Nie lubię PKP i już

W dniu rozpoczęcia roku akademickiego 2017/2018 w dziekanacie zaskoczył mnie list z UAM z Poznania. Jeszcze bardziej zszokowała mnie jego zawartość. Było to podziękowanie, wystosowane 12.12.2016 r. przez dr hab. Romana Gołębiowskiego, dyrektora instytutu akustyki (szacownej uczelni). do mnie, za referat który wygłosiłam w ramach Sympozjum Naukowego Reżyserii Dźwięku, którego byłam gościem. Oczywiście podziękowanie do UMFC dotarło niezwłocznie, ale na naszej Uczelni udało mu się gdzieś zabłądzić i dopiero remanenty w jakichś przepastnych szafach spowodowały, że pojawiło się znowu. 


Postanowiłam wrócić do swoich wrażeń z tej poznańskiej wycieczki. Wtedy powstawały pierwsze wpisy, ale mój blog ciągle był w trakcie organizacji i zdążyły się przeterminować. A teraz, dzięki zabłąkanemu listowi, są jak świeże bułeczki i nic nie straciły na aktualności. Co więcej, właśnie rozpoczynam moje podróże do Poznania, gdzie na maj i czerwiec mam zaplanowane wykłady. A tak było wtedy.


Sobotni poranek. Pełna optymizmu, a nawet częściowo wyspana, udaję się na dworzec Warszawa Centralna. Nie przepadam za pociągami i jeżeli tylko mam do wyboru, wybieram samochód, samolot, prom, żaglówkę czy motorówkę, deskorolkę, rower lub wrotki. W tym przypadku długie dywagacje wskazywały na to, że to transport optymalny, a ja postanowiłam w to uwierzyć. Pociągi do Poznania jeżdżą (teraz chwilowo nie) szybko, w zasadzie bez problemów (oczywiście w zasadzie), więc po co się męczyć, szczególnie, gdybym musiała wracać po nocy. Rano jestem wręcz z mojej decyzji dumna, bo leje jak z cebra, a więc na prawdę lepiej przewieźć się wygodnie. Na drogę mam kryminał. Ludzi na peronie sporo. Pociąg relacji Lublin-Szczecin, przez Warszawę, Poznań i Zieloną Górę nadjeżdża o wyznaczonej godzinie. Zrozumiała zapowiedź informuje, gdzie który wagon się zatrzymuje oraz, że pociąg jest objęty całkowitą rezerwacją miejsc. Super. Gnam na wyznaczony kawałek peronu i na tym bajka się kończy.


Brakuje dwóch pierwszych wagonów (1 klasa), o numerach 20 i 19, a więc ci co jadą z Lublina siedzą spokojnie w wagonie 18, czyli moim, szczególnie, że jest to wagon 1 klasy, a chyba powinien być  2. Po wagonie 17 przyczepiono jakieś dwa wagony, których miało nie być i to one są przeznaczone dla tych którzy powinni siedzieć w wagonie 18 lub 17. Proste? Proste. Oczywiście pociąg stoi na stacji krótko, a więc wsiadamy szybko, jak bądź i zaczyna się wymiana, czyli wędrówka ludów. Na wysokości Grodziska Mazowieckiego wszyscy siedzą, ale ciągle na korytarzu pełno jest bezpańskich walizek i toreb. Jest też dosyć podminowana atmosfera, a więc mija sporo czasu zanim rejwach w pociągu cichnie. 

Przeglądam kartki z referatem, który mam wygłosić i biorę się za kryminał. Kanapka. Przydała by się herbata, ale pani herbaciana między walizkami nie da rady przejechać wózkiem. Można się do niej przepychać, ale chyba mi się nie chce. Kutno, w porządku, jedziemy dalej, ale niebawem nieplanowany postój w szczerym polu. Stoimy dość długo, już jesteśmy spóźnieni, w pociągu znowu wrze jak w ulu. Ludzie mają przesiadki w Poznaniu. Czy zdążą? Ja powinnam być po 11.00 na Uniwersytecie, ale daleko od centrum. Ciekawe, jak daleko? Nie wiem, wezmę taksówkę. Ruszamy, atmosfera lekko się uspakaja. Poznań Wschód informuje tablica na budynku dróżnika (chyba) i rzeczywiście wtaczamy się na stację o takiej nazwie, ale tylko po to, żeby znów się zaparkować. 


Właściwie powinniśmy być już na miejscu, ale stoimy. Przepuszczamy jakieś pociągi. Czas płynie nieubłaganie. Niektórzy pasażerowie wysiadają. Pewnie Poznaniacy. Wiedzą gdzie są, czyli umieją ocenić, czy opłaca się siedzieć, czy może zmienić środek transportu. My właściwie już nie siedzimy. Stoimy. Mieliśmy za chwilę dojechać na miejsce. Dochodzi 11.00, kiedy pociąg majestatycznie zaczyna się przemieszczać dalej, ale tuż przed dworcem Poznań Główny staje na jakimś wiadukcie i mijają kolejne minuty. 


