Spowiedź… Jacka Sylwina cz. 2

You are currently viewing Spowiedź… Jacka Sylwina cz. 2

Wyjazdu Jacka właściwie nie zauważyłam. Jak wynika ze wspomnień, nie afiszował się swoimi planami, a nawet wręcz przeciwnie. Nie utrzymywaliśmy stałych i regularnych kontaktów, nie prowadziliśmy wspólnych interesów, a przypadkowe spotkania w bufecie, czy na korytarzach różnych instytucji, mogły się wydarzać, ale nie musiały, nawet gdyby był tu na miejscu, a nie tysiące kilometrów stąd. Także prowadzenie bliskich sobie spraw, a takie się zdarzały, nie musiało skutkować osobistymi kontaktami, bo środowisko artystyczne jest niewielkie, a jak się w nim przebywa odpowiednio długo, zna się większość osób i nie zawraca się głowy managerom, czy agentom, a dzwoni do adresatów propozycji, czy są w ogóle nią zainteresowani. Najlepiej umawia się na kawę i pogaduszki.

Tak zawsze kontaktowałam się i nadal kontaktuję z Małgosią (Maria) Potocką. Raz te kontakty są bardziej intensywne, raz (tak jak teraz) dość rzadkie, bo ich adresatka szaleje gdzieś w Radomiu, a ja znacząco ograniczyłam swoją działalność zawodową. Nie zawsze byłyśmy sąsiadkami, ale do spotkań nie jest to wymagane. Jacek pisze o czasie, kiedy Małgosia i Grzegorz (Ciechowski) stanowili parę i była to para gorąca i podziwiana w całym muzycznym i filmowym towarzystwie. Jacek także pisze o nich z zachwytem. Byli bardzo ze sobą związani, a jednocześnie wspólne działania zawodowe powodowały, że ten związek był jeszcze silniejszy. Rzeczywiście początek taki był, ale ja szybko zaczęłam podejrzewać, że historia dobrze się nie skończy, choć nie życzyłam im źle. Także Jacek, nawet, gdyby wtedy nie wyjechał, nie miałby sił, aby odwrócić nieuchronny bieg wydarzeń. Z tego okresu pamiętam kilka migawek:

Grzegorz występował na festiwalu w Sopocie. Nagle na scenie pojawiła się Małgosia. Tańczyła, ale nie było wiadomo co i po co. Niewątpliwie jej kontakty i świetny zmysł organizacyjny oraz znakomity potencjał twórczy, dosłownie dodawał skrzydeł, bardzo wspomogły zarówno rozwój artystyczny jak i karierę Grzesia. Okupiła to wyhamowaniem własnej twórczości i po chwili ekscytacji, ten brak działalności stricte artystycznej, nakierowanej na siebie, zaczął jej doskwierać. Kochała scenę i scena ją kochała, stąd potrzeba występu, nawet przy okazji koncertu Obywatela G.C.

Produkcja filmu z Wrocławia prosiła mnie o zastępstwo za Martę Bogucką na nagraniu muzyki: Ty mieszkasz koło Tonpressu, starczy jak wpadniesz na chwilkę i sprawdzisz czy wszystko działa. To było chyba Zero życia (reż. Roland Rowiński, 1987). Grzegorz Ciechowski, Janek Borysewicz i Krzysztof Ścierański. Działo się to po rozstaniu Republiki, o którym wspomina Jacek, stąd tak odmienny, chociaż świetny skład wykonawców. Nagranie realizował, a może także wspomagał muzyków jako wykonawca, Rafał Paczkowski (Jacek go wspomina, a ja nie ma dnia, żebym nie odczuwała pustki, która po nim została). Była też Małgosia, która bardzo chciała być pomocna, ale i trochę zauważona. Niestety nie było dla niej w tej konfiguracji sensownego miejsca.

