Czas Komedy

Czas Komedy

Korzystając z kilku wolnych dni doczytałam do końca książkę Magdaleny Grzebałkowskiej Komeda. Osobiste życie jazzu. Cóż to za wyczyn? Zapraszam do lektury, a odpowiedź już po kilkunastu stronach przyjdzie sama. Czekałam na tę książkę, bo bardzo podobało mi się poprzednie dzieło autorki (Beksińscy. Portret podwójny). Lubię książki biograficzne, szczególnie, kiedy opowiadają o ludziach i wydarzeniach, które są mi znane osobiście, albo byłam blisko nich. Tym razem poszło chyba coś nie tak, bo podobne co mnie refleksje przyszły do głowy kilkorgu moim znajomym, głównie muzykom, fanom jazzu, jazzmanom, szczególnie, jeśli byli naocznymi światkami opisanej historii. Ja z książką walczyłam bite dwa miesiące. Nie, żebym czytała. Każdy spędzony nad nią wieczór owocował przerwą na inne materiały pisane i te wchłaniałam znakomicie. W sumie w między czasie przeczytałam 11 kryminałów, książek sensacyjnych, historycznych, rozpraw naukowych i zwykłych powieści obyczajowych. W końcu uznałam, że wstyd wchodzić w Nowy Rok z niedokończoną lekturą, szczególnie, że nie dobrnęłam nawet do połowy. W trzy wieczory uporałam się, ale nie mam poczucia sukcesu. Raczej targają mną uczucia ambiwalentne.


Komedy nie znałam, a jeżeli spotkałam go na ulicy (mieszkaliśmy blisko siebie), to nie zwróciłam na niego uwagi. Skąd miałam wiedzieć jak wygląda i że jest sławny? Nie było Internetu, ani innych form obrazkowych. Moja koleżanka wygłosiła płomienną mową na cześć twórczości Tadeusza Bairda, kompletnie nieświadoma że siedzi przed nią jako członek komisji egzaminacyjnej, a Andrzej Wajda mógł incognito targać ze mną pudełka z filmem. Stał facet koło kierownika produkcji Zygmunta Króla, to dostał swój przydział i poszedł z nimi do kabiny. Byłam nie tyle odważna, co nieświadoma, komu te pudła daję. Dziś nie do pomyślenia.


Wystarczyło następnych kilka lat, a już wiedziałam, że lubię film i jazz, a najlepiej, kiedy występują razem. Wtedy, Komeda już nie żył, ale wiedziałam kto to Krzysztof Trzciński. Znałam jego muzykę z płyt i polskich filmów fabularnych. Bez trudu ustaliłam, że Katarzyna Bovery śpiewa jego piosenkę z filmu Zbrodniarz i panna, a Edmund Fetting z filmu Prawo i pięść, no i była kołysanka z filmu Rosemary’s Baby. Były płyty. Prywatne, ale także w bogatej fonotece PWSM. Na Wydziale Reżyserii Dźwięku słuchało się wszelkiej muzyki, nie tylko poważnej. Nie było VHS ani DVD, ale w ramach studiów mieliśmy szansę zobaczyć największe dzieła z przeszłości kinematografii i filmy z muzyką Komedy były w tym bezcennym. Mieliśmy też zajęcia z aranżacji jazzowej i historii jazzu z Mateuszem Święcickim i to znakomicie dopełniło reszty edukacji. Samodzielnie kształciłam się też intensywnie. Już w klasie maturalnej uczestniczyłam w Jazz Jamboree, stałam się bywalcem klubów jazzowych, a w nowym pokoleniu jazzmanów pojawili się moi koledzy ze szkoły: Henio Miśkiewicz, Paweł Perliński, Wojtek Malina Kowalewski, Wojtek Gogolewski, Sławek Królik Kulpowicz, Andrzej Jagodziński (Jagoda), Zbyszek Jaremko, Czesław Mały Bartkowski. Uczestniczyłam w nagraniach płyt, podpatrując przy pracy ekipę prof. Janusza Urbańskiego (płyta Łucji Prus pod kierownictwem Jana Ptaszyna Wróblewskiego, z udziałem m.in. Włodzimierza Nahornego, Janusza Strobla) oraz nagraniach telewizyjnych i radiowych realizowanych przez Jacka Szymańskiego z big bandem radiowym  pod dyr. Andrzeja Trzaskowskiego. A były to złote lata tego big bandu. 


