Studio Sonoria

Jubileusz – Instytut Akustyki UAM w Poznaniu

Moja ubiegłoroczna wycieczka do Poznania miała głęboki sens. Bratnia Reżyseria Dźwięku, która gości w Instytucie Akustyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu obchodzi swoje 15 lecie. Jechałam na obchody, sympozjum naukowe z tej okazji, a nawet wygłosić referat o specyfice nagrań muzycznych dla potrzeb filmu. Nigdy nie byłam w budynkach Wydziału Fizyki, chociaż byłam wielokrotnie w Poznaniu służbowo jak i prywatnie. Do instytutu trafić nie jest łatwo, bo filia UAM mieści się daleko za miastem. Jak się okazało bliżej dworca Poznań Wschód, ale kto mógł to wiedzieć…. Budynki za to są przestronne i nowoczesne, chociaż to co w Poznaniu podoba mi się najbardziej, to właśnie czar starych kamienic. Niestety mogłam je tym razem podziwiać tylko z okien pociągu i w trakcie dwóch szybkich przejazdów przez miasto. Natomiast Wydział Fizyki było odwiedzić bardziej niż warto.


Jubileusz był skromny, ale serdeczny. I dobrze. Nie czuło się napuszenia i niepotrzebnej pompy. Najwspanialszy jubileusz, jaki można sobie wyobrazić. Oficjalne przemówienia pełne były żartów i miały ludzki wymiar. Dziekan Wydziału Fizyki prof. Dr hab. Antoni Wójcik ogłosił, że z nim przyszli na obchody jubileuszu także prodziekani, ale bez tego który odpowiada za pieniądze. Dlaczego? Bo są rzeczy, które należy robić nawet jeżeli się to nie opłaca i lepiej, żeby akurat on o tym nie wiedział. Na świętowanie wybrano średniej wielkości aulę. Była pełna. Studentów niewielu, za to tłum absolwentów i liczne grono wykładowców. No i najcudowniejszy człowiek na świecie czyli Rufin Makarewicz, jeden z założycieli wydziału. Dzięki niemu spędziłam dzień pod znakiem Yogi, Yogi, Yogi. Dla niewtajemniczonych, jest to okrzyk tubylczy, wykonywany przez wspólnotę wydziałową zamiast hip, hip, hurra. I na dodatek brzmi dużo bardziej odjazdowo. Tak wiwatowano na cześć pani prof. dr hab. Anny Preis. Były kwiaty, wiersze, prezenty i listy gratulacyjne.


Na salę wchodziłam z Piotrem Madziarem, ale natychmiast podbiegł do mnie nieznajomy i zarzucił pytaniami o moje książki, skrypty i różne inne osiągnięcia. Kiedy będzie nowa książka? – W marcu. Wydawnictwo Wojciech Marzec. Nie znałam go, a on zachowywał się, jakbyśmy byli znajomymi od lat. Wiedział o mnie więcej niż agencja wywiadu. Oczywiście natychmiast odseparował mnie od Piotra i reszty sali. – A gdzie Miśkiewicz?, przyjechał z Panią? Prof. dr hab. Andrzej Miśkiewicz to katedra Akustyki. – Ja jestem z Katedry Reżyserii Dźwięku i nie wiem co oni robią. Konkurencja? – Bez przesady. To tak jakby okulistyka konkurowała z protetyką słuchu. Myśmy nawet do szkoły razem chodzili. I na lekcje fortepianu, ja do żony, a on do teściowej prof. Andrzeja Rakowskiego. Profesor Rakowski to nazwisko, które wszystkich w tej dziedzinie stawia na baczność. Pewnie dzięki niemu, zarówno ja jak i Andrzej, jesteśmy właśnie w tym miejscu, w którym jesteśmy.


