Gdyby była solidarność

Mam dwie koleżanki, które tak uwielbiają czekoladowe cukierki i wszelkie pralinki, że zdarza im się jadać je nawet pomiędzy daniami obiadu, a w zasadzie przez całą imprezę, z bigosem, rybą po grecku i co tam podają na bieżąco. Zawsze obie Panie, kojarzą mi się z tą sceną z Amadeusza (reż. M. Forman), w której żona Mozarta przynosi Salieremu partytury do ocenienia. Salieri częstuje ją pralinkami, które wyglądają jak kobiece piersi. Jak maestro zaczyna przeglądać partytury ona częstuje się ukradkiem dalej. One mają dokładnie takie same miny, jak dobierają się do jakichkolwiek cukierków.


Kiedy mnie odwiedzają, staram się zaskakiwać je za każdym razem jakimiś słodkościami. Oczywiście także ciastem, ciasteczkami, torcikami, ale cukierki są nie do pobicia, nawet jeżeli upiekę sernik, a raczej tort serowy, który ma od lat renomę (nic dziwnego, po mojej babci). Co więcej, mimo, że upubliczniłam, po jednej z imprez przepis, nikomu, tak jak mnie się nie udaje, no chyba, że paniom z mojej najbliższej rodziny. Widocznie jest zastrzeżony i już.


Kilka lat temu przebojem cukierkowym moich koleżanek, były nowe smaki jakiejś tam mieszanki czekoladowej. Dziewczyny najadły się do syta, bardzo komplementując te wynalazki, a kiedy po kilku dniach odwiedziłam jedną z nich, z trumfem podała miseczkę z cukierkami. – Zobacz. Zdobyłam takie same… Wyglądały bardzo podobnie, ale to nie było to. Chciałam być grzeczna, wiec powiedziałam tylko – No wiesz, są dobre, ale gdyby była Solidarność to byłoby lepiej. Mina mojej koleżanki warta była wszystkich pieniędzy świata – O co ci chodzi z tą Solidarnością? Pani w sklepie, jak tylko zaczęłam się cieszyć że są, też tak powiedziała. Wy spisek knujecie, czy znowu schodzimy do podziemia? No i wszystko stało się jasne. 


Są różne fabryki produkujące cukierki i jest taka co nazywa się „Firma cukiernicza Solidarność” i to od 1952 roku. Jak ją zakładali to nikt nie miał żadnych politycznych planów, a trudno, żeby zmieniali nazwę, gdy ktoś wymyślił taką samą. Wtedy to była mała lokalna fabryczka z Lublina czy okolic i niewiele osób o niej słyszało. Co by się stało z Solidarnością, tą z 1980 r., gdyby cukierki miały ochronę patentową nie tylko na wyroby spożywcze, ale i polityczne? Na szczęście tak nie było i mamy dwie Solidarności z innym liternictwem i o innym profilu działalności. Czas pokazał, że tylko cukiernikom udało się utrzymać i markę i poziom.


– Ty kupiłaś cukierki podobne, ale innej firmy. To Mieszko, bardzo dobre, ale nie aż tak. Pani w sklepie wyraziła ubolewanie, że nie ma tych najlepszych. A teraz ja zrobiłam to samo. Ty miłośniczka czekoladowych cukierków, nigdy nie przeczytałaś, kto produkuje chociażby śliwkę nałęczowską w czekoladzie? Albo złoty orzech?


Od tamtej pory do naszych środowiskowych tajnych haseł weszło również westchnienie – No, bo gdyby była solidarność… A ja teraz szykuję się do zagranicznego urlopu u przyjaciół i oczywiście zbieram niezwykle ważne i jedyne w swoim rodzaju zakupy. Ja wiem, że celnicy widzieli już niejedno, ale pół kilo ogórków kiszonych w folii, zabezpieczone w pudełku po ciasteczkach peperkakor (można kupić w IKEI), zawsze robi wrażenie. Trudno jest wprost pojąć, że kisić dają się tylko wyjątkowe gatunki ogórków i że właściwie uprawiane są tylko u nas. 


