Studio Sonoria

Wierna rzeka

Stan wojenny wstrzymał prace przy wielu filmach. Jednym z nich była Wierna rzeka (reż. T. Chmielewski, 1983, premiera 1987). Na piękny śnieg, który tak bardzo był potrzebny do nakręcenia całej początkowej sekwencji, można było tylko popatrzeć. Zabrali kamery. No potem oddali, ale śniegu wtedy już nie było. Film wrócił do zdjęć rok później, kiedy śnieg pojawił się znowu. 


Film był właściwie zmontowany, czyli wklejono brakującą sekwencję i mogliśmy przystąpić do pracy nad muzyką. Film produkowano w Łodzi i obowiązywała godzina policyjna, a więc można powiedzieć, że nasza wyprawa z Jerzym Dudusiem Matuszkiewiczem, na projekcję była bardzo trudnym przedsięwzięciem logistycznym. Musieliśmy dotrzeć tam i z powrotem w czasie dozwolonym i jeszcze zobaczyć film, który pokazano nam z przerwami co 10 minut (akty) w wydziale dźwięku. 


To była najgorsza możliwa prezentacja filmu. Z samymi dialogami, nagranymi na post synchronach i to jeszcze w kawałkach. Nawet dla zawodowców trudna do oglądania. Ale zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Kiedy po raz ostatni zapaliło się światło wszyscy mieli wilgotne oczy. Prawdziwy popis gry aktorskiej i niesamowita dojrzałość młodziutkiej wtedy osoby, adeptki dopiero próbującej się nauczyć zawodu aktora (F. Pieczka, O. Łukaszewicz i studentka I roku – M. Pieczyńska). Wiele osób nie jest teraz tego świadoma, bo na premierze filmu, Małgosia była już absolwentką Szkoły Teatralnej. Dziękowaliśmy wszyscy Tadeuszowi Chmielewskiemu za ten film i za te wspaniałe wzruszenie w bezdusznym stanie wojennym, który nas otaczał. 


Ja uwielbiam Stefana Żeromskiego (jako pisarza, bo człowiek to był nieszczególny, ale to dwie różne historie). Wszystkie jego książki czytałam z zapałem jeszcze w liceum i część nawet kilka razy. Oczywiście poza Przedwiośniem, które jest jakby z innej bajki i zupełnie nie zrobiło na mnie wrażenia. Wierna rzeka należała do tych szczególnych utworów, kiedyś zakazanych przez kościół, a więc z otoczką skandalu. Ale teraz to, co robiło największe wrażenie to walka o wolność, powstanie, okupant i obce wojska.  


Historia miłosna z powstaniem narodowym w tle, stawała się tak aktualna, a tekst Żeromskiego podawany przez aktorów, były właściwie tym, co każdy z nas czuł i chciał powiedzieć dzisiaj. Na szczęście dzielna władza nie miała czasu zajmować się wszystkim, więc nikt słuszny filmu nie obejrzał. Na razie. Dokumentacja wyglądała niegroźnie. Właściwie przez większość czasu na ekranie trójka aktorów. Małe, kameralne kino o zakazanej i zdeptanej miłości. Może nawet z odcieniem walki klas (ta niedobra arystokracja, zupełnie jak w Trędowatej) i z cieniem kościelnej cenzury (ten niedobry kościół katolicki, właściwie zabobon i tyle).


A więc pracowaliśmy. Po niesamowitej w swym nastroju projekcji, szybki obiad w bufecie i ponowne oglądanie filmu na stole montażowym, z reżyserem i kompozytorem. Już z dyskusją jaka muzyka? w których miejscach? co chcemy podkreślić albo wydzielić? i powrót do Warszawy, a po drodze dyskusja z Dudusiem, o tym co zobaczyliśmy i naszej współczesności. Kilka tygodni później nagranie z orkiestrą w Warszawie. Muzyki było nie za wiele. Jeden, za to piękny temat, który powraca do mnie mimo upływu lat i trudno go zapomnieć. A potem mój powrót do Łodzi z nagraną już taśmą i tym razem na kilka dni. 