– Rufin! – zwrócił się do profesora ktoś z boku. I wtedy wszystko stało się jasne. Jest tylko jeden taki człowiek na świecie. Dźwięki i fale – rzuciłam w jego kierunku tytułem książki, jak hasłem. Teraz znaliśmy się oboje. Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. – No co? Ja to czytałam, naprawdę. Ja dużo czytam. Fachowe książki i podręczniki, które polecam studentom też, a nawet przede wszystkim. Roześmieliśmy się serdecznie. Czyżbym wyglądała na osobę, którą przerazić może pojedyncza całka, czy wykres?


Prof. dr hab. Rufin Makarewicz rozpoczynał sympozjum. Nie wygłaszał referatu. Opowiadał. Grał na monochordzie i na skrzypcach. Sypał dowcipami i cytatami z wielkiej literatury. Całe szczęście, że jako pierwszy musiał zmierzyć się z PowerPointem i rzutnikiem. Dzięki temu, jeden z wykładowców, w tej sali bardziej bywały, postanowił nam pomagać w tym trudnym temacie. A ja swój referat mogłam, tak jak on, nie „wygłaszać” lecz „mówić”, stojąc przed katedrą, bez mikrofonu i w bliskim kontakcie ze słuchaczami. Od razu poczułam się lepiej. Podobno profesor ma w gabinecie starą Calisię i grywa na niej rag time. Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. No chyba, żeby ćwiczył fugi Bacha. To jeszcze bardziej możliwe. Na skrzypcach zagrał nam piękną sekstę i zastanawiał się, która jest bardziej klarowna taka wielka, czy taka mała. Uwielbiam ten sposób humanistycznego spojrzenia na nauki ścisłe. Przecież to bardzo od siebie blisko. Muzycy mają zdolności matematyczne (podobno ja). Wielu matematyków i fizyków zaczynało od muzyki swoją edukację. Profesor wspomniał tylko dwóch – Einsteina i Plancka – wyrażając żal że nie kończyli Wydziału Fizyki UAM, za to obaj dostali Nagrody Nobla. Pomyślałam, że łączy nas więcej – dysgrafia i dysleksja. Einstein podobno z trudem zdał maturę. Mam nadzieję, że chociaż w tym ostatnim jestem od nich lepsza. Bo powszechnie wiadomo, że jestem mistrzem, a dzień dyslektyka obchodzę bardziej uroczyście niż imieniny, czy urodziny.


Pokolenie moich rodziców opowiadało o takich profesorach, którzy na wykładzie z astronomii czy geofizyki, z pamięci recytowali wiersze, często w językach oryginalnych. Pięknie to wzbogacało ich wykłady i dawało inna perspektywę zagadnieniom, które omawiali. Myślę, że była to prawdziwa uczta i podnieta do wszelkich działań. Zazdroszczę absolwentom krzemienieckiego liceum (Słowacki i Malczewski m.in.), którzy mogli pławić się w edukacji lingwistycznej, literackiej, muzycznej i wszelkiej. Nie znoszę „dukaczy”, którzy czytają studentom na wykładach (nieudolnie) własne książki. Podręczniki można czytać samemu. Ważne jest wszystko to, co taką wiedzę uwzniośla. Kontakt z żywym, ciekawym człowiekiem, jego sposobem postrzegania świata i bogata osobowością. Gorzej, że powoli i zdolność czytania zanika. Walczymy razem z Kasią (moją asystentką) na tym prawie już straconym przyczółku odpytując co miesiąc studentów pierwszego roku z przeczytanych lektur. A przecież wybieramy, rzeczy lekkie, łatwe i przyjemne. Co by było, gdyby z kartek książki straszyły wzory i inne przekleństwa? Wspominam swoje lata studiów, kiedy wchłaniałam wszystko co chociaż ocierało się o interesującą mnie tematykę. Może dlatego jestem konsultantem muzycznym. Wiedza płytka, ale bardzo szeroka i zdolność do szybkiego zgłębienia wąskiego, ważnego w danej chwili tematu.


