Zdenerwowanie Francuzów, udzieliło się Kajtkowi Kowalskiemu. Po powrocie zrobił nam, czyli Joasi Zalewskiej i mnie, odprawę produkcyjną, ale sam od razu widział, że ogarniamy wszystko bez wielkich nerwów. Takie nagrania robiłam w tym czasie przynajmniej dwa w roku, nie licząc pomniejszych, do filmów fabularnych i telewizyjnych, czy całkiem kameralnych – playbackowych, których bywało rocznie kilkanaście, a czasem ponad dwadzieścia.
Szybko zreferowałyśmy jaki mamy plan i potrzeby (wszystko obmyśliłam podróżując paryskim metrem do i z Sacré Coeur). Co będziemy robić przez kolejne dni, a potem jak zarządzać całą międzynarodową grupą nagraniową. O naszej działalności została uprzedzona administratorka/kasjerka (Ania Semeniuk), no i najważniejsze oddelegowani dwaj zaufani taksówkarze. Jeden mieszkał ze mną i kopistką (Ewą Kurpińską) po sąsiedzku, a wszyscy troje vis a vis WFDiF.
Planowanie nagrań
Zaczęłam od krzyżowego sprawdzenia (o co prosił kompozytor) kolejności planowanych nagrań, ze spisem utworów do nagrania i składem instrumentalnym. Wejść filmowych było ok. 160 – 180, a do tego utwory bazujące na głównych tematach i łączniki, planowane na płytę. Zajęło mi to kilka godzin, ale inaczej, ewentualne pomyłki zaczęły by się mnożyć. Na szczęście błędów nie było i mogłam faxem (domowym, bo w WFDiF jeszcze było) zawiadomić kompozytora, że notatki są ok. Od razu pojechały do ksero. Do tłumaczenia oddałam też spis muzyki i opis scen.
Natychmiast po odprawie Joanna pojechała do radia. Zatrudniłyśmy prywatną ekipę. Teoretycznie było to w usłudze, ale co ma zrobić jeden technik, kiedy o tej samej godzinie zaczynają się trzy nagrania? Dlatego zatrudniliśmy osobę do pomocy w rozstawianiu sprzętu, będącą cały czas do naszej dyspozycji. Drugą (naszą osobą) był Janek Chomka odpowiedzialny za rozstawianie krzeseł, pulpitów i uporządkowane nuty dla muzyków (dla każdego ponad 200 stron).
Wiedziałam, która firma przed nami próbowała organizować nagranie i pewnie by im się udało, gdyby był to film, a nie serial. Wtedy utworów byłoby kilkanaście. Do technologii wielośladowej, też nie wszyscy byli przyzwyczajeni. Do tego zmiany składu zespołu, kopiowanie na bieżąco partytur, wypłaty. Wszystkiego zrobiło się jak na fonograficzną organizację za dużo. Zadzwoniłam i podziękowałam za wynajęte studio, a oni ze swojej strony prosili o zatrudnienie już umówionych ludzi.
Umówienie orkiestry
Dotyczyło to orkiestry Filharmonii Narodowej oraz dyrygenta. Dyrygent był starej daty (Marek Sewen), znał francuski, ale nie miałam pewności jak poradzi sobie z dyrygowaniem do klika. Nie miałam wyjścia. On był na rozmowach i kompozytor spotkanie oceniał pozytywnie. Na szczęście wewnątrz utworów nie zmieniały się tempa i szybko sztukę opanował. Gorzej było z orkiestrą. Zaplanowano 9 lub 10 popołudniowych sesji, w tym dwa piątki i sobotę, kiedy FN gra koncerty. Nikt o tym nie pomyślał, a Francuzi mieli dokładny termin powrotu i od następnego dnia studio w Paryżu.
W tej sytuacji orkiestrę umawialiśmy od podstaw (a wszystko było prawie gotowe) i z moim stałym inspektorem. Zadzwoniłam do biura Orkiestry Radiowej z prośbą o przekazanie i pilny telefon od Janka Baytla (nazywanego Johnem) w najbliższej przerwie. W ten sposób spotkaliśmy się już ok. 14.00. Po próbie przyjechał do biura. Na otarcie łez muzyków z FN (ok. 20 osób) umówiliśmy na dwie sesje, kiedy orkiestra miała zwiększony kwintet.
