 r. obie co raz więcej pracowałyśmy poza WFDiF. Agnieszka miała swój stół montażowy, ja spędzałam czas w ITI. Ale spotykałyśmy się regularnie. W pracy na Ordynackiej w studio Besta, a prywatnie… vis-à-vis jej domu było wejście do przedszkola, do którego uczęszczał mój syn. Agnieszka wiedziała, kiedy go odbieram i często czekała na mnie przy furtce. Niezmiennie bawił ją młody człowiek (lat 3) wyjeżdżający rajdowo z przedszkola na swoim trójkółku. Bardzo przy tym warczał, a przede wszystkim manewrował rowerkiem jakby był to samochód. Zawracał, parkował i robił to z niesamowitą precyzją, wydając mi też mnóstwo niezrozumiałych dla postronnych poleceń (we własnym języku). Dwa lata później wyprowadziliśmy się na Dolny Mokotów i mój kontakt z Agnieszką ograniczył się do sporadycznych spotkań, ale zawsze witałyśmy się z radością.

Agnieszka Bojanowska – Filmpolski.pl