Ryś – akcja nagrania

You are currently viewing Ryś – akcja nagrania
Ryś, reż. Stanisław Różewicz, 1981

Nagrania muzyki do filmów, miewają różne poziomy trudności. Oczywiście skromny film Stanisława Różewicza, nie tylko wymagał wyboru specyficznej muzyki jako ilustracji, ale miał też skomplikowane jej nagranie. Mój poprzednik (lub poprzedniczka) wiedział dlaczego uciekał. Obowiązywały honoraria według tabelki i żadne prace ponadnormatywne nie były w nich przewidziane. Ja z kolei wiedziałam, że walczę o swoją przyszłą pozycję na rynku (metodą mistrza Toscaniniego), a to czego się podjęłam zostanie zauważone i tak się miało stać.

Do dziś mam opinię człowieka od rzeczy trudnych (od ręki) i niemożliwych (na środę). Niestety przekłada się to na wachlarz moich zleceń. Nikt nie dzwoni do mnie z prostą komedią romantyczną, ale zawsze z pokomplikowanym i niebogatym filmem dokumentalnym, czy fabularnym filmem muzycznym (Excentrycy, reż. Janusz Majewski), który zajmie mi 2,5 roku życia i wymusi nawet jak na mnie wysokie obroty. Trudno też powiedzieć, że takich wyzwań nie lubię, czyli jest to miłość wzajemna.

Zorganizowanie orkiestry i muzyków

Mogło by się wydawać, że najtrudniejsze jest zorganizowanie dużego nagrania, dużej orkiestry, ale nie. Duża orkiestra ma swojego inspektora, czyli przedstawiciela, kierownika. Z nim się wszystko ustala: honoraria, plan nagrań, podpisanie umów i wypełnienie druczków do rozliczeń z urzędem skarbowym. To trochę tak jakby wszyscy byli w kontenerze, a my manewrowalibyśmy tym kontenerem.

Taka orkiestra ma wspólne próby, koncerty, wyjazdy, więc siłą rzeczy ma wspólny czas wolny. Umowy mają tę samą treść, a za czasów filmu Ryś, gdy nie było dokumentacji skarbowej, była to jedna umowa z inspektorem i lista muzyków. Stawki wynikały z tabelki i była stawka podstawowa, oraz dodatki dla koncertmistrzów, solistów i grającego/lub nie w orkiestrze inspektora. Ta jedna umowa wystarczała na wszystkie sesje, a uzupełniało ją wyliczenie konsultanta ile minut kto nagrał. Obecnie jest podobnie, tylko rozliczenia są nie za minutę nagrania, a za sesję, no i każdy ma swoją, chociaż jednobrzmiącą umowę.

Sprawy zaczynają się komplikować, gdy trzeba umawiać kilka różnych składów, zespołów, albo zespół złożony z kilku, bądź kilkunastu solistów. Każdy ma swój dzielny (i oddzielny) grafik zajętości, które, nawet jeżeli tacy muzycy spotykają się na jakich pracach okazjonalnie, nijak do siebie nie pasuje. Śmiejemy się, że takie umawianie przypomina akcję, z bezpiecznym przewożeniem wilka, kozy i kapusty przez rzekę, gdy mamy jedną łódkę.

Trudniej jest też, kiedy zmieniają się miejsca nagrań, studia, albo są to miejsca dostosowywane do warunków studia, jakieś szczególne miejsca i sale (Pałac Prymasowski, amfiteatr w Powsinie – Chopin pragnienie miłości, reż. Jerzy Antczak; Sala prób w Filharmonii Poznańskiej i kościół – Tydzień z życia mężczyzny, reż. Jerzy Stuhr) i wymaga to przewożenia i montowania sprzętu w sposób prowizoryczny. Często dowozimy pulpity, krzesła, oświetlenie, agregat prądotwórczy, a nawet ogrzewanie, system interkomowy audio i wideo, a dla Poznańskich słowików, kanapki oraz napoje.

Kolejną komplikacją są tzw. trudne instrumenty

Czasem oznacza to poszukiwanie wykonawcy (mandolina, cymbały, sitar, cytra), czasem przewóz instrumentu lub instrumentu i wykonawcy (kiedyś harfistka z harfą z Krakowa jeździła na nagrania do Katowic i z powrotem). Piszę to w momencie, gdy nasza ekipa przywoziła do studia, ważącą 150 kg marimbę. Zdarzają się transporty fortepianów (nawet na terenie radia, ze studia do studia), kotłów, dzwonów, kong, ksylofonów, wibrafonów, zestawów perkusyjnych, kontrabasów. Często taki instrument trzeba jeszcze wypożyczyć, czasem ubezpieczyć i wypożyczyć.