Podstawowym elementem powodzenia całego przedsięwzięcia był transport i przytomni kierowcy, pełniący w zasadzie rolę kurierów. Poważnym utrudnieniem był brak telefonów (komórkowych nie wynaleziono), a więc zostawialiśmy wiadomości, wysyłaliśmy telegramy, ustalaliśmy punkty kontaktowe i ewentualne spotkania. Wszystko trzeba było w sposób bezpieczny zawieźć, przewieść, dostarczyć. W Francji działały telefony i firmy kurierskie, ale my musieliśmy jeszcze trochę poczekać.
Trudnym elementem było xero. Punktów na mieście jeszcze było nie dużo, a o czasach, gdy każda produkcja, studio radiowe, a nawet zwykły śmiertelnik miało własną maszynę, nawet nie marzyliśmy. Nam potrzebne było zaprzyjaźnione xero, które wykonywało nasze zlecenia na już. Przywoziliśmy po kilka kartek, czasem kilka razy w ciągu dnia i nijak nie dawało się tego zrobić inaczej. Na początek potrzebne były przynajmniej 4 – 5 egzemplarzy kompozytorskich notatek (kolejność nagrań).
Na spotkanie z Johnem miałam już gotowe kopie i to była podstawa dalszej pracy. Wspólnie ustaliliśmy solistów, na których mi zależy. Paweł Perliński (pianista), był niezbędny na wszystkich sesjach (jako jedyny jest wymieniony w napisach). Pamiętam, że Adam Zemła (znakomity akordeonista) dojechał na sesję prosto z Niemiec, ale jego gra zdobyła ogromne uznanie (w Paryżu nie mogło zabraknąć bandonionu).
Podobnie zmieniający się zależnie od charakteru muzyki zespół perkusistów (Boguś Kulik, Staś Skoczyński, Wojtek Malina Kowalewski). Była perkusja klasyczna, jazzowa, kongi, a nawet hinduskie krotale, używane przez tancerki, tak jak kastaniety do tańca. Praca inspektora wyglądała podobnie jak nasza, tylko jednostek do organizowania było więcej. Ze względu na brak czasu zaoferowaliśmy pomoc w ewentualnym pozostawianiu wiadomości (wielu muzyków, w tym Paweł Perliński, mieszkało na osiedlu Lazurowa, a tam w tych czasach nie tylko telefonów brakowało, za to było daleko.
Do realizacji wybrałam Jacka Szymańskiego i Waldka Walczaka (niestety obaj nagrywają już tylko niebiańską muzykę). Mieli oni doświadczenie z różnymi eksperymentami: jazz, pop, łączenie klasyki z elektroniką. Krótka informacja o tym co chcę technologicznie osiągnąć nie zrobiła na nich wrażenia, za to znakomicie przygotowali sprzęt i studio. Zamówione studio S3 przed południem należało do Big Bandu Andrzeja Trzaskowskiego, ale szczęśliwie akurat dogrywali solówki, więc nasza misterna instalacja i rozstawione meble mogły być nie sprzątane. Moja ekipa wchodziła też do studia przynajmniej godzinę przed właściwą sesją.
Kolejną ważną osobą z radia był nadzorujący projekt kierownik produkcji (Ela Pobiedzińska). Zapewniałyśmy sobie ogromną sumienność w przygotowaniu dokumentacji (każdego dnia pojawiało się w studio nawet 70 osób, a na dwóch sesjach było o 20 więcej), szybkość w pozyskiwaniu ekstra przepustek dla ludzi, instrumentów, dodatkowych urządzeń, taśmy i miejsc na parkingu. Poza tym miałyśmy coś w rodzaju biura (np. do wypłat), maszynę do pisania i telefon z wyjściem na miasto. Ci ludzie dbali o komfort naszej pracy i poczucie bezpieczeństwa.
Budynek radia przy ul. Woronicza (prawidłowy adres ul. Modzelewskiego) był świeżo oddany do użytku i mocno niewykończony. Był problem z toaletami, nie działał bufet. Inteligentne taksówki zapewniały nam dostarczanie kanapek (dobry bufet był na lotnisku), a kawę mój domowy ekspres (+ domowe naczynia). Był przelewowy, ale lepsze to niż grzałka i polska wersja kawy po turecku, czyli z fusami. Na ul. Puławskiej otwarto sklep Michel Badre. Czynny całą noc. Sprzedawano w nim takie unikaty jak woda bez gazu, czy jednorazowe zapalniczki, których zużycie było ogromne.
