Mercedes w dowolnym kolorze

Mercedes w dowolnym kolorze