Pociąg do Leszna już chyba sobie pojechał. Podobno na dworcu trwa remont, a więc trzeba trochę poszukać właściwego peronu. Wszyscy nerwowo się kręcą. Moja asystentka Kasia, która jechała pociągiem z Krakowa, melduje, że stoi na peronie, bo Kraków dojechał na czas i nawet miał dwa zapasowe wagony, bez sprzedanych biletów, czyli przespała większość trasy. O kawie nie ma co marzyć. Całe szczęście, że deszcz skoncentrował się na Warszawie. W Poznaniu jest chłodno, ale nie pada.


Kiedy wreszcie zdyszany pociąg wpada na dworzec, jeszcze bardziej zdyszani pasażerowie właściwie biegiem udają się do swoich zajęć. My próbujemy złapać taksówkę, ale taki pomysł, ma pół pociągu. Wzywamy Radio Taxi. Nie jesteśmy jedyne, a więc za chwilę na postoju zaczyna panować chaos i próby dobrania w pary zamawiających i zamawianych. Jakaś taksówka się do nas przyznaje (nie wie jakie nazwisko, ale Kasia. Precyzja zegarmistrzowska), zabieramy jeszcze znajomego studenta i jedziemy. 


Ostatnia prosta. Jesteśmy tuż przed 12.00, a właśnie wtedy miała się zacząć konferencja. Organizatorzy wiedzą, że kilka osób, często ważnych gości, utknęło w pociągach z różnych stron, więc czekamy na nich. To pozwala mi nieco ochłonąć i skupić się na tym co mam zrobić. Miło jest też, że nie tylko ja się spóźniłam. Oczywiście siedzimy już w auli, o kawie można zapomnieć. Podpinamy komputer z pokazem, a raczej przegrywamy z niego dane do miejscowej maszyny. Po co ja go w takim razie targałam. Trudno. Podobno na dworcu Poznań Główny próbowano ulepszyć system komputerowego sterowania i chyba coś nie wyszło. Może się w ciągu dnia jakoś ogarną? No bo jak my wrócimy?


Dzień na UAM jest niezwykle udany. Bawimy się świetnie. Dożyłam, bez kawy i wody do pierwszej przerwy. Mamy bilety na wieczorny pociąg, taki trochę po 20.00 i nadzieję, że system komputerowy na dworcu, już ruszył. Dzięki takiej konfiguracji bierzemy nawet udział w bankiecie. Odwozi nas osobiście Pani profesor, mamy jeszcze czas na pyszną kawę i zajmujemy miejsca w pociągu. Dworzec rzeczywiście w remoncie. Działa duża galeria handlowa, czyli bardzo wystawnie i świątecznie wszystko wygląda. Nie ma tylko schodów na nasz peron, ale za to jest konkurencyjna propozycja, czyli winda. Wagony są, żadnych afer, nastroje dobre. 


Część pasażerów tak jak my przyjechała którymś z porannych spóźnionych pociągów, więc trwa wymiana wrażeń. – Mityczny pociąg do Leszna też miał spóźnienie, a więc udało się do niego przesiąść. – Następny pociąg z Warszawy miał spóźnienia ponad pół godziny. Z mojego miejsca widać świetlną tablicę na peronie i nagle w kilku językach (!!!) ukazuje się napis: „Opóźnienie pociągu 5 min”. Komentujemy to, jako objaw światowego życia Poznania. Po chwili z 5 robi się 10, 15 itd. Pociąg rusza, kiedy na tablicy zadomawia się 30. Czyli komputer jest w takim samym stanie jak rano, albo w lepszym, ale nie podaje lepszych wiadomości. 


To już nie jest śmieszne. Piękny początek podróży. Jeżeli nic się nie zmieni, to ci, którzy liczyli, że dojadą do domu metrem, powoli nie mają szans. Zostają nocne autobusy i rodzina z transportem. Pociąg głównie jedzie, ale ma też różne nieplanowane postoje, a więc zaczynamy wydzwaniać w sprawie podwózek. W przedziale jest nas sześcioro. Poza Kasią i mną, mój kolega, jeszcze z podstawówki, obecnie profesor, dwóch komputerowców i pani, która wraca z Niemiec. Z nami rozmawia po polsku, ale z mężem po niemiecku. Dopytuje się o bieżące wydarzenia. Nie była w Polsce przynajmniej kilka tygodni. Zresztą nasz pociąg chyba jedzie właśnie z Berlina.


Kolejna niespodzianka. Telefon mojego męża informuje, że jest poza zasięgiem. Po kilku próbach, przy radosnym dopingu współpodróżników dodzwaniam się do sąsiada i proszę o wycieczkę do mojego domostwa. Po chwili panowie informują mnie, że piją sobie kawę, a sąsiad nawet whisky, za fatygę. Telefon męża odmówił współpracy, domowego nie mamy od 10 lat. Dobrze, że chociaż sąsiedzi istnieją. Ustalamy nową, prawdopodobną godzinę dojazdu do Warszawy i jest to 0.20. Piękny wynik.