Naszą ekipę dopełniali tłumaczka, kopistka i kierowca
Tłumaczka zdecydowanie ułatwiała komunikację, bo w trakcie sesji i skupieniu na muzyce czasem trudno jest tłumaczyć coś w obcym języku. Szczególnie, jeśli się go zna niezbyt dobrze. Poza tym był fun klub francuski, angielski i polski, a więc cały czas ktoś potrzebował pomocy.
Ustaliliśmy, że kompozytor z aranżerem przylecą do Warszawy po południu dwa dni przed nagraniem. Dyrygent dostanie partytury i po południu następnego dnia, jak się przygotuje, będą mogli wszystko omówić. Pierwszą partię nieskopiowanych partytur, pierwszego popołudnia dostanie też kopistka, a oni rano dopiszą następną porcję nut i tak póki nie skończą. Wszystkie te czynności znowu wiązały się z transportem i kserowaniem.
Na lotnisko pojechałyśmy dwoma taksówkami. Panowie mieli poza swoimi bagażami dwa bardzo ciężkie kartony zawierające 8 taśm wielośladowych i największą ze wszystkich walizkę nut. Wtedy bagaży nie ważono i nie ograniczano walizek. Zaczęliśmy od biura. Taśmy bezpiecznie przechowaliśmy, a następnego dnia przetransportowano je do radia, pod opiekę naszego technika. Clou programu stanowiło zarządzanie nutami. Natychmiast do xero pojechały gotowe partytury. Potrzebowaliśmy jeszcze 3 ich kopie (dyrygent, realizatorzy, ja), a jedną jeszcze wieczorem musiał dostać dyrygent.
Razem z nimi spakowano część skopiowanych głosów orkiestrowych. Jeżeli takie same nuty były potrzebne np. dla kilku pulpitów skrzypiec, to także trzeba je było na ksero duplikować i wszystko zawieść do radia. Pojawiały się też kolejne partytury (świeżo zakończone), które miała dostać kopistk. Następnie od niej partytury i głosy, do których brakowało duplikatów jechały do xero. Te gotowe produkty, musiały wracać w odpowiednie miejsca (kompozytor, dyrygent, orkiestra, realizatorzy, ja).
Dziś wszystko robi się nie opuszczając biura, wioząc pendrive do studia, lub wysyłając internetem. Tak zawsze współpracuję ze studiem w Pradze czeskiej (Śmierć Zigielbojma reż. Ryszard Brylski, muz. Jan A.P. Kaczmarek, 2021, blog 422; Orlęta, Grodno’39, reż. Krzysztof Łukaszewicz, muz. Michał Lorenc, 2022), chociaż jeszcze niedawno, taką szaloną paczkę wysyłałam do Wilna (Eter, reż. Krzysztof Zanussi, muz. Ryszard Wagner, 2018, blog 248, 249, 250), a potem targaliśmy z powrotem walizkę partytur i głosów. W 1990 r. były to ryzy papieru, które krążyły po mieście i świecie.
Nad wszystkim panował jeden z naszych kierowców, jak się okazało bezbłędnie. Odbierał twórców z hotelu i zawoził do radia. Zabrane od nich partytury zawoził do kopistki. Od niej zabierał urobek z poprzedniego dnia i jechał do xero. Stamtąd do studia, gdzie każdy otrzymywał swoją część przesyłki. Tak było przez kilka pierwszych dni.
Jeszcze jedna ciekawa rzecz nam się przydarzyła. Już pierwszego wieczoru okazało się, że po nagraniu, panowie nie mają szans na zjedzenie kolacji w hotelu. Nie było mowy również o żadnej innej restauracji, bo wszystko jest czynne do 22.00, maximum do 23.00. Cóż było robić? Jedna taksówka pognała po zakupy do francuskiego sklepu, a ja zabrałam gości na moje dwupokojowe poddasze i tam serwowaliśmy kolację. W następne dni zakupy odbywały się spokojniej i za dnia, a moja gosposia wykonała nawet gołąbki. Ukoronowaniem pobytu Francuzów w egzotycznym kraju, była kolacja, którą udało nam się zjeść ostatniego wieczoru w Adrii z udziałem producenta.