Dla potrzeb reklamy samochodu Daewoo Espero, realizowanej jak się miało okazać, przy 15 stopniowym mrozie i opadach śniegu, w Pałacu na wodzie w Łazienkach i placu przed nim, wypożyczaliśmy i przewoziliśmy widowiskowy komplet perkusionaliów dla czwórki znanych perkusistów (Basia i Staszek Skoczyńscy, Wojtek Malina Kowalewski i Monika Szulińska). Okazało się, że część zdjęć powtarzano, a więc dwukrotnie, a poza tym do studia, żeby nagrać interesującą i bogatą w egzotyczne odgłosy ilustrację muzyczną pomysłu Wojtka.

Ten występ poprzedził spektakularny koncert, który dałam razem z kolegami perkusistami w magazynach muzycznych Polskiego Radia, gdzie prezentowaliśmy jak wyglądają i jakie dźwięki wydają z siebie różne instrumenty, aby nasi koreańscy klienci mogli sobie wybrać, co najbardziej chcą zobaczyć i usłyszeć, w przygotowywanej dla nich reklamie. Dziś bilibyśmy rekordy popularności na YouTube, ale i wtedy długo gdziekolwiek pojawiałam się w agencjach reklamowych, witało mnie pełne podziwu: to ty grałaś na perkusji?

Niby to nie był recital, ale to ja stałam żywa i prawdziwa przed nimi i zbieram wszelkie należna całej grupie hołdy. Już na PPM (pre production meating) wyświetlenie filmu z magazynu spowodowało gromkie oklaski, bo to ja referowałam ten kosmiczny pomysł. Może reklamowany samochód nie był jakoś wybitny (osobiście wierzę raczej w produkty niemieckie i szwedzkie, no jeszcze japońskie), ale perkusjonalia spowodowały, że ta reklama wyróżniała się i była łatwo zapamiętywalna, jako inna niż wszystkie, a o to w sumie w reklamie chodzi.

Nagrywanie organów

Pozostaje jeszcze jedno utrudnienie: specyficzny, czyli trudny instrument, który można nagrać tylko w miejscu, gdzie właśnie przebywa. I takim instrumentem są organy i oczywiście organy, w dodatku w konkretnym, solowym repertuarze miałam w filmie Ryś do nagrania. Znowu dziś można zasymulować organy bez problemu na samplerach, ale wtedy samplerów ni było, ponadto w klasycznym repertuarze zawsze prawdziwe organy brzmią lepiej.

Każde organy są inne, brzmią inaczej, mają inne zestawy piszczałek i tak jak w nowym samochodzie, trzeba się przyzwyczaić, gdzie rozmieszczone są różne, nawet standardowe urządzenia. Umie je obsłużyć organista, który na co dzień na nich grywa, ale nie zawsze jest w stanie wykonać potrzebny nam repertuar. I odwrotnie, ktoś kto nie zna instrumentu, mimo swojej wirtuozerii może mieć kłopot, żeby na konkretnym instrumencie zagrać.

Organy najczęściej mają na wyposażeniu kościoły i są to instrumenty bardzo różnie zaawansowane technicznie, czasem bardzo stare i np. nie strojone w systemie równomiernie temperowanym. Są instrumenty o pięknym brzmieniu i bardzo rozbudowanych możliwościach, ale i skromne, spełniające minimalne wymagania. Przy dużych instrumentach, organiście musi pomagać asystent, aby odpowiednią dyspozycję organów sprawnie ustawiać. Bywają nieremontowane i niesprawne technicznie, a dysponujący nimi organista, jest przyuczony jedynie do repertuaru potrzebnego do sprawowania liturgii.

Kościoły w dzień pracują. Nagranie możliwe jest tylko nocami. Często znajdują się przy ruchliwych ulicach, a więc i nocami ruch bywa mniejszy. Jest ciemno i zimno. Potrzebny jest agregat. Prowizoryczna reżyserka organizowana jest w zakrystii. Słuchamy w słuchawkach. Niezbędne są ogromne zwoje kabli, specjalne niewywrotne statywy sięgające do piszczałek, rozmieszczonych wysoko. Każdy dźwięk odbija się długo w pomieszczeniu o długim czasie pogłosu, komunikacja jest utrudniona. W tych czasach nie było firm prywatnych, a więc na dodatek trzeba było wynająć wóz transmisyjny z Polskiego Radia lub wyjazdowy zestaw sprzętu Polskich Nagrań oraz zatrudnić ich pracowników.