Nie odważyłam się podejść do dr hab. Urszuli Jorasz, ale popatrzyłam sobie na nią z boku. Na bankiecie siedziała przy jednym z sąsiednich stolików. Poza jej książkami z akustyki (Selektywność układu słuchowego) z pietyzmem przechowuję rozprawkę Słuchając, czyli kontredans akustyki ze sztuką. To także znakomity przykład symbiozy nauk ścisłych z humanistyką. Do tej książki wracałam już wielokrotnie i pewnie za jakiś czas przeczytam ją znowu. Ma wiele fragmentów zakreślonych kolorowym flamastrem. Znaczy, że jest dla mnie bardzo ważna. Powinnam jej za to podziękować. Może znajdzie się jakaś okazja. I jeszcze prof. dr hab. Edward Ozimek. Wiele mu zawdzięczam. Prywatnie. Gdy moja mama zaczęła tracić słuch, ja zagłębiłam się w jego książki, aby jak najlepiej jej pomóc. I pomogłam. On pomógł.


Jako gość dostałam dwa razy więcej czasu niż pozostali, a siłą rzeczy stałam się daniem głównym. Całe szczęście, że nie umiem wygłaszać poważnych referatów, chociaż do profesora Rufina nawet się nie umywam. Miałam sporo kolorowych zdjęć z planu i post produkcji Excentryków (reż. Janusz Majewski). W prezentacji zamieściłam też rysunki z mojej książki. W ten sposób trudne rzeczy, o których mówiłam docierały nawet do tych, dla których specyfika nagrań muzyki dla potrzeb filmu była dość odległa. Tak przynajmniej twierdził Dziekan Wydziału Fizyki, z którym rozmawiałam na bankiecie. A obecny na sali prorektor, także mi gratulował, podkreślał przystępność wykładu i bardzo był nim zainteresowany. – Nie sądziłem, że to może być, aż taka różnica. Na bratnim wydziale nie ma sekcji filmowej, chociaż zajmują się multimediami. Rozważają poszerzenie spektrum swoich zainteresowań, tym bardziej, że co raz więcej absolwentów docelowo wybiera film lub telewizję, jako miejsca pracy. W poprzednim roku akademickim, prowadziłam nawet (na zlecenie UAM) indywidualne zajęcia z ilustracji muzycznej z jednym ze studentów poznańskiego Uniwersytetu. Mam nadzieję, że okazałam się być dobrą forpocztą, a temat zainspiruje władze, aby wydział poszerzyć o nowe zagadnienia. Udzieliłam też wywiadu ekipie telewizyjnej UAM. W Poznaniu, na razie, przede wszystkim zajmują się nagraniami muzyki i nagłośnieniem, które z kolei nie jest reprezentowane na UMFC. I tego im zazdrościmy, ale życzliwie. W końcu może się jakoś dogadamy.


Jako emisariusz przywiozłam drobne upominki od naszego dziekana dla prof. dr hab. Preis, a również obecny prof. dr hab. Andrzej Miśkiewicz (Katedra Akustyki UMFC) odczytał okolicznościowy list.


Po przerwie kawowej i zwiedzaniu studiów oraz oglądaniu sprzętu i tysiącu różnych rozmów, które odbyłam z wykładowcami i absolwentami, czekał nas koncert. Także niewielki i wyważony. Grupy muzyczne, grające w różnych stylach, złożone ze studentów, a przede wszystkim absolwentów. Dla mnie było trochę głośno, ale koncert bardzo mi się podobał. W ten sposób dobrnęliśmy do bankietu finałowego, a jednocześnie ze zdziwieniem stwierdziłam, że ci poznaniacy bardzo mają we krwi niemiecki porządek. Wszystko w lekkim, niewymuszonym nastroju, a jednak z dokładnością co do minuty. Zarówno wystąpienia i referaty, których było kilka, jak i przerwa na kawkę, a nawet koncert, mimo wielu zmian ustawienia instrumentów, nagłośnień i mikrofonizacji. Oni to wszystko przewidzieli. Szkoda, że nie mają znajomości na kolei. Może na dworcu Poznań Główny pociągi byłyby bardziej zdyscyplinowane. Najpiękniejszy jubileusz ever. 

Close Menu