Urbanator

You are currently viewing Urbanator

Ciągle, po śmierci Michała Urbaniaka (20.12.2025), w mojej głowie brzmi saksofonowa solówka. Michał gra temat z Odjazdu (reż. Magdalena i Piotr Łazarkiewicz, 1991), bardziej znany jako muzyka z Długu (reż. Krzysztof Krauze, 1999) w którym ją ponownie wykorzystano. Przyniosła Michałowi nagrody na festiwalu w Gdyni, Jańcia Wodnika i nominację do Orłów. Muzyce towarzyszy nawracający obraz Wigilii z Długu. Może to Święta? A może też niedawno zmarły Maciek Karpiński w ten sposób pojawia się w mojej pamięci?

Może jest wśród słuchaczy niebiańskiej orkiestry, do której Michał właśnie dołączył? Potężna to formacja, powstała w ciągu ostatnich kilku lat. Ptaszyn Wróblewski, Zbyszek Namysłowski, Tomek Stańko, Zając Karolak, Gucio Dyląg. Już na nich tam czekali Tomasz Szukalski, Krzysztof Komeda, Andrzej Trzaskowski, Zbigniew Saifert, Andrzej Kurylewicz, Królik Kulpowicz… i jeszcze Duduś Matuszkiewicz i Witold Sobociński, jazzmani, którzy wybrali film. Na pewno słucha tej muzyki mój kochany Janusz Majewski.

Smutny to czas. Z Dorotką i Michałem byliśmy umówieni w restauracji Studio Buffo w środę. Michał poruszał się przy chodziku od ponad roku. Bardzo wolno wracał do zdrowia po operacji w Aninie. Ale wracał. Ożywiał się, gdy grał. Młodniał i było widać, że muzyka to sens jego życia. Bardzo łaknął kontaktów z ludźmi. Cieszył się na spotkanie i chciał się spotkać jak najszybciej. A i tak umówiliśmy się za późno. Przyszła sama Dosia. Kilka dni wcześniej Michał stracił przytomność w czasie spaceru i wylądował w szpitalu.

Przez godzinę z Januszem Stokłosą i naszą Granarową ekipą żartując i śmiejąc się piliśmy herbatę. Wspominaliśmy Karolaków, Magdę Umer, której pogrzeb czekał nas w piątek. Jak pięknie wykonała po śmierci Marysi, z Wojtka akompaniamentem The Man I Love, jedyną piosenkę, którą Czubaszek rozpoznawała. Nie wiedzieliśmy, że za chwilę i Michał stanie się czasem przeszłym. Powtarzaliśmy: zaraz z tego wyjdzie, nie z takich tarapatów wychodził…

Michał Urbaniak był niesamowitą postacią. Wieczny chłopiec. Roztargniony, bałaganiarz, nie zawsze odpowiedzialny, ale zawsze pełen pomysłów i pogody ducha. Pozytywnie nastawiony, serdeczny i życzliwy dla ludzi. Taki był. Za to go kochaliśmy i nadal kochamy. Akceptowaliśmy te wszystkie górki i dołki. Pomylone miejsca, daty, godziny, zgubione telefony. Czasem było trudno, ale wnosił do każdego przedsięwzięcia tę swoją niesamowitą i niepowtarzalną aurę i to była wartość, której od nikogo innego dostać nie można.

Uczył się w szkole muzycznej gry na skrzypcach, sam opanował grę na saksofonie. W jazzie pojawił się na przełomie lat 50/60. (jako licealista grał koncerty w łódzkich Siódemkach). W 1961 r. rozpoczął studia u prof. Tadeusza Wrońskiego w warszawskiej PWSM, zaczął poznawać warszawskich jazzmanów, z nimi koncertować i podróżować po świecie. Pod koniec lat 60. kilka lat spędził w Skandynawii. We wrześniu 1974 r. z Ulą Dudziak wyjechali do USA. Mało kto może pochwalić się tak wspaniałą karierą, sesjami nagraniowymi i koncertami z Milesem Davisem, ilością wydanych płyt. Wszyscy chcieli z nim grać i trudno się im dziwić.