Organizacja takiego przedsięwzięcia jest dość kosztowna i trzeba wiele osób do pomocy (także z obsługi samego kościoła). Nie jest to problem kiedy nasze nagranie jest rozbudowane, bo poniesione wydatki, rozkładają się na nagrane przez nas minuty, ale w naszym przypadku nagranie było małe, co oznaczało, że ilość minut do nagrania nie jest wielka, potrzebne nam organy skromne, ale sprawne i najlepiej, jak sami sobie tę skromność brzmienia zorganizujemy, a wykonanie musi być wirtuozowskie.

Organy bywają na wyposażeniu sal koncertowych. Takim miejscem jest sala warszawskiej Filharmonii Narodowej. To drogie rozwiązanie, bo sam wynajem jest drogi, a poza tym trzeba wynająć kilkanaście osób obsługi. Za to miejsce jest stabilne pod każdym względem. Wystarczająca instalacja elektryczna, ciepło i jasno, krzesła, pulpity i do wyboru fortepiany, harfa, perkusja i co kto chce. Oczywiście sala jest głównie zajęta, ale są godziny, części dnia i noce, kiedy nie ma prób, koncertów, ani nagrań, a więc mogliśmy z niej skorzystać.

Wtedy były też dwie stałe i całkowicie wyposażone reżyserki: Polskiego Radia i Polskich Nagrań i o nagranie można było prosić ekipę każdej z tych instytucji. Było też stałe okablowanie, a nawet wiszące nad estradą mikrofony do nagrań orkiestry i dwa wielkie statywy idealne do nagrywania organów. Koszt nagrania można obniżyć, zapraszając do Filharmonii także potrzebny nam chór. Chórzyści mieli gdzie się rozgościć i w cieple rozśpiewać, bo i pomieszczeń w Filharmonii jest pod dostatkiem, a izolacja akustyczna przyzwoita.

Postanowiliśmy, żeby o wykonanie tych dwóch szczególnych utworów (Preludium Dietrycha Buxtehudego i Adagio Tomasa Albinioniego/Remo Giazotta – w kilku wersjach) poprosić Joachima Grubicha. Rozmowa z profesorem od razu całą naszą sytuację uporządkowała. Oczywiście utwory ma w swoim repertuarze, wykona w sposób dla nas odpowiedni. Natomiast najchętniej skorzysta z organów Akademii Muzycznej (dziś UMFC) w Warszawie i oczywiście osobiście pójdzie salę załatwić na nasze nagranie.

Nawet o takiej możliwości nie myśleliśmy. Ta sala jest zajęta od świtu do nocy, a wtedy w nocy korzystały z niej także Polskie Nagrania. Czasem po nocach ćwiczyli i ćwiczą organiści, a i wtedy i dziś w nocy odbywały się nagrania studenckie wydziału reżyserii dźwięku. Profesor był jednak ważną osobą, a więc znalazła się dla nas wolna nocka. Polskie Nagrania nagrywały tej nocy w studiach reżyserii w podziemiu, a więc jeszcze podzieliliśmy się częścią kosztów za obsługę.

O nagranie poprosiłam Maritę Lipcównę i Jacka Szymańskiego, wykładowców uczelni (taki był wymóg). Gdyby nagranie było gdzie indziej, na pewno walczyła bym o Jacka z którym bardzo często pracowałam. Technicy pracując na Uczelni w dzień rozstawili cały potrzebny sprzęt do nagrania zarówno organów jak i chóru, a więc o 20.00 kiedy nas wpuszczono do sali, trwało już ustawianie i podłączanie instrumentu dla profesora Grubicha.

Na 22.00 byłam umówiona ze śpiewakami. Wybrałam pracujący w Operze Kameralnej chór cerkiewny pod dyrekcją księdza Jerzego Szurbaka. Był to zespół męski i niezbyt liczny. To nadało naszemu wykonaniu głębię, ciemność i surowość. Później wielokrotnie korzystałam z możliwości współpracy z tym zespołem, a poznaliśmy się przy filmie Szarża, czyli przypomnienie kanonu (reż. Krzysztof Wojciechowski, 1981).

Panowie mieli do nagrania 4 wybrane przez nas śpiewy Wielkiego Tygodnia Pierluigi da Palestriny. Mieli je w repertuarze, a więc skupiliśmy się na stronie wyrazowej i tempie zgodnym ze wzorcowym nagraniem, bo było dopasowane do obrazu filmu. Oczywiście jeszcze z intonacją, bo w filmie nagrania organowe mogły się spotykać z chórem, a więc musieliśmy dopasować strój. To samo dotyczyło później nagrania orkiestry, którą nagrywaliśmy kilka dni później w studio S 1 na ul. Malczewskiego.

W sumie byłam z siebie dumna. Wszystko się udało. Muzyka brzmiała wspaniale, wykonania były znakomite. Na nagraniu towarzyszyli nam reżyser Stanisław Różewicz i kompozytor Lucjan Kaszycki.