Potem nastąpi cisza

Potem nastąpi cisza

W związku z rozpoczętą kilka lat temu wielką akcją rekonstrukcji polskich filmów nieco częściej zaglądamy do archiwów. Takie buszowanie po starociach to duża frajda, a ja w poprzednim wcieleniu chyba byłam archiwistą, albo archeologiem, bo wszystko co pochodzi z dawnych czasów bardzo mnie fascynuje. Często mniej radosne są wyniki takich poszukiwań. Zawsze wtedy doznaję bolesnego zawodu, że coś przeminęło bezpowrotnie i tymi refleksjami chciałabym się podzielić.

Pracujemy w pocie czoła nad nowymi filmami i nikt z nas nie zadaje sobie pewnie pytania: co poza przygotowaną na premierę kopią po tych wszystkich wysiłkach zostaje? Kiedyś były bardzo restrykcyjne w tym względzie przepisy, a więc przyzwyczailiśmy się, że jakoś to wszystko co ważne, jest składowane w bliżej nieokreślonych magazynach. Istnieje też przekonanie, że najgorzej zarchiwizowanym okresem jest początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy filmy zaczęli produkować młodzi i niedoświadczeni prywatni producenci, ale nie wiadomo co w pozostałych okresach oznacza lepiej. Przede wszystkim oznacza bardzo różne rzeczy.

Mówiąc o archiwizacji mamy przede wszystkim na uwadze kopie filmowe, negatywy obrazu i dźwięku oraz dźwięk zapisany na taśmach magnetycznych i tzw. ton międzynarodowy czyli taśmę dźwięku bez dialogów (IT lub TM), a czasem dwie taśmy efektów i muzyki (E&M). A przecież mogło i powinno się archiwizować wiele innych elementów. Na pewno teraz, kiedy rekonstruujemy historyczne już dokonania widać, że operatorom dźwięku bardzo przydały by się same dialogi, sama muzyka, a najchętniej także rozłożone na warstwy efekty, no chociaż efekty synchroniczne osobno. Była też kolejna generacja źródeł, a więc tzw. taśmy wąskie z dialogami, a przede wszystkim radiowe nagrania muzyki i partytury. Ale nie ma.

Po raz pierwszy stanęłam twarzą w twarz w brutalną rzeczywistością, kiedy jako konsultant muzyczny trzeciej edycji serialu 07 zgłoś się w reż. Krzysztofa Szmagiera, chciałam ponownie nagrać muzykę do czołówki, bo po kilku latach leżenia i używania taśma lekko się w tym miejscu zużyła. Tych lat, okazało się więcej niż pięć, a więc archiwum odpowiedziało, że wszystkie materiały finansowe zdeponowane przez produkcję zniszczono. Wśród tych materiałów była podstawa wypłaty dla kompozytora, czyli jedyny egzemplarz partytury i podstawa wypłaty dla kopisty oraz podstawa do sprawdzenia wypłat dla muzyków, czyli wszystkie nuty dla orkiestry. Teraz zrobienie kserokopii partytury nie jest problemem, wtedy ręczne sporządzenie duplikatu było sporym wydatkiem, a więc zła wiadomość pierwsza. Do lat 90. partytury filmowe w większości nie istnieją, a potem są tylko, jeżeli je ktoś prywatnie przechował.

Nut dla orkiestry, to tym bardziej można szukać do woli. Tyle tylko, że kopiowanie nut, chociaż żmudne, jest łatwiejsze do ponownego wykonania. Odtwarzanie partytur to nie spisywanie tekstu ze słuchu, a wyżyny sztuki cyrkowej, rzecz niewykonalna dla większości, znakomitych nawet muzyków, a więc niezwykle kosztowna. Ten stan rzeczy nie pozwala takiej muzyki nagrać ponownie, a jeżeli organizowane są koncerty z muzyką filmową, to każdorazowo ze słuchu odtwarza się niezbędne fragmenty i na nowo instrumentuje. Dokumentami finansowymi były też umowy, wypłaty i listy muzyków biorących udział w nagraniach, a więc zła wiadomość druga. Jeżeli chcemy takie stare nagranie wykorzystać powinniśmy zapłacić prawa wykonawcze. Tylko nie wiadomo komu. W takiej dramatycznej sytuacji już łatwiej spisać nuty i rzecz na nowo nagrać.