Od 1986 r. zaczął pojawiać się w Polsce, a w latach 90. wrócił na stałe. Początkowo mieszkał w Łodzi, później w Warszawie. Pisał muzykę do filmów. Wikipedia podaje, że amerykańskich było 25. Trudno to zweryfikować. Na pewno były to produkcje niszowe i mało znane. Do polskich filmów napisał kilkanaście ilustracji, ale dużych filmów było zaledwie kilka, przy większości mu towarzyszyłam jako konsultant muzyczny. Nigdy nie było to jego stałe i ważne zajęcie. Koncerty i nagrania płytowe stanowiły główną wartość.

Pisywał nieregularnie, czasem w odstępach kilkuletnich. Różni reżyserzy, różne gatunki filmowe. Spotkaliśmy się w 1990 r. przy Odjeździe (produkcja polsko-niemiecka, Jerzy Hoffman) i Tak, tak (reż. Jacek Gąsiorowski, produkcja polsko-francuska, Lew Rywin). Muzyka powstawała w USA. Kontakt był utrudniony, ze względu na różnicę czasu, brak Internetu, telefonów komórkowych, ogólne roztargnienie i niezorganizowanie Michała, który miał nam dostarczyć gotowy produkt.

Dostał filmy na VHS oraz bardzo szczegółowe opisy co i do jakich scen chcielibyśmy dostać. Trudno było się dowiedzieć gdzie, w jakich warunkach i z jakimi ludźmi pracował. Pierwszy film nie zawiera w ogóle nazwisk muzyków, w drugim są, ale nie wiadomo, czy lista jest kompletna i czy w ogóle są to właśnie ci ludzie. Mieliśmy dokładne opisy dostać faxem (faxy już wynaleziono), ale do dziś żaden opis nie dotarł, a i faxów już nie ma.

Muzykę przesyłał na niedużych rolkach analogowej taśmy (tzw. radiowej) Fedexem. Pochodziła z różnych miejsc i sesji, bo różniło się brzmienie. Może były to nagrania wcześniejsze? Operatorzy dźwięku (Małgosia i Andrzej Lewandowscy, Mariusz Kuczyński) zgłaszali stuki, brumy, zacięcie. Po kilku dniach odwiedzał nas Fedex i było lepiej lub nie. Znowu dzwoniliśmy i czekaliśmy. Muzyki nie było mało, ale miała się nijak do naszych zamówień. Spędzaliśmy kolejne godziny wydzwaniając i tłumacząc, czego nam brakuje, bez większych rezultatów. Michał ginął, nie odbierał telefonów, budzony w środku nocy był nieprzytomny, albo nietrzeźwy.

W przypadku Odjazu, opowiadającego o losach ludności mazurskiej po II wojnie światowej, powszechnie znany temat (wykorzystany w Długu) był zaprojektowany wspaniale. Długi i ładnie przetwarzany. Brakowało np. tematu postaci granej przez Wojciecha Siemiona. Skrzypka, który chroniąc się przed powołaniem do wojska odcina sobie dłoń. Ostatecznie zbudowaliśmy taki jego znak rozpoznawczy z rzępolenia po pustych strunach, bo właściwej muzyki kompozytor nie dostarczył. Spowodowało to nawet ponowne zgranie fragmentów filmu.

Tak, tak był komedią, opowiadaną ze swadą i świetnie zagraną. Dostaliśmy dwa tematy, bardzo do siebie podobne, melodią, charakterem, sposobem zagrania i oba były krótkie. Miały mało przetworzeń, a więc po nocach śniła mi się scena na lotnisku, gdzie ten sam fragment musieliśmy powtórzyć wielokrotnie. Znowu telefony, ginący Michał i nagle niespodziewane pojawienie się kompozytora w Warszawie. Okazało się, że nie była to zaleta. Będąc w Warszawie nie mógł już nam nic dograć w USA. Reżyserzy rwali włosy z głowy, a ja ratowałam sytuację, jak umiałam.