To był pierwszy film Ciechowskiego, jako kompozytora muzyki ilustracyjnej. Był przygotowany, wszystko miał przemyślane, ale inaczej nagrywa się muzykę z gotowej partytury, a inaczej, kiedy muzycy improwizują, ale dalej muszą się trzymać ostrych reżimów czasowych. Jest też ograniczony czas trwania sesji, bo nagranie filmowe nie ma rozmachu fonografii, a raczej traktowane jest jak produkcja i z reguły ściśle powiązane z terminem zgrania filmu. Czy Jacek uczestniczył w tych nagraniach, może umawiał muzyków? Ja byłam mocno skupiona na tym, co mamy bezwzględnie osiągnąć i nic więcej nie pamiętam.

O moim kurtuazyjnym, chwilowym pobycie nie było mowy. Walczyliśmy do świtu. Mimo dobrej woli wszystkich (także wyjątkowo spokojnym i spolegliwym reżyserze). Doświadczeniu i spokoju Rafała oraz moim, nagranie było trudne. Atmosfera iskrzyła. Później przypłaciliśmy to długim montażem. Widać już było jak na dłoni, że Małgosia musi mieć coś swojego, wyjść z domu, pokazać się, usłyszeć i zobaczyć, że nadal jest w swojej najlepszej aktorskiej formie. I to niebawem się stało.

Na nagranie z Michałem Lorencem potrzebowaliśmy dodatkowego syntezatora. Pojechałam pożyczyć go od Grzesia. Mieszkali wtedy na ul. Górnośląskiej. W czasie swojego związku przeprowadzali się kilkakrotnie, najpierw z jednym, a potem z dwójką dzieci, co nie służyło spokojnej atmosferze i warunkom do kompozytorskiej twórczości. Grzegorz był sam z Weroniką. W mieszkaniu panował rozgardiasz, mała chodziła w brudnych, dziurawych śpioszkach, a ojciec dziecka mocno zażenowany tłumaczył, że próbuje dokończyć pilną robotę, ale kompletnie się to nie udaje. Małgosia pojechała na zdjęcia do jakiegoś filmu.

Tułając się po rożnych miejscówkach budowali w Pyrach okazały budynek mieszkalny z miejscem na biura (MM Potocka Production), pracownię i studio dla Grzegorza. Sytuacja się ustabilizowała, kiedy mogli się wprowadzić na ul. Puzonistów, ale nie rozwiązywało to wszystkich problemów. Chyba rozminęły się oczekiwania tej dwójki. Grzegorza fascynowała barwna, popularna i powszechnie znana i uwielbiana partnerka, a jednocześnie kiedy jego kariera (dzięki niej) nabierała tempa chciał mieć spokój, dom, obiady i kochająca kobietę tuż obok i wyłącznie dla siebie.

Małgosia problem rozwiązała po swojemu, zatrudniając pomoc do prowadzenia domu, opieki nad dziećmi i partnerem. Była tak szczęśliwa, że mogła wrócić do zawodu i znowu być na scenie czy ekranie, że nie zauważała zagrożeń, które sama zainicjowała. Dom stał się uporządkowany, dzieci znakomicie zadbane. Grzegorz odzyskał spokój tworzenia. Niestety wtedy zabrakło miejsca dla niej, która mu to wszystko stworzyła. Jej miejsce zajęła ta, która realizowała jego bieżące potrzeby, zgodnie z tym jak on sobie to wyobrażał i bez dyskusji.

Pewnego dnia Małgosia zadzwoniła, że musi się ze mną zobaczyć natychmiast i skoro jestem w domu to jedzie do mnie. Mieszkaliśmy na strychu przy ul. Iwickiej. Oniemiałam, gdy zobaczyłam ją w drzwiach z nogą w gipsie. Jak musiała być zdeterminowana, żeby się w tym stanie wdrapywać na 5 piętro po schodach? Od niej usłyszałam historię o burzliwym rozstaniu i wszystkich wynikających z tego dramatach i kłopotach.