Inne moje spotkanie z zamierzchłą przeszłością, to próba dokończenia rozpoczętego w 1968 r. filmu Ręce do góry w reż. Jerzego Skolimowskiego i wiadomość, że taśma z nagraniem muzyki nie istnieje, a wszystko co znaleziono to zmontowane do starej wersji obrazu kopie na taśmie magnetycznej 35 mm. Czyli nie jest to cała nagrana muzyka, ale pewien wybór poddany dodatkowo montażowi. Wtedy myślałam, że to przypadek. W WFDiF, której byłam pracownikiem skrupulatnie archiwizowano tzw. taśmy wąskie z muzyką do filmów. Tu trafiały też taśmy z muzyką do filmów z innych wytwórni, jeżeli operatorem był ktoś z naszych pracowników, lub, jeżeli zakupiono ją do zbioru dla potrzeb opracowań muzycznych.

Niestety nie była to praktyka powszechna. Mogłam się o tym przekonać, kiedy w latach 90. powstawały płyty z muzyką filmową kilku kompozytorów (Soundpol i Olimpia) oraz płyty z piosenkami z polskich seriali (Pomaton). Poszukiwania materiałów trwały wiele miesięcy, a miejsca w których znajdowaliśmy kopie różnych fragmentów były nieoczywiste np. redakcje i fonoteki Polskiego Radia i Telewizji, Polskie Nagrania. Poza WFDiF taśm oryginalnych w kinematografii i Poltelu (wytwórnie filmów telewizyjnych) nie odnaleziono. Natomiast w Łodzi udało się znaleźć tony muzyczne, lub zmontowane taśmy 35 mm, tylko że były to już kolejne, a więc bardziej szumiące kopie i nie wszystkie. Trochę takich taśm znaleziono też we Wrocławiu, ale braków było jeszcze więcej. Muzyka na tych taśmach była montowana i zgrywana z dwóch taśm. A więc trzecia zła wiadomość. Materiały muzyczne w kinematografii są bardzo niekompletne, a stan ich jest ciężki.

Około przełomu wieków, był też pomysł, aby najcenniejsze filmy zrealizowane w systemie TODD-AO (sześciokanałowy format z lat 50/60 w którym zrealizowano ok. 15 polskich filmów) odnowić i pokazać jako bardziej współczesne. Zaczęto od Ziemi obiecanej. Mimo problemów z negatywem, który był uszkodzony i trochę inny od kopii, którą dysponowaliśmy rekonstrukcja obrazu udała się lepiej. W dźwięku napotkaliśmy na same kłopoty. Nie znaleziono oryginału muzyki, ani dialogów. Zachował się kompletny RR oraz większość, ale nie wszystkie taśmy z efektami i zgraną muzyką. To spowodowało, że np. nie można było poprawić asynchronów w dialogach. Ogrom pracy włożony w rekonstrukcję i poprawę jakości brzmienia przy porównaniu z oryginałem jest słyszalny, ale bez synchronicznego dialogu film w wersji Dolby Digital okazał się kosztowny, ale mało efektowny. Dopiero grzebiąc w tych pozostałościach można było usłyszeć, jaka przepaść techniczna nas dzieli i ile jest do zrobienia, aby stary film brzmiał archaicznie, ale jednak po liftingu nie raził nadmiernym szumem i zniekształceniami.

Współczesną rekonstrukcję Ziemi obiecanej z sukcesem przeprowadzono, ale korzystając z materiałów monofonicznych. Z odnawiania innych dzieł w formacie TODD-AO zrezygnowano. Całkowicie z prac nad dźwiękiem zrezygnował producent kolorowych wersji Samych swoich i innych komedii Sylwestra Chęcińskiego. W tym przypadku nie znaleziono nawet kompletnego RR. To także zła wiadomość. Nasze archiwa, nie są kompletne, jeżeli chodzi o materiały wyjściowe, ani tony międzynarodowe, które często są warunkiem do sprzedaży filmów zagranicę. Często zaginął też RR. Pracując nad rekonstrukcjami polskich filmów wielokrotnie jako jedyny materiał dźwiękowy otrzymujemy negatyw lub zniszczony eksploatacją pozytyw światłoczułego dźwięku zapisany na odnalezionej kopii eksploatacyjnej.

