Wiadomość z listopada ubiegłego roku o śmierci Barbary Ptak (1930 – 2025), zasmuciła mnie, ale i bardzo zdziwiła. Pani Barbara, była dla mnie osobą ponadczasową, która jest zawsze w moich myślach. Prawie jej nie znałam. Widziałyśmy się w życiu kilka razy. Pracowałyśmy razem tylko przy Scenach nocnych (reż. Marek Nowicki, 1989), Wiernej rzece (reż. Tadeusz Chmielewski, 1983) i Damie Kameliowej (reż. Jerzy Antczak, 1994) oraz przez chwilę przy Dziewczętach z Nowolipek i Rajskiej jabłoni (reż. Barbara Sass-Zdort, 1985), co zważywszy na dorobek każdej z nas, wydaje się aż niemożliwe.
Natomiast tłumaczy dlaczego jej wiek zatrzymał się dla mnie na latach 80/90., a wiec ciągle była panią około sześćdziesiątki. Z kaskadą ciemnych włosów i puklem mieniącym się rożnymi odcieniami od granatu do niebieskości. Zawsze odważnie i oryginalnie ubrana. Była efektowna i charyzmatyczna. Wystarczyło spotkać ją raz, aby ją zapamiętać. Pewnie nawet nie miała świadomości mojego istnienia, ale ja wielokrotnie wracałam do tych kilku spotkań, tak wielkie zrobiła na mnie za każdym razem wrażenie.
Pracowała dla teatru i filmu od początku lat 60. Zawsze były to dzieła wyjątkowe: Nóż w wodzie (1961, reż. Roman Polański), Faraon (reż. Jerzy Kawalerowicz, 1964), Sublokator, Królowa Bona, (reż. Janusz Majewski, 1966, 1980), Perła w koronie, Paciorki jednego różańca (reż. Kazimierz Kutz, 1971, 1979), Nie lubię poniedziałku (reż. Tadeusz Chmielewski, 1971), Wielka miłość Balzaka (reż. Wojciech Solarz, 1973), Ziemia obiecana (reż. Andrzej Wajda, 1974), Noce i dnie (reż. Jerzy Antczak, 1975). Współpracowała przy Panience z okienka (reż. Maria Kaniewska, 1964), gdzie kostiumy tworzył Jan Marcin Szancer. Jej dorobek to ponad 200 spektakli i filmów.
W naszej wspólnej historii pierwsza była Wierna rzeka
Nie miałyśmy wtedy nie miałyśmy szans się zobaczyć. Film powstawał w pierwszych latach stanu wojennego. Wspominam przyjazdy do Łodzi i powroty do Warszawy przed godziną policyjną, albo noclegi w pustym Grand Hotelu. Pracowałam w kompletnej izolacji, konwojowana przez taksówkarza, który robił mi zakupy (w hotelu nie było śniadań) i pilnował, żeby mnie nigdzie nie zamknęli. W filmie grało właściwie trzech aktorów (Małgorzata Pieczyńska, Olgierd Łukaszewicz, Franciszek Pieczka). Ja nawet nie wiedziałam, kto przygotowywał kostiumy.
Za to film był szczególny. W czasach solidarności bardzo podobał się scenariusz i pracowaliśmy z entuzjazmem, ale potem władza wolałaby, żeby nam się nie udało, więc wszyscy starali się być swoją najlepszą wersją (muzyka Jerzego Dudusia Matuszkiewicza zdobyła nagrodę na festiwalu w Gdyni, podobnie jak sam film). Za to film wylądował na półkach, a kopię zabrano prosto z kabiny projekcyjnej w trakcie trwania kolaudacji. Publiczność zobaczyła go dopiero w 1987 r.
Później były Dziewczęta z Nowolipek i przymiarki kostiumów Kaliny Jędrusik w jakiejś wyspecjalizowanej firmie. Co tam robił konsultant muzyczny? Uczyłam panią Kalinę piosenki, którą miała śpiewać na planie na 100%. Miałam mały kasetowy magnetofon z nagraniem. Aktorka trzymała kartkę z tekstem. Odtwarzałam kasetę i obie śpiewałyśmy, wzbudzając ogólną radość. To pani Kalina postanowiła, że tak będzie najłatwiej jej się nauczyć, a poza tym będzie to dobrze wykorzystany czas. Nie przypuszczałam, że przymiarki trwają godzinami.