Teraz moje wyjazdy mam nadzieję, że będą mniej emocjonujące, chociaż trwa remont trasy, a więc z czasu dojazdu 2,5h zrobiło się ponad 4h. Nauczona trudną wycieczką zdecydowałam się na wyjazdy z Warszawy, popołudniowo-wieczornym pociągiem w piątek i nocleg, a potem spokojne wykłady w sobotę. Tu na pewno zadziała poznańska precyzja, a więc jakiś pociąg do Warszawy znajdę, a kiedy dojadę? No cóż, poproszę męża, żeby lepiej opiekował się swoim telefonem komórkowym i będę próbowała dzwonić podając wiadomości z placu boju.


Taki był plan jeszcze w czwartek. W piątek zaczęłam go wcielać w życie. 15.53. Pociąg Warszawa-Berlin. Na dworcu jestem wcześniej. W McDonald zjadam jakieś jedzenie, nie zastanawiam się, bo tam wszystko ma podobny smak, jest tylko inaczej zapakowane. W pociągu wagony są. Jest też herbata, kawa, woda. Kupiłam nową książkę Lee Childa mam co czytać do wieczora. Kultura i Europa w jednym. 


Jadą ze mną dwie panie, które w Poznaniu mają przesiadkę, a za sobą jakiś horror. Do Warszawy próbowały kilka dni wcześniej lecieć samolotem, ale ten nie wystartował, więc zastępczy transport, czyli autobus dowiózł je na warszawskie Okęcie, a tam z Jachranki przysyłano specjalny autobus i spóźniły się kilka godzin na ważną konferencję, czy szkolenie. Na szczęście je usprawiedliwiono, bo inaczej musiały by zwracać niemałe koszta. Wyglądały na urzędniczki GUS lub skarbówki, a więc napędzono im dobrego stracha.


Na razie idzie nam dobrze. Ale w Kutnie zaczyna się ruch wahadłowy, więc jest gorzej, dość, że o 19.10 zamiast napisu Poznań Główny, pojawia się napis Gniezno. Przepraszają nas za spóźnienie, które wynosi ponad 30 min. Panie mają 40 min do odjazdu następnego pociągu i kilka wariantów autobusowych + pomoc rodziny i już wiemy, że ten to jest bardziej realne. W Poznaniu jesteśmy przed 20.00.

 
Zamawiam taksówkę. Tłumaczę, że jestem na placyku tuż koło pierwszego peronu. – A widzi pani napis Avenida? – no widzę. Taksówka ma być za 15 minut. Melduje się SMS-em jako granatowe Mondeo, ale jest tylko wirtualna. Dodzwaniam się do dyspozytorki ponownie. – ojej, ja pomyślałam, że pani stoi przed galerią. – Jaką galerią? – Tą przy dworcu, ale rzeczywiście jak pani wyszła prosto z peronu to nie w tę stronę, zaraz kierowca będzie. Ciekawe, czy to ojej, to takie poznańskie przepraszam? Bo logika wychodzenia z dworca przez galerię handlową, jest żadna.


Tym razem nic się nie melduje za to, po kolejnych kilkunastu minutach, się pojawia. Jest granatowe, tylko że Renaut. W ten sposób przed 21.00 jestem w hostelu, gdzie właśnie do tej godziny miałam się zameldować. Hurra. A zastanawiałam się nad podróżą następnym pociągiem, dobrze, że byłam przewidująca. Mają herbatę i suszarkę do włosów. Hostel jest jeszcze w budowie. Ma kilka gotowych pokoi. Za to pachną świeżością. Przeżyję. 


Rano idzie mi z taksówką znacznie lepiej. Na UAM tradycyjnie jest super, a mili studenci wyznaczają przedstawiciela, który z fasonem podwozi mnie po Galerię Avenida. Teraz to właściwe rozwiązanie. Mam dwie godziny na obiad i zakup nowej książki, bo tamtą zużyłam. Tym razem będzie Basza smaku i arabskie klimaty.


Pociąg ze Szczecina. Spóźnienie mniejsze niż 10 minut, jest trochę po 19.00. Oczywiście herbaty już nie podają, ale w przedziale cisza i spokój. Czytam. Podobno koło Łodzi jest jakiś pożar. Tradycyjnie, koło Kutna jest 1 tor. Trochę jedziemy, trochę stoimy, ciemno, do domu daleko. O czasie, zamiast Warszawy Zachodniej jest napis Gołąbki. Niby blisko, ale teraz to się już tylko toczymy. 


Chwilę wcześniej dokładnie w Błoniu dogania mnie SMS z Piastowa z życzeniami na Dzień Matki. Ciekawe, skąd moja córka wiedziała, że właśnie niedaleko przejeżdżam? Tradycyjnie PKP przeprasza, ale i tak na dworcu Warszawa Centralna jesteśmy prawie pół godziny po czasie. 23.00 i znowu przynajmniej część osób będzie miała kłopot z dojazdem do domu. Czy PKP, zamiast nas wiecznie przepraszać, nie mogło by po prostu trzymać się rozkładów jazdy. Przecież to nie pasażerowie te rozkłady układają.