Dziwna to była wyprawa. Mieszkałam w prawie pustym Grand Hotelu, a kierowca, który odpowiadał za moje podróże po Łodzi, głównie pilnował, żebym z jakimiś produktami na kolację i śniadanie dotarła do hotelu, przed godziną milicyjną. Miałam własną grzałkę, kubek i herbatę, a więc odprowadzona pod drzwi pokoju siedziałam zamknięta jak w więzieniu. Na szczęście większość dnia spędzałam w Wydziale Dźwięku łódzkiej Wytwórni z nieocenionym Markiem Denysem u boku (aż strach pomyśleć, jak dawno Ciebie z nami nie ma, mój drogi leśny dziadku, jak zwykłeś mówić o sobie). 


Dlaczego moja praca trwała kilka dni? Nie znam nazwiska operatora dźwięku, które pojawia się na www.filmpolski.pl. Może to nawet jest jakiś pseudonim, bo zadziwiająco nic o człowieku nie wiadomo. Wydawało mi się, że pracowałam z J. Blaszyńskim (Blachą), czyli moim byłym i ukochanym szefem. Pamiętam nawet rozmowy, czyli: 


 ja rozumiem, że ty awansowałaś, ale przecież jak byłaś asystentką to bardzo porządnie cię wszystkiego uczyłem, więc teraz przepisz sobie tak jak potrafisz muzykę do montażu, a jak masz jakieś nagrania, to weź sobie i to nagraj, bo ja mam teraz inne zajęcia, a zresztą po co mamy sobie siedzieć na głowie. 


Rzeczywiście sama przepisywałam materiały do montażu i sama nagrywałam jakieś muzyczne drobiazgi. Werble na pewno – czterech werblistów z Filharmonii Łódzkiej, którzy przybiegli zaraz po próbie ze sprzętem grającym. Z Blachą co rano piłam za to kawę i odwiedzałam studio w którym nagrywał efekty synchroniczne. Generalnie przychodziło do Wytwórni wielu znajomych, popatrzeć na desant z Warszawy, bo się z rok nie widzieliśmy. No i nie było za dużo roboty.


Ostatni akt naszego spektaklu pod tytułem Wierna rzeka rozegrał się w Warszawie. Odbyła się kolaudacja w ministerstwie, tylko że po kolaudacji zniknęła kopia filmu (jedyna), a także nie było protokołu. Czyli nasz status jako ekipy można było określić jako kolaudacja w toku. Miało to mocny wydźwięk finansowy. Kolaudacja owocowała wypłatą ostatniej, 20% części, umowy z filmem, a przede wszystkim wypłatą nagrody, która mogła wynosić nawet 100% umowy, jeżeli film uzyskał 1 kategorię artystyczną. 


My nie dostaliśmy niczego, a zważywszy, że od półtora roku robota szła mizernie na wszelkich frontach, każda złotówka była bardzo cenna. Niewątpliwie ważniejsi ode mnie próbowali zmiękczyć ministerstwo, bo jakiś czas później zadzwoniono do mnie z prośbą o przygotowanie metryki, czyli spisu muzyki do filmu, bo kolaudację zakończono (przypuszczalnie z niską kategorią artystyczną, ale nie pamiętam jaką). W tym celu mam odebrać kopię filmu z Ministerstwa, zmierzyć i sprawdzić wszystko, co dotyczy muzyki i w ciągu 4 czy 5 godzin oddać z powrotem do depozytu, bo status filmu, jako „półkownika”, nie ulega zmianie.


W zaistniałej sytuacji postanowiłam być dzielnym rewolucjonistą. Pobiegłam do zaprzyjaźnionej produkcji Henia Romanowskiego i wspólnie uknuliśmy spisek. Do Ministerstwa zawiozła mnie produkcyjna taksówka. Odebraliśmy cenną przesyłkę do rąk własnych i wróciliśmy do WFDiF. Tylko pudełka zamiast do montażowni trafiły do sali projekcyjnej z zaufanym operatorem projektorów. Publiczności było 15-20 osób, także zaufanych. Przekazaliśmy: – Musicie dobrze zapamiętać co widzieliście, bo nie wiemy, kiedy ten film ujrzy światło dzienne. 