Zestaw żywieniowy zależy od kierunku i terminu mojej wycieczki. Tym razem jest zima i jadę do Szwecji, a więc będzie podróżowało: wołowe z kością na świąteczny rosół (Wielkanoc), śliwka nałęczowska (no, bo gdyby była Solidarność…), albo krówki, ale nie z Milanówka (ja tam akurat wolę takie, ale to nie ja będę je jeść), no i takie okropne landrynki bez papierków z tej budki na bazarze. Ostatnio pierwsze pytanie na lotnisku brzmiało: – a masz salceson może? Miałam. Był degustowany już na parkingu.


Kiedyś, gdy brakowało wszystkiego, wydawało się, że tak niewiele możemy ofiarować naszym rodakom na obczyźnie, a tu okazuje się, że marzenia są znacznie prostsze. Ot smaki z dzieciństwa. Dlatego pracowicie spisuję listę potrzeb, żeby nikogo nie pozbawić najmniejszej chociaż przyjemności. Oczywiście przywiozę biały ser i upieczemy sernik, ale także razowy chleb i graham, może makowiec, albo sękacz. Ogórki i kapusta kiszona niepotrzebne, bo były sprowadzane na Boże Narodzenie w hurtowej ilości. Mam miejsce na inne fanaberie.


Miałam w swoim życiu zawodowym taki okres, kiedy niezwykle często odwiedzałam Pragę i moich czeskich przyjaciół. Jeździłam samochodem, woziłam cenne materiały filmowe, ale miejsca na inne produkty miałam pod dostatkiem. Wtedy podróżowały ze mną przeważnie ogórki kiszone, pakowne w wiaderkach po 5 kg., bigos własnej roboty, też nie w ilościach detalicznych, całe blaszki polskich domowych ciast (sernik, makowiec, szarlotka), które pracowicie piekły mi żony moich wspólników, oczywiście polskie suszone kiełbasy i kabanosy, a przede wszystkim biały barszcz w torebkach (koniecznie Winiary) i jedyny słuszny koncentrat barszczu czerwonego. 


Było to w czasach, gdy jeszcze nie należeliśmy do Unii Europejskiej, a więc na wszystkich granicach sprawdzano nasze bagaże. Ja dodatkowo przechodziłam, jak wszystkie samochody towarowe, odprawę warunkową, czyli mimo że mój samochód był całkiem osobowy i niewielki, stałam w kolejce TIR-ów, albo z kolejki osobowej odstawiano mnie na bok i kazano się u TIR-ów zameldować, bo musiano policzyć czy mi pudełek z taśmą nie przybyło, albo nie ubyło. 


Nie było tam miło. W pomieszczeniach śmierdziało brudem, potem i duchotą. Towarzystwo było międzynarodowe, ale w rozmowach przeważał język rosyjski i rejestracje wschodnie. Panowie traktowali mnie protekcjonalnie (tak było najlepiej, bo mnie przepuszczali), albo wręcz przeciwnie, stroili sobie niewybredne żarty i utrudniali podejście do okienka odprawy. Najczęściej wybierałam drugie rozwiązanie (podjazd do stanowiska osobowego i wycieczkę z dokumentami do TIR-ów), bo miałam szansę, że celnicy mnie zauważą, poznają i widząc co się dzieje, jakoś wkręcą w kolejkę.


Na szczęście te czasy minęły, ale warto ciągle o nich pamiętać i nie dopuścić, żeby mogły powrócić. Kolejki TIR-ów miewały kilkanaście kilometrów. Czasem kierowcy czekali wiele godzin, a nawet dwie lub trzy doby. Warunków sanitarnych nie było w okolicy żadnych. Spali w kabinach, nie mieli się gdzie umyć, stąd nieszczególne zapachy w biurze i moje kombinatorstwo, aby taką procedurę ominąć. Rzeczywiście zawsze mi się udawało i nie spędziłam na granicy nigdy więcej niż dwie, no może trzy godziny. W tym czasie mogłabym dojechać przynajmniej do Brna i zjeść obiad.