Po studiach rozpoczęłam pracę w filmie i zajęłam się konsultacją muzyczną, czyli nagraniami i montażem muzyki. W radio spędzałam 10 – 15 sesji na miesiąc, a przynajmniej połowa nagrań to była muzyka rozrywkowa. Big band radiowy grał teraz dla mnie. Oba środowiska: filmowców i muzyków to rozgadane towarzystwo, które uwielbia opowiadać o wszelkich wpadkach (konkurencji) i przewagach (własnych), co zawsze przypomina mi spotkania wędkarzy. Przebywając wśród takich opowiadaczy każdą historię słyszy się wielokrotnie, z różnych punktów widzenia i z pewną dozą konfabulacji. To ludzie nietuzinkowi, czasem dziwacy i oryginały, inteligentni, dowcipni, oczytani i bywali w świecie, a więc nigdy nie bywa z nimi nudno. Wiele historii staje się w kultowymi, podobnie jak lapsusy słowne i powiedzonka. To bogata tradycja wymyślania przydomków i ksywek, robienia sobie żartów, wystawiania do wiatru i nabijania w butelkę. W takim środowisku przebywam już ponad 40 lat. Poznałam wszystkich wielkich, z wieloma niejednokrotnie pracowałam i nadal pracuję, przynajmniej z kilkunastoma łączy mnie przyjaźń. Oni byli obecni także w życiu Komedy. Opowiadają o nim, a w ten sposób o swoim życiu i mnóstwie wydarzeń, które w różnych momentach i konfiguracjach zawodowych i towarzyskich, miały miejsce. Na takim tle książka jest bezbarwna i nudna, napisana przez szybę, bez znajomości specyfiki ludzi i wydarzeń, ale też jakby bez chęci poznania ich, oswojenia, zrozumienia. 


Pracowałam przy filmie Jazz na Kalatówkach (reż. R. Kaczmarek, 2018) w którym, pokazano świat jazzmanów przełomu lat 50. i 60. Było wesoło, dowcipnie, z rozmachem i talentem. Wydarzenia są te same, często cytowani są ci sami ludzie, a z książki wieje nudą i smutkiem. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego nie zapytano także tych innych, którzy występują w filmie lub pojawiają się na kartkach książki jako wielcy nieobecni. Pojechali, zdemolowali, upili się, trochę pograli, potańczyli. A przecież, jak opisując film zapowiadają redaktorzy www.filmpolski.pl: To były czasy, gdzie w sumie jazzmanów może było około trzydziestu. Była to elitarna grupa….. Jazz to było pragnienie wolności. To był sen o Ameryce. To był sen o niepodległości. To był zryw młodego pokolenia. Jazz był takim elementem, który nas jakby wiódł ku naszym ideałom. Ideałom życia w wolności, w demokracji, w wartości jednostki. Poprzez wspomnienia żyjących uczestników pierwszego Jazz Camping Kalatówki z 1959 r., a także kolejnych zjazdów oraz nagrania archiwalne: filmowe i audio, fotografie, plakaty i muzykę odtworzy historię spotkań jazzowych na Kalatówkach, film przypomni początki jazzu katakumbowego w pierwszej połowie lat 50. Dokument przedstawi dwa legendarne zespoły muzyczne: Hot Club Melomani i Sekstet Komedy. Przywoła atmosferę artystyczną epoki odwilży po 1956 r., kiedy to rozkwitły kluby i teatrzyki studenckie, nastąpiła fascynacja jazzem.


Autorka nie zauważa właściwie tych dwóch epok. Czasu kiedy jazz był zakazany i podziemny, a potem, kiedy po 1956 r. obudził się i rozkwitł. Pracowałam przy filmie Ekscentrycy (reż. Janusz Majewski, 2015). Wtedy przeczytałam i zobaczyłam wszystko, co mogło mi temat przybliżyć. Jest takich różnorodnych materiałów może nie za wiele, bardzo nieuporządkowanych i rozsypanych po różnych miejscach, ale są. Z bibliografii wynika, że autorka też do nich docierała, ale może: nie czuła tej szczególnej temperatury, nastroju, specyfiki? A może problemem jest zbyt formalne podejście, które każe jej raportować wydarzenia, chociaż nic więcej, albo niewiele ani o wydarzeniu, ani o udziale Komedy nie wiadomo? Może za dużo jest niewielkich i niewiele znaczących epizodów, a umykają i nie są wypunktowane te ważniejsze? Tworzy się chaos i wrażenie, że wszystko się powtarza. Bardzo mylący i utrudniający chronologiczne ułożenie sobie wydarzeń jest podział na rozdziały i podrozdziały, którego nie odwzorowuje spis treści (wszystkie są zapisane tą samą czcionką i nie wiadomo, który tytuł jest główny). Wydarzenia nie są ułożone chronologicznie. Czytamy o nowym BMW, a za chwilę o zaletach i wadach VV, który był poprzednio. Jest rok 1967, a za chwilę opis wydarzenia, które było kilka lat wcześniej. Ja mam przewagę nad zwykłym czytelnikiem, bo wiem znacznie więcej. Czytając zastanawiałam się, jak bardzo gubi się szary człowiek, skoro ja mam takie trudności? Niczego nowego się z tej książki nie dowiedziałam, za to wielokrotnie budziła moje najszczersze zdziwienie.