Następny był Dług, a współpraca rozpoczęła się od prośby dostarczenia jakiejś muzyki na próbę, do montażu obrazu. Tą próbą był temat z Odjazdu, ale reżyser był przekonany, że to coś skomponowanego specjalnie dla niego. Rzecz wydała się na projekcji filmu (m.in. ja muzykę znałam). Wtedy podjęto rozmowy pomiędzy producentami (Jerzy Hoffman/Julek Machulski) i nie było to specjalnie po myśli autorów pierwszego filmu, co nie powinno dziwić. Z drugiej strony mieliśmy w ten sposób część muzyki i nadzieję, że z pozostałą częścią pójdzie łatwiej. Szczególnie, że Michał mieszkał już w Łodzi. Miał wiele propozycji i sporo roboty, ale ciągle brakowało mu pieniędzy. Trochę pił za dużo i wszystko gubił, przede wszystkim telefony komórkowe. Mieliśmy swojego człowieka, który tropił go po Łodzi, a Michał pojawiał się i znikał, np. nagle w Warszawie i oddawał mi kasetę DAT z hasłem przepisz sobie numer 7, albo i 12.

Stąd wiedzieliśmy, że nie tylko nagrywa (znowu nie wiedzieliśmy z kim i gdzie), ale też wykorzystuje starsze nagrania. Wreszcie zapytałam, czy by nie mógł mi przywieźć wszystkich DAT, to sobie sama poszukam i będzie prędzej. Po kilku dniach pojawił się z torbą podróżną. O części taśm umiał coś powiedzieć, inne nie były opisane, ale w ten sposób wszystko zależało już tylko ode mnie i w krótce muzyka była kompletna. Nagrody, odznaczenia, ogólna euforia…, a więc do następnego filmu Krzysztofa Krauze, Michał także pisał muzykę. Był to serial Wielkie rzeczy (2000), a na facebooku pięknie naszą sytuację opisał mój sąsiad Michał Zabłocki: Byłem kierownikiem produkcji tego filmu i miałem spory stres, gdy kompozytor prosił o kolejne zaliczki z umowy, a partytury nie przynosił. Postprodukcja się zbliżała, a pan Michał U. wił się jak wąż, aby nie podać detali nagrań. Wybrnął jednak w istnie jazzowym stylu. W ostatniej chwili zorganizował wszystko niemal sam, w jakimś domu kultury z zespołem strażackim i orkiestrą dętą, z muzykami wzmocnionymi wiadrem napoju, który jest chemicznie roztworem etanolu w wodzie. Muzyka powstała, jest i brzmi! Michale, byłeś wielki.

Michał bardzo się ustatkował pod wpływem Doroty, a więc na początku XXI w. nie tracą nic z powszechnie znanej charyzmy. Stał się bardziej zdyscyplinowany i przewidywalny. Był prowadzony z fantazją, ale jednak żelazną ręką. I tak np. bez problemów pojawił się zarówno na nagraniach muzycznych, jak i na zdjęciach do Excentryków (reż. Janusz Majewski, 2016), a przede wszystkim wziął udział w ostatnim filmie Janusza Jazz Outsider (2022).

Bohaterem filmu jest (obecnie 95 letni) Adam Jędrzejowski perkusista, który pojawił się na przełomie lat 50/60. Miał okazję grać z najlepszymi, a potem wyjechał do Skandynawii. Znowu grywali razem, a Pan Adam założył biuro turystyczne i tam poznał swoja obecną żonę. Na starość wrócili do Włocławka, mają dom, przydomowe studio, a kilku młodych chłopców grywa z naszym bohaterem jazz. PWM wydał jego znakomity podręcznik jazzowej perkusji.

Film powstawał z mozołem, bo trudno umówić w jednym miejscu nawet kilku aktywnych muzyków. Później plany pokrzyżował covid. Wróciliśmy do pracy w 2022 r. i dalej szło jak po grudzie. 28 maja (urodziny Wojtka Karolaka) umówiliśmy się w jeszcze zamkniętym Jassmine. Zbyszek przyjechał z żoną. Ktoś z rodziny przywiózł Ptaszyna. Janusz przyjechał sam. Ja przywiozłam Karolaka. Michał był w sanatorium, Andrzej Dąbrowski miał inne zajęcia, Adam był we Włocławku. Gucio (ze Szwajcarii) powiedział, że nie da rady. Spotkanie było super radosne i pełne dykteryjek, jedliśmy pączki z pobliskiej cukierni, popijaliśmy nieudolnie zrobioną kawą, a Paweł Mantorski (kierownik produkcji) żałował, że nie mamy kamery.