Po 10 minutach z pierwszą rolką poszłam do montażowni i zaczęłam pracę nad metryką. Projekcja trwała ok. 2 godzin, a ja skończyłam moje obmiary godzinę później. Jak gdyby nigdy nic wsiadłam w produkcyjną taksówkę i pognaliśmy do ministerstwa. Cała akcja trwała niewiele ponad 4 godziny, czyli tak jak zaplanowały najwyższe czynniki. Film wrócił do aresztu, ale widziało go już więcej osób niż dotychczas. Oczywiście na projekcji nie było pana Tadeusza, ale był z nami w zmowie i bardzo się ucieszył. To był dla niego raczej niewesoły czas, a więc i nastrój miał mało komediowy. 


A przecież większość widzów tak go właśnie pamięta. Sztandarowa produkcja to Jak rozpętałem druga wojnę światową i przygody Franka Dolasa. To jeden z tych filmów, który śmieszy mnie niezmiennie. Na cześć Kazimierza Rudzkiego w domu moich rodziców na herbatę mówiło się „farfoklok” (five o’clock). Wymyślił to mój tata, któremu udało się przekonać dwie nieletnie latorośle (uczyłyśmy się rosyjskiego), że tak to właśnie brzmi po angielsku. A scena z Ludwikiem Benoit’em w greckiej tawernie, Grzegorz Brzęczyszczykiewicz i skok na spadochronie prosto do muszli klozetowej (w kinie spadłam z krzesła ze śmiechu). No i piosenka w wykonaniu Andrzeja Żarneckiego Róża czerwono, biało kwitnie bez, oczywiście z muzyką J. Matuszkiewicza. 

W 1987 r. Wierną rzekę odwieszono i wtedy od razu film wygrał Festiwal w Gdyni. Nie miał konkurencji. Dla mnie jest to na zawsze film bezkonkurencyjny, a może najważniejszy w moim zawodowym i nie tylko zawodowym życiu. Ostatnio ktoś (Wojciech Karolak) przy jakiejś towarzyskiej okazji, zapytał, czy znam muzykę z Wiernej rzeki? Bo on dostał komplet wydanych płyt z muzyką Matuszkiewicza i nie może przestać jej słuchać. Nie przypuszczał, że Duduś coś takiego napisał Odpowiedziałam: – Tak znam i to jest najpiękniejsza muzyka, którą mogłam nagrywać i montować. 


W którymś momencie Tadeusz Chmielewski został szefem Zespołu OKO i wtedy spotykaliśmy się częściej, kiedy przychodził dopracowywać filmy ze swoimi podopiecznymi. Był bardzo wymagający i sumienny w tej pracy. U niego w Zespole (wtedy już Studio OKO) pracowałam nad Smacznego telewizorku (reż. Paweł Trzaska, 1992), Show (reż. Maciej Ślesicki, 2003). Zawsze potrafił zachować kulturę i trzeźwość w podejmowanych decyzjach. Lubiłam siedzieć w jego ciemnym (okna wychodziły na podwórko kamiennicy na ul. Puławskiej 61, czyli budynku Zespołów) gabinecie przy herbacie. Miał w sobie tyle spokoju i ludzkiej życzliwości. Nawet trudne chwile, były wtedy łatwiejsze.


Ostatni raz widzieliśmy się na festiwalu filmowym w Gdyni, na pokazie odrestaurowanej wersji kolejnego przeboju komediowego PRL Nie lubię poniedziałków (1971). To też taki film, co da się oglądać wielokrotnie, w całości, w kawałkach, a nawet w kawałeczkach. Kto nie pamięta sceny porannego powrotu do domu Bohdana Łazuki? Prowadzi go „wajha”, a może „rympał” (czyli korba do uruchamiania silnika w starych samochodach) i tramwajowa szyna. Zawsze śmiejemy się z panem Bohdanem, że gdyby nic mu się w życiu poza tą sceną nie udało to i tak by przeszedł do historii filmu. Sala pokładała się ze śmiechu. Starsi, bo śmieli się i z tego co się działo i na myśl o tym co za chwilę nastąpi. Młodsi, bo odkrywali kolejne polskie arcydzieło, o którego istnieniu nawet im się nie śniło. Piękna to była projekcja. 

Close Menu