Na pewno los ją strasznie skrzywdził. Została samotną matką z dwójką dzieci. Utraciła miłość, partnera, ale także opiekunkę dla dzieci i w tym sensie osobą bardzo poszkodowaną okazała się Weronika. Runęła cała konstrukcja domu, a dom jako budynek stał się za duży i za drogi, aby mogła go utrzymać. Wspomagaliśmy ją i dopingowaliśmy w tym nieszczęściu. Zbierała się, walczyła. Wtedy byłyśmy blisko także fizycznie, bo w Wytwórni Czołówka gdzie mieściła się Sonoria, wynajęła pomieszczenie na biuro. Jej firma była potęgą. Produkowała filmy dla zagranicznych telewizji, koncerty gwiazd na polskich festiwalach, koncerty rockowe, spektakle teatralne. Wtedy produkowała i reżyserowała serial telewizyjny (Klasa na obcasach, 1998 – 2001), my nagrywaliśmy w Sonorii dla niej postsynchrony. Wpadała na kawę i pogadać. Ciągnęła jakieś produkcje reklamowe, chociaż siłę stanowili, kiedy pracowali z Grzegorzem i te złote lata dla obojga przepadły już bezpowrotnie. Co raz więcej grała.

Udało jej się sprzedać niesprzedawalny, piękny, ale wielki i bardzo wyprofilowany dla konkretnych działań dom. Kupiła szeregowy domek kanadyjski, na osiedlu w Nowej Iwicznej i tak zostałyśmy sąsiadkami, bo myśmy wybudowali dom w Mysiadle i teraz mieszkamy przez miedzę. Zanim świat jej znowu nie porwał, spotykałyśmy się pod sklepem, apteką, w przychodni lekarskiej, na poczcie. Może to jeszcze wróci…

Grzegorza Ciechowskiego poznałam, przy okazji Muzyki młodej generacji (reż. Michał Tarkowski, 1982), ale były to kontakty takie jak z większością muzyków, poznawanych przy różnych okazjach. Później był partnerem Małgosi, a chociaż sam odnosił sukcesy, zawsze patrzyłam na niego przez ten pryzmat. W 1986 r. o czym pisze Jacek przestała istnieć Republika i Grzegorz działał jako Obywatel G.C. W 1990 r. doszło do reaktywacji zespołu (Zbigniew Krzywański, Leszek Biolik, Sławomir Ciesielski) z menagerem Jerzym Tolakiem. W moim odczuciu, zespół artystycznie powrócił do swoich korzeni, a przez następne lata bardzo wiele działo się w nim muzycznie i medialnie.

Grzegorz chciał od dawna pisać muzykę do filmów i umożliwił mu to Michał Szczerbic, produkując Moją Angelikę (reż. Stanisław Kuźnik, 1999). Działo się to równolegle z pracami zespołu, choć spowalniało powstawanie kolejnej płyty i ograniczało koncerty. Zbigniew Krzywański i Leszek Biolik uczestniczyli w nagraniach, które realizował Leszek Kamiński. Grzegorz muzykę produkował, otrzymaliśmy ją w formie sesji ProTools i stemów, umożliwiających korekty przy zgraniu filmu w formacie Dolby SR. Spotykaliśmy się w czasie powstawania muzyki kilkakrotnie, dyskutowaliśmy, były nanoszone koncepcyjne poprawki. Była to świetna współpraca, a muzyka otrzymała jak najlepsze oceny.

Zaowocowało to kolejnym wspólnym filmem. Był to Wiedźmin (reż. Marek Brodzki, scenariusz i produkcja Michał Szczerbic, 2001, 2002). Muzykę ponownie produkował Grzegorz, a w jego imieniu organizacyjnie Jerzy Tolak. Wiele materiału powstawało w domowym studio, ale odbywały się też nagrania w S4 (Leszek Kamiński) i w Studio Hendrix (Piotr Bańka) w Lublinie. Muzycznie wspomagali twórcę Zbigniew Krzywański, Alicja Węgorzewska, Michael Jones (lira korbowa), zespół wokalny Kairos prowadzony przez Borysa Somerschafta, kuzyna Małgosi. Było to ogromne i świetnie skoordynowane przedsięwzięcie.