Pracowałam przy filmie Jerzego Skolimowskiego Ręce do góry (1967/1981/1985). Nie w roku 68, ale wtedy filmu nie skończono. Nie odbyła się ostateczna kolaudacja, ocena i zamknięcie produkcji, czyli negatyw obrazu i materiały dźwiękowe do zgrania filmu przechowywano. W 1981 r. dokręcono prolog – część współczesną (to pozwalało ekipie wypłacić większe honoraria), a stara wersja filmu została skrócona i przemontowana. Ja zajmowałam się muzyką napisaną przez Józefa Skrzeka i udostępnioną przez Krzysztofa Pendereckiego, a także kompilowałam muzykę Krzysztofa Komedy Trzcińskiego, tak aby nadal miała swoje właściwe miejsce. Taki film pokazano w Cannes, ale za chwilę był  stan wojenny i do kin film wszedł cichutko, dopiero w 1985 r. już bez nowej części, a w jakiej wersji części starej – nie wiem. Dysponowałam tylko materiałami magnetycznymi na taśmie 35 mm. To, co daliśmy radę (problemem była deficytowa i droga taśma magnetofonowa) skopiowaliśmy i przekazaliśmy fonotece WFDiF. Oryginał nagrania Krzysztofa Komedy zaginął, a raczej na użytej wtedy taśmie magnetofonowej nagrano kolejną muzykę do jakiegoś filmu, a ja musiałam te jedyne istniejące taśmy pociąć i „pomontować”. 


Wtedy poznałam Zofię Trzcińską, która awanturowała się (najłagodniej mówiąc) o ponowną wypłatę pieniędzy za muzykę męża. Na moje szczęście jej przeciwnikiem nie byłam ja, a Tadeusz Karwański, doświadczony kierownik produkcji. Spotkanie było dla mnie szokiem, a wszystkie kolejne próby umieszczenia muzyki Komedy w filmach, kończyły się całkowitym fiaskiem. Czy tak należy rozumieć dbanie o spuściznę po Krzysztofie Trzcińskim? Liczyła się kasa, duże pieniądze. Nie tylko ja nie umiałam nic uzyskać. Świadczy o tym lista filmów, w których po śmierci kompozytora wykorzystano jego muzykę, a raczej jej skromność. Zmiana nastąpiła dopiero, gdy w imieniu Tomasza Lacha (syna Zofii z poprzedniego małżeństwa) występuje prawniczka, która łączy pozyskiwanie dochodów dla swego klienta ze znakomitym rozeznaniem w twórczości kompozytora i możliwością pozyskania nagrań, a przede wszystkim z realiami. Oboje nad tym pracują.


Myślę, że ta książkowa postać najbardziej odbiega od tego co pozostało w pamięci wszystkich którzy ją znali. Może zbyt wielki wpływ na autorkę miały pamiętniki żony kompozytora i świat jaki ona próbowała w nich przedstawić? To nie była miła, sympatyczna osóbka. Była zaborcza, arogancka, czasem wulgarna i ordynarna, szczególnie jak się upiła, a od pewnego czasu piła bez przerwy. Mówią o tym rozmówcy autorki, ale starają się być delikatni, a więc problem, który był główny, staje się poboczny. Chciała być zawsze w centrum uwagi. Próbowała wszystkim narzucić swoją wolę, a męża odciąć od środowiska i całkowicie zdominować. Nie pozostawiała mu żadnej swobodny. Nie odstępowała na krok. Nie była ani specjalnie wykształcona, ani inteligentna. Była sprytna. Jej plan na życie był taki, że na barkach skromnego, niezwykle uzdolnionego człowieka zbuduje swój sukces. I była w tym bezwzględna. Przez nią z zespołu odchodzili muzycy i działo się to bardzo szybko. To był jeden z powodów ucieczki Krzysztofa Komedy. Nie chciał jej skrzywdzić, próbował zabezpieczyć finansowo, ale żyć w takim terrorze dalej nie chciał i nie mógł. Może gdyby nie szaleńczy wyjazd z nieprzytomnym kompozytorem do Warszawy, udało by się go uratować? Największe wrażenie zrobił na mnie rozdział Nagranie. To jest jej punkt widzenia i przekonanie, że to ona rozdaje karty i jest najważniejsza. Mówi rozgoryczona, bo w USA już dla niej miejsca jako agentki i przewodnika męża nie było. To, co wydarzyło się w USA oraz choroba lub śmierć męża grzebało na zawsze jej marzenie o wysokiej pozycji, którą dzięki mężowi planowała uzyskać. Brak jest wcześniej takiej przeciwwagi i spojrzenia innych na Zofię Trzcińską, która swoją wielkość starała się podkreślić wszelkimi siłami, równiież używając jako nazwiska przydomka Krzysztofa Komedy.