Za miesiąc planowano zdjęcia. Tym czasem: Ptaszyn się przewrócił i połamał żebra, mógł być na zdjęciach tylko w Warszawie i nie mógł grać. Zbyszek złamał rękę, ale mógł grać. Zając (Karolak) kategorycznie odmawiał jeżdżenia samochodem i miała go do Włocławka zabrać Dorota Urbaniak, a ja miałam odebrać futerał jego instrument do transportu od fachowca. Michał był w dobrej formie, Andrzej potrzebny tylko w Warszawie. Tydzień przed zdjęciami telefon Wojtka zamilkł, a Paweł dotarłszy na miejsce (23.06.2022) trafił na akcję wyważania drzwi do mieszkania. Wojtek nie żył od kilku dni.

Pół nocy gadałam z Januszem Majewskim. Był zrozpaczony. Po ludzku. Z Wojtkiem znali się jeszcze z Karkowa i wiele lat przyjaźnili. Na urodziny przyniósł mu piękną laskę ze swojej kolekcji, bo Zając zaczął tracić równowagę, a więc żeby się nie przewracał. No i podobno chodziło mu się dobrze. Na zawsze zapamiętałam Wojtka jak idzie od mojego samochodu do klatki schodowej swojego domu i się podpiera. Pan Zając Inżynier Magister. Zawodowo. Do zdjęć było kilka dni i wszystko właśnie się rozsypało. Janusz sam wiedział, że nie ma wiele czasu. Pan Adam, był ze wszystkich najstarszy, a obiecał mu ten film.

W nocy zadzwoniłam do Wojtka Gogolewskiego, zwanego Gogolem. Z Karolakiem rozumieli się muzycznie bez słów. My się przyjaźnimy i mogę do niego dzwonić o każdej porze. Wyraził chęć rzucenia wszystkiego, żeby ratować zdjęcia, uszanować pamięć Zająca, o miłości do Janusza (grał w Excentrykach organistę i następcę Pszoniaka) nie wspomnę. Udało się. Michał ze Zbyszkiem grali na saksofonach. We Włocławku z Adamem, Gogolem i młodzieżą. W Warszawie w różnych składach z Gogolem, Andrzejem Dąbrowskim, Soną Bohosiewicz, Dorotą Miśkiewicz, Maciejem Obarą, Marcinem Wasilewskim, Michałem Miśkiewiczem, Sławomirem Kurkiewiczem. Nagrano rozmowy, wiele wspomnień i anegdot. Pewnie było by jeszcze bardziej odjazdowo, gdybyśmy nagrali Zająca i Ptaszyna, najlepiej gadających z Michałem, ale jak się nie ma co się lubi…

Covid nie odpuszczał, ale udało się w UMFC zorganizować projekcję i spotkanie, przy strasznych ograniczeniach i imiennych przepustkach. Pomagali nam studenci (reżyseria dźwięku i jazz). Tym razem nie dojechał Adam Jędrzejowski (miał poprzedniego dnia udar), ale słyszał nas przez messengera, byli jego muzycy, Ptaszyn, Zbyszek Namysłowski (widziany wtedy po raz ostatni) z żoną, Gogol, Urabaniakowie, redaktorzy muzyczni (Paweł Brodowski, zachorował Hirek Wrona) i filmowi (Andrzej Bukowiecki), mecenas Jerzy Stępień, cała ekipa (Arek Tomiak prosto z lotniska) filmu, studenci, pedagodzy i przyjaciele, m.in. Magda Zawadzka, żona i córka nieżyjącego już wtedy dyrektora Włodzimierza Niderhausa. Co do osoby dokładnie tyle osób, ile pozwolono nam wpuścić do Audytorium Szymanowskiego.