O Hunach i innych takich po raz drugi

O Hunach i innych takich po raz drugi

Postanowiłam dalej pozagłębiać się w źródła i znalazłam w bibliotece mocno zakurzoną i wyblakłą na grzbiecie książkę Teodora Parnickiego Śmierć Aecjusza. To powieść z 1966 r., chociaż w moim posiadaniu znalazła się dwanaście lat później. Pamiętam, że była trudna w czytaniu, ale teraz po latach postanowiłam jeszcze raz się z nią zmierzyć. To druga książka z serii. Pierwsza napisana przed II wojną światową (1936) Aecjusz ostatni Rzymianin, to debiut literacki. Jest jeszcze trylogia Twarz księżyca, która ukazywała się od 1961 – 1967 r.

Akcja wszystkich powieści rozgrywa się w V w., okresie schyłku cesarstwa rzymskiego. Dotyczy wzajemnych stosunków pomiędzy głównymi ośrodkami władzy, cesarstwem wschodnim i zachodnim, wojen prowadzonych z sąsiadami (Wandale, Hunowie, Goci), związków i wzajemnego przenikania się kultur pogańskich i chrześcijańskich, a zwłaszcza Bliskiego Wschodu i Konstantynopola (Bizancjum). Generalnie do tematyki, która fascynuje mnie w związku z Wenecją, wszystko to pasuje.

T. Parnicki określany jest jako autor powieści historycznych i historyczno-fantastycznych. Urodził się w 1908 w Berlinie, gdzie ojciec kończył studia inżynierskie. Ojciec dostał pracę w Moskwie, a potem w Ufie i tam przeniosła się rodzina. Kiedy matka zmarła, ożenił się ponownie, a syn wylądował w korpusie kadetów w Omsku i Władywostoku, skąd 12 letni Teodor, uciekł do Harbinu w Mandżurii. W domu mówiono po niemiecku i rosyjsku. Język polskiego nie znał, ale pomogła mu polonia harbińska, umieszczając go w polskim gimnazjum. Z trudem opanowując, kompletnie mu obcy język, w wieku 15 lat Teodor postanowił wrócić do Polski i zostać polskim pisarzem, co jak wiadomo mu się udało.

W 1928 przyjechał do Lwowa i rozpoczął studia, pod kierunkiem prof. J. Kleinera (badacza twórczości Juliusza Słowackiego). Studiował też filologię polską, anglistykę i orientalistykę. Wygłaszał wykłady o literaturze rosyjskiej. Ze stypendium, powrócił do Lwowa tuż przed wojną. Po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną został aresztowany, w styczniu 1940 r. Odzyskał wolność w sierpniu 1941. Opuścił ZSRR z Armią Andersa. Od 1944-1945 przebywał w Meksyku, pełniąc funkcję ambasadora. Po wojnie został na emigracji. Do Polski przyjeżdżał na krótko w latach 1963 i 1965. Wreszcie w 1967 r. wrócił do na stałe. Zajął się twórczością. Nigdy nie dał się wciągnąć w żadną działalność polityczną. Zmarł w 1988 r.

Parnicki był znanym pisarzem, chociaż miał opinię trudnego w czytaniu. Dziwne, że tak szybko został zapomniany. Na pewno, nie uwielbiały go komunistyczne władze PRL, szczególnie kiedy był poza krajem, a i później, bo wykazywał całkowitą kosmopolityczność. Jego książki wydawał PAX. Najbardziej znane okazały się Srebrne orły, traktujące o powstaniu państwa polskiego i Tylko Beatrycze opowiadająca o czasach Władysława Łokietka (XIV w.).

Jeśli nie boisz się zetknięcia z prozą Parnickiego, jesteś czytelnikiem albo bardzo odważnym, albo wyrafinowanym. Jego powieści, „Tylko Beatrycze” nie wyłączając, są ucztą, do której potrzebne jest solidne przygotowanie intelektualne i mentalne. Od pierwszej strony masz bowiem do czynienia z pisarzem nie zważającym na Ciebie, odgrywającym swój historyczny dramat z mimowolnym Twoim udziałem.

Pisze Wojciech Sosnowski w swojej recenzji i chyba ma rację.