Kiedy musiałam przewieźć coś filmowego (charakterystyczne, metalowe pudełka z taśmą) z Barrandova, najpierw z Warszawy wiozłam równowartość szmelcu, czyli ścinków i materiałów przeznaczonych do wyrzucenia. Nikt się nie rozeznawał w tym, czy wiozę kopię filmu, czy negatyw tonu, a może specyficzną taśmę magnetyczną, stosowaną kiedyś do filmowego dźwięku. Najcenniejsze rzeczy podróżowały i tak na dyskach komputerowych i wartością największą była zmieniająca się po każdym pobycie u Czechów zawartość, ale tu troszczono się tylko o ilość dysków i sprawdzano ich fabryczne numery, jako rzecz najważniejszą. Zawartości nie mieli czym i jak sprawdzić lecz chyba nie było też takiej świadomości.


Oczywiście każda podróż miała swoje wesołe momenty, ale chyba wyjątkowo rozrywkowo było, kiedy jechałam na południe, tuż po ogłoszeniu alarmu z powodu pryszczycy. Samochody osobowe przeszukiwano bezlitośnie, wyrzucając nawet kanapki, czy jabłka. Wszyscy chodzili po nasączonych śmierdzącą cieczą szmatach i przez taki sam pas szmat przejeżdżały samochody. 


Dyplomatycznie podjechałam tym razem do stanowiska dla TIR-ów. Ciężarówek było znacząco mniej, bo nie przewożono żadnej żywności. Szybko załatwiłam formalności, a pan celnik pofatygował się ze mną do wozu. Otwieram bagażnik, a tam ciepły jeszcze sernik. Piekłyśmy go rano i zabrałam prosto z piecyka. Solidna blaszka. Tyle było widać na pierwszy rzut oka. Strach pomyśleć co miałam ponad to. Wiadomość o blokadzie dopadła mnie już w drodze, więc postanowiłam niczego nie wyrzucać i zobaczyć co się będzie działo. Co mogłam przysypałam filmowymi pudełkami i już.


Chwila konsternacji, chyba celnika zatkało. Bezczelność to eufemizm, szczególnie, że na granicy, byłam jako częsty gość, dobrze rozpoznawalna, a może to mi właśnie pomogło? Rzucił okiem, czy nikt nas nie widzi. Trzasnął klapą z hasłem – W porządku! – i pognał jak oparzony, żeby powbijać zestaw pieczątek. Opuściłam granicę tak szybko, jak nigdy wcześniej czy później, a miny Czechów, kiedy rozdawałam przywiezione dobra, warte były wielkich pieniędzy – Jak tyś przedarła się przez tę blokadę?


Wyjątkowo tym razem nie przywiozłam do Polski naszych ulubionych Medovników. To specyficzne ciasto, a raczej tort o rodowodzie ormiańskim. Podobno jego przemysłową produkcję w Czechach zapoczątkowało ormiańsko-czeskie mieszane małżeństwo. Teraz robi go wiele cukierni. Ciasto jest pierniko podobne, tylko bardzo cienko wywałkowane i przekładne, równie cienkimi warstwami czekoladowo-orzechowego kremu.  Żal był wielki, ale nie można było kusić losu. A nóż pan celnik, byłby bardziej ortodoksyjny, albo ktoś by moją kontrabandę zobaczył.


Ostatnio, gdy podróżowałam do Pragi samolotem, moja walizka pękała w szwach. Oczywiście w obie strony. Na Medowniki mam nawet specjalną torbę o kwadratowym spodzie.