Oczywiście teraz sytuacja może wyglądać jeszcze gorzej. Producenci żałują pieniędzy na wieczystą archiwizację materiałów wyjściowych, często dopiero przy sprzedaży filmu okazuje się, że czegoś brakuje. Na szczęście powstały przepisy, które nakazują produkcjom dofinansowanym przez PISF pewne minimum materiałów wieczyście przechowywać. Niektóre firmy owładnięte pasją zbieraczy archiwizują materiały dla siebie. Tak robię ja i niewiele innych podobnych miejsc. Ratowałam już producenta, który zgubił ton międzynarodowy. Niektórzy producenci wiele razy wracają, gdy potrzebują materiałów do DVD, sprzedaży filmu itp., bo nigdy tego nie zachowali. Archiwizuję za darmo i tak jak w danym momencie potrafię. Materiały komputerowe nie są tak pewne jak tradycyjne. Zmieniają się komputery i programy. Niektórych archiwaliów nie można już w zasadzie odtworzyć. Może taki zbiór również powinien być w PISF. Duplikacja nie jest trudna. Trzeba tylko wymyślić jakiś ponadczasowy nośnik i zapłacić za kopiowanie do takiego archiwum. Niewątpliwie światełkiem w tunelu jest norweski patent, archiwizacji cyfrowej na taśmie światłoczułej, wzorowany na zapisie Dolby Digital, tylko bez kompresji i całą szerokością taśmy 35 mm. Można tak archiwizować wszelkie materiały, np. dokumenty. Można by też zapisywać tak materiały dźwiękowe. Chyba warto.

Już dawno Stowarzyszenie Filmowców Polskich podjęło ważki temat narodowej spuścizny, jej archiwizacji i rzetelnej prezentacji. Uważamy, że nadzór nad wszelkimi operacjami na dziełach filmowych powinni mieć ich twórcy, przede wszystkim operatorzy obrazu i dźwięku i bez ich autoryzacji żadne prace nie powinny być wykonywane. W przypadku filmów starszych to środowisko powinno upoważniać uznane autorytety do reprezentowania twórców, którzy przed dziwnymi praktykami bronić się nie mogą. Można powiedzieć, że to się udało i każda rekonstrukcja ma swoich artystycznych nadzorców, a wszystkie kopie i formaty nowych filmów muszą być akceptowane przez twórców, którzy przy nich pracowali. Aż trudno sobie wyobrazić, że 20 lat temu mogło być inaczej.

Niedopuszczalne jest przekazywanie tych dzieł w złym stanie technicznym, jeżeli można go poprawić, a niestety przez długi czas ze zużytych kopii powstawały najpierw kasety VHS, a potem płyty DVD. I dotyczy to nie tylko polskiej kinematografii, ale także dzieł o formacie światowym. Osobiście posiadam kupioną za spore pieniądze kopię filmu Antonioniego Zawód reporter w stanie urągającym jakimkolwiek standardom. Kilka lat temu, na festiwalu w Cannes pokazano Kanał. Andrzej Wajda zachęcał Europę do archiwizowania i odnawiania naszego filmowego dziedzictwa. Jeżeli miarą naszych możliwości i wzorcem jak należy to robić ma być kopia, którą prezentował, to nam dźwiękowcom chyba pora umierać. Zrekonstruowano tylko obraz, nie tknięto nawet dźwięku. Nie było na to ani czasu, ani środków. Miejmy nadzieję, że to już przeszłość.

Warto też zainteresować się materiałami dźwiękowymi, które kryją archiwa. Nagraniami muzyki i historycznymi efektami dźwiękowymi, które nie powinny zaginąć, a raczej stać się bardziej dostępne dla miłośników dobrego klasycznego kina. Oczywiście problem z muzyka filmową jest szerszy. Jeżeli chcemy ja eksploatować, jako element samodzielny, trzeba uzyskać zgody, a często zapłacić kompozytorom, autorom tekstów do piosenek, a przede wszystkim wykonawcom o których najczęściej nic nie wiemy. Ale może znajdzie się jakiś sposób?