Na podstawie Tylko Beatrycze powstał w 1975 r. film Stefana Szlachtycza z rewelacyjną muzyką Zygmunta Krauze. Moja przygoda z prozą Parnickiego zaczęła się właśnie od projekcji tego filmu, którą zorganizowano na UMFC. Przedsięwzięcie było niezwykłe, a przyjęta forma opowiadania, w tym współczesnej muzyki, której istotą były współbrzmienia i barwa, a nie łatwe do zapamiętania tematy melodyczne, wspaniale oddawał to, co potem wyczytałam na kartkach powieści. Scenografia Mariusz Chwedczuk, kostiumy Xymena Zaniewska, dźwięk Jan Szmańda i Witold Popkiewicz. Z udziałem słynnej współpracowniczki nijakiego Francisa Coppoli, nagrodzonej Złotą taśmą 1999 r.za najlepszy montaż dźwięku (dialogi i ADR) do filmu Szeregowiec Ryan/Saving Private Ryan, wtedy, jeszcze studentki, Ewy Sztompke. Z Zygmuntem Krauze spotkałam się później przy pracy nad Mniejszym niebem (reż. J. Morgenstern, 1980) i także byłam pod wrażeniem jego muzyki, która tak wspaniale porusza w filmie kolejne pokłady wrażliwości i wieloznaczności.

Teraz, po wielu latach, lepiej przygotowana intelektualnie i mentalnie, postanowiłam wrócić z Parnickim do V w. i wydarzeń rozgrywających się na terenie i bliskich okolicach, chylącego się ku upadkowi cesarstwa zachodniego, co stało się faktem w 476 r. W przygotowaniu pomogły mi m.in. książki prof. Aleksandra Krawczuka (ur. 1922 r.), bo do nich wracam z wyjątkową systematycznością. W odróżnieniu od powieści Parnickiego pisane są prostym językiem, chociaż równie pięknym.

W 330 r. Konstantyn podzielił królestwo pomiędzy dwóch synów i w czasie, kiedy Cesarstwo Zachodnie było słabe, Bizancjum znajdowało się w rozkwicie, a jego upadek nastąpił po najeździe Turków na Konstantynopol (1453 r.). W czasach, które obecnie mnie zajmują, cesarstwo było już podzielone. Na wschodzie panował Teodozjusz II (408-450), a potem ożeniony z siostrą poprzednika Pulcherią, Marcjan (450-457) i Leon (457-475). Na zachodzie Honoriusz (395-423), przez chwilę, Jan, a potem Walentynian III (425-455) ożeniony z córką Teodozjusza Eudoksią, krótko Petroniusz i Awitus, a wreszcie Majorjan (457-461). Stosunki były rodzinne, czyli najlepiej wychodzono na zdjęciach.

Cesarz często obejmował władzę jako chłopiec, a więc sprawowało ją za niego grono pełnomocników (Pulcheria, Eudokia, Galia Placidia) i doradców (Antemiusz, Cyrus). Osobny ośrodek władzy stanowili wodzowie, który za sobą mieli armie, najczęściej byli gdzieś daleko (Aecjusz, Antoniusz) i robili co chcieli. Generalnie wszyscy sprzymierzali się i bili na zmianę ze wszystkimi. Najczęściej krótkowzrocznie oceniając sytuację i łamiąc sojusze lub opłacając sąsiadów za brak agresji. Mało korzystano z nabytych doświadczeń, nie wyciągano z nich wniosków. Dla kaprysu narażano życie własne i innych, a nawet interesy całej krainy. Namiętności przeważały nad pożytkiem czy wyrachowaniem.

Cesarstwo było dwujęzyczne. W części wschodniej dominował grecki, w zachodniej – łacina. Ludzie wykształceni władali oboma językami. Część pisarzy używała greki, a początki własnego piśmiennictwa Rzymian, to tłumaczenia z greki na łacinę. Od 1425 r. w Konstantynopolu działał uniwersytet. Cesarstwo w tym okresie, to także rozwój retoryki i prawa, które legło u podstaw prawodawstwa naszej cywilizacji (kodeks Teodozjusza, na który powołują się bohaterowie Parnickiego).