Marek Brodzki sam jest osobą muzykującą, a więc bardzo był w powstawanie muzyki zaangażowany. Kilkakrotnie z nim i operatorem dźwięku bywałam w dużym mieszkaniu na wschodnich obrzeżach miasta, gdzie artysta miał też swoją pracownię. Zgromadził znakomite wyposażenie, samplery, instrumenty. Dobrze radził sobie z problemami technicznymi i nowymi jeszcze wtedy elektronicznymi narzędziami. Współpraca układała się świetnie, a w ostatecznym zgraniu muzyki (w systemie Dolby EX) w Barrandovie w Pradze czeskiej uczestniczył kompozytor. Muzykę do filmu (już po śmierci Grzegorza) nagrodzono Orłem, a płytę ze ścieżką dźwiękową – Fryderykiem.

To był świetny czas, bo muzyka filmowa była nowym terenem, na którym chciał działać Grzegorz i od razu zaczął odnosić sukcesy. My także, widząc efekty jego działań, chcieliśmy z nim pracować i z radością czekaliśmy na serial o naszym bohaterze. Zdjęcia były nakręcone. Trwał montaż obrazu. Omawialiśmy to, co nas czeka. W serialu były nowe sceny i całkiem nowe wątki, do których miała powstać nowa muzyka. Pierwsze odcinki były gotowe na początku grudnia. My na spotkanie byliśmy umówieni pomiędzy świętami, a nowym rokiem.

Praga była miejscem spokoju, sprzyjającym rozmowom i wzajemnemu poznawaniu się. Kompozytor budował kolejny dom. Z nowa żoną miał dwoje dzieci, a towarzysząc mu w Pradze, kobieta byłą w trzeciej, zaawansowanej ciąży. Planowali wynajęcie mieszkania lub domu blisko budowy, aby móc lepiej nadzorować prace wykończeniowe. Termin przeprowadzki, do której nie doszło, wypadł dzień po śmierci artysty. Jego śmierć zaskoczyła nas wszystkich. Tętniak serca i nagła operacja, która nie zakończyła się sukcesem.

Postanowiliśmy pracę dokończyć nie angażując innego kompozytora, a za to co zrobimy, nie biorąc honorariów. Ja kompilowałam posiadaną muzykę (płyta), wspomagając się montażem. Pomagali mi członkowie zespołu. Przeszukali komputery pod kątem pozostawionych szkiców czy niedokończonych prac. Było to szczególnie ważne, bo sceny w serialu są z reguły dłuższe niż filmowe, a więc muzyki mi notorycznie brakowało i nie zawsze mogłam uzyskać zadawalający efekt bez dodatkowych nagrań, których próbowaliśmy unikać.

W mojej pamięci najmocniej zachowała się scena w karczmie, która swoją długość zmieniała z kilkunastu, czy kilkudziesięciu sekund do kilku minut. W filmie była w tym miejscu muzyka wewnątrz kadrowa, a cały utwór ograniczał się do jednej frazy. Technicznie mogliśmy go wydłużyć, ale muzycznie było to nie do przyjęcia. Wydłużyliśmy więc sam podkład, rozwijając temat i dogrywając solistę.

Przeżycie dla wszystkich było szczególne. W filmie tym solistą był Grzegorz grający na flecie. Poprosiłam o wykonanie utworu Tomka Bielskiego, wtedy I flecisty orkiestry Filharmonii Warszawskiej, który grał tez na innych instrumentach i swobodnie improwizował. Jego słyszymy w serialu, chociaż wszyscy zdecydowaliśmy ograniczyć nasz udział w napisach, pozostawiając to pole Grzegorzowi Ciechowskiemu, jako głównemu twórcy.