Nic dziwnego, że śpiewając bawiłyśmy cały zespół, chociaż, a może dlatego, że na razie było nieporadnie. Wokół uwijały się krawcowe ze szpilkami. Upinały, przepinały, zmieniały, proponowały. Nad wszystkim górowała pani Barbara, jak mistrz ceremonii. Jej drobne nawet uwagi wnosiły duże zmiany w ostatecznym wyglądzie sukni i było to dla mnie objawienie. Później podobnie koncertowałyśmy w charakteryzatorni, tylko aktorka w zasadzie piosenkę już umiała. Na planie nie było problemów, mimo, że ja wylądowałam w szpitalu, a mój udział w filmie przepadł, chociaż bardzo chciałam przy nim pracować.
Spotkanie w Scenach nocnych było inne
By to czas, kiedy telewizja śmielej zaczęła stosować w spektaklach teatralnych technikę filmową, a w filmach telewizyjnych elektronikę. Powstała nowa jakość i Sceny wpisały się w ten trend. Większość akcji rozgrywała się w sali balowej, ale też w przylegających do niej pomieszczeniach (Pałac w Jabłonnej). Z za okna słyszalne były pieśni rewolucyjne i można było zobaczyć maszerujący oddział carskiego wojska z orkiestrą. Bo była to noc (luty 1904), poprzedzająca wybuch wojny rosyjsko-japońskiej.
Była to adaptacja powieści Wacława Berenta – Ozimina, z 1911 r., przyrównywana do Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Trwa elegancki bal, a rozmowy toczą się wokół sytuacji politycznej, ukazując różne postawy współczesnego mieszczaństwa i ziemiaństwa. Jest też druga warstwa narracji. W balu uczestniczy Bolesław Zaremba (Wojciech Wysocki), który dowiaduje się, że atrakcją wieczoru ma być występ jego dawnej miłości, divy operowej i jej partnera, jak przypuszcza, także jej obecnego kochanka. Bardzo to przeżywa, a nawet odsłuchuje płytę z jej nagraniem (specjalnie nagraliśmy dla odróżnienia tę samą arię, ale po francusku).
Drugi wątek był dla mnie polem do popisu. Miałam znaleźć śpiewaczkę i śpiewaka o zdolnościach aktorskich i znakomitej postawie oraz aparycji. Moim wyborem był Jadwiga Teresa Stępień (mezzosopran) i nieżyjący już niestety, kolega ze studiów, Wiesław Bednarek (baryton). Nagraliśmy ze śpiewakami Habanerę i kuplety torreadora z Carmen Georgesa Bizeta oraz Làci darem la mano z Don Juana Wolfganga Amadeusza Mozarta. Habanery słucha wcześniej nasz bohater, a duet jest pełen dwuznaczności i aluzji i tak jest zawsze wykonywany.
Brawurowy występ z mojej strony był już kompletny, ale okazało się, że wartość dodana o której pisze Michel Chion (Audiovizja), może powstać we współpracy ze scenografią (Maciej Putowski), dekoratorem wnętrz (Teresa Gruber) i kostiumami (Barbara Ptak, Alicja Wasilewska, Andrzej Szenajch). Państwo zaplanowali, że całe wnętrze, a także kostiumy będą oscylowały wokół bieli, kości słoniowej, écru i beżu, kawy z różną ilością mleka i jasnego brązu.
W to misternie wyprofilowane wnętrze wdzierają się moi śpiewacy. On w czarnym fraku, a ona w fioletowo-czarnej koronkowej sukni i pięknym stroiku na głowie. Czarnowłosa Jadwiga Teresa Stępień była tak w tym stroju zjawiskowa, że kiedy spotkałam ją na próbach garderoby, nie mogłam oderwać od niej wzroku, a w pierwszej chwili nawet jej nie poznałam. To samo działo się na zdjęciach. Nie można było jej nie zauważyć, a tak bardzo kontrastowała z resztą sali, że nie trzeba było nawet przypominać statystom na kogo mają patrzeć.
I wreszcie Dama kameliowa. Początkowo miał być to teatr
Później poszerzono lokacje o dodatkowe miejsca i powstał kameralny, ale jednak film telewizyjny. Muzycznie dotyczyły mnie w czasie zdjęć tylko sceny w operze, której rolę spełniał krakowski teatr im. Juliusza Słowackiego. Byliśmy tam tylko kilka dni, a więc wszystko załatwiane było telefonicznie i do końca nie było wiadomo co zastaniemy. Na szczęście postanowiono jeden dzień przeznaczyć na oswojenie, czyli próbę generalną licznych elementów, które miały ze sobą współpracować.
Ze względu na oszczędności już w Warszawie na podstawie rysunków ustaliliśmy, które instrumenty będą widoczne, ew. które chcieli byśmy widzieć i zamiast pełnego składu orkiestry symfonicznej, orkiestry dysponowałam zestawem 12 osobowym. Oznaczało to, że każdy instrumentalista i instrument był ważny i z nikogo nie mogliśmy zrezygnować. Zaczęłam dzień od dramatu harfowego. Instrument dostarczono z jakiegoś muzeum i owszem był stary i ładny, ale zamiast strun miał druty, a więc muzyk nie mógł nawet udawać że gra, bo głównie by się pokaleczył.
Można było pokazywać harfę w planie dość ogólnym, a myśmy mieli tylko te pojedyncze instrumenty (Łucja z Lamermooru, Gaetano Dionizettiego, Wolny strzelec Karla Marii Webera, Wesele Figara Wolfganga Amadeusza Mozarta). Zaczęły się telefony, poszukiwania i w końcu na placu boju wylądowała inna harfa, może nie aż tak stara i na pierwszy rzut oka piękna, ale grająca i z prawdziwymi strunami, które można było pokazać z bliska, podobnie jak ręce muzyka na instrumencie. I to był koniec pierwszego aktu.
W drugim akcie mojego dramatu, pojawiła się harfistka. W tym czasie kobiety nie grywały w orkiestrach. Mogły śpiewać w chórze, najlepiej kościelnym. Ale obecnie na harfie mężczyzn grających nie jest wielu (Andreas Vollerweider). Oczywiście w Krakowie i okolicy nie znaleziono żadnego. Były też kłopoty z jakąkolwiek harfistką, bo w tym czasie i w tym regionie była raczej posucha. Nie pamiętam szczegółów, ale na pewno przy kolejnych nagraniach, zajmowałam się przewożeniem harfy oraz harfistki pomiędzy Krakowem i Katowicami i zawsze była jedyna dostępna nie w tym mieście w którym nagrywałam.
Jak by tego było mało, nasza harfistka wyglądała jak kilkunastoletni chłopiec, miała krótkie cieniowane włosy ufarbowane nie gorzej niż nasza pani kostiumograf, a nawet lepiej, bo we wszystkich kolorach tęczy. Sprawę braku harfisty – mężczyzny próbowaliśmy sobie zracjonalizować: to młoda wdowa, mieszczka, która została zmuszona do utrzymywania domu i wykorzystała to, że kiedyś uczyła się grać na harfie. Ale jak wytłumaczyć, że wdowa była jednocześnie pankiem?
Na planie zapanował zbiorowy lament i wtedy pojawiła się ona – pani Barbara. Energicznie zagarnęła przestraszoną dziewczynę i mnie (chyba jako wsparcie harfistki) do swojej prowizorycznej garderoby. Zmobilizowała też koleżanki z charakteryzacji (Ewa Symko, Janina Chmielińska, Krystyna Zięć) i przez godzinę odprawiały na moich oczach jakieś gusła. Po godzinie pojawiła się w fosie dla orkiestry nowa osoba. Młoda mieszczka, może kwiaciarka. Ubrana w ciemną stonowaną suknię (może wdowa).
Na głowie miała skromy czepek (może stroik), który dokładnie przykrywał jej kolorowe i rozczapierzone włosy. Za to spod nakrycia głowy wystawały piękne blond pukle. Nakręcono jej nawet specjalną długa przebitkę, przed spektaklem Wolnego strzelca. Podobnie jak i grającej harfie. Na moje szczęście, osoby tak kluczowe jak dyrygent, czy solistka wykonująca arię Łucji z Lamermooru nie przyniosły żadnych więcej niespodzianek, a mój pobyt w Krakowie po pierwszych niepokojach okazał się wyjątkowo przyjemny.