Śmierć Aecjusza ma niezwykłą konstrukcję. Składa się wyłącznie z dialogów, które prowadzą ze sobą dwójkowo jej bohaterowie, w różnych latach i miejscach. Są to postaci historyczne i fikcyjne, których istnienia trudno nam zaprzeczyć, bo zbyt wiele mamy w naszej historycznej wiedzy braków. Rozmowy prowadzone są po łacinie i po grecku, zależnie od tematyki lub woli rozmawiających. Wielu rozmówców ma w swoich żyłach krew różnych podbitych nacji, chociaż teraz są już Rzymianami. Wszyscy są świetnie wykształceni, a mistrzostwo w operowaniu łaciną jest dla nich punktem honoru (szkoda, że nie czują tego nasi, wypowiadający się publicznie, prawdziwi patrioci). Autor oddaje tę maestrię, archaizując używany język polski i wykorzystując właściwą dla łaciny skomplikowaną składnię, lub prostszą grecką. Dzięki temu rozmowy mają nie tylko znaczenie, jako przekaz informacji, ale także są mistrzowską szermierką słowną i dodatkowo dodają wypowiedziom elementów zawikłania, insynuacji, domysłów, braku kategorycznych zaprzeczeń. Czyta się to trudno, ale za to z wielkim skupieniem.

Czy z powieści Parnickiego wypływa wiedza historyczna? Raczej nie. To dyskurs filozoficzno-poznawczy na bazie tej wiedzy, którą w przekonaniu autora powinien mieć zasiadający do tej uczty intelektualnej czytelnik. Bo jest to uczta, którą tym razem umiałam już docenić. Dlatego też taką radość sprawił mi fragment recenzji, który zacytowałam. Kolejne rozmowy zaprzeczają poprzednim, a więc i przedstawianym faktom, w które właśnie uwierzyliśmy. Bardziej pokazują, jak wiele mogło być innych rozwiązań i przebiegu akcji niż wyznaczają jej jedno obowiązujące brzmienie jako prawdę.

W 451 r. Aecjusz jest noc przed sławetną bitwą (szczęścia życzę wojnom wspaniałości twej). Kiedy indziej (454) jest już słabym (niezwyciężoność moja, czy raczej, jakby uporczywie dowodził Maksymilian, niezwyciężalność moja – zmykała dwa lata temu przed Attylą na Sycylię). Czas świetności minął, ale on ciągle jeszcze nie może w to uwierzyć (A czego chcemy, nad czym wysilamy się, a ty nam przeszkadzasz). Wiedzą to jego współpracownicy i próbują mu zapewnić spokojną, godną i pozbawiona ryzyka starość. Aecjusz ginie (455). Nie wiadomo kto podburzył cesarza Walentyniana III do zabicia go, ani kto kierował zabójcami cesarza. Osoby dramatu wzajemnie sobie takie sprawstwo zarzucają. Kto miał zyskać na tym, a jak inaczej sprawy się ułożyły, jak mogły i co by się stało wtedy.

Kanwą jest tajemnicze dziecko, nad którym opiekę w testamencie ojciec zlecił Maksymilianowi. Matką dziecka ma być ukochana Maksymiliana, której nie pozwolono mu poślubić i wywieziono do Konstantynopola. Rzekomy ojciec był eunuchem, a wiek dziecka nie zgadza się z jego wyglądem. Wątpliwa jest nawet matka. Zresztą okazuje się, że jako jedna (Storacja), występują dwie podróżujące po imperium kobiety i dwóch towarzyszących im mężczyzn. Może nie są aż tak podobne, ale nie występują razem, a jeżeli kogoś widziało się przelotnie i wiele lat wcześniej trudno go jednoznacznie rozpoznać. Storacja (Ildyko) już jako Burgundka (została adoptowane prze Burgundów) pojawia się w obozie Attyli, którego ma zostać żoną. Attyla ginie przy próbie gwałtu, bo tego na czym polegała jego nagła śmierć także nie wiemy. Maksymilian w trakcie rozwiązywania swojej zagadki prawdopodobnie ginie, ale też pojawia się kolejna poszlaka, że matką dziecka jest Honoria Augusta. Dlaczego miałby zginąć? Bo także miał pomysł, aby zostać cesarzem, a przynajmniej senatorem, co było możliwe w pewnych okolicznościach, które się chyba nie zdarzyły. Stało by się tak, gdyby poślubił Storację lub jako opiekun, jej rzekomą córkę.

Całość zaciemniają skomplikowane imiona mieszkańców imperium. Jest ich aż trzy, a powszechnie używane jest jedno z nich, zależnie od okoliczności, a więc człowiek może być kimś innym, gdy użyje innego ze swoich imion. Imię można także zmienić. My też nie wiemy, czy to co czytamy w dostępnych nam źródłach dotyczy jednej czy kilku osób. Pozostaje uczta literacka, dyskurs filozoficzny i to wszystko znakomicie zadawala najwybredniejszych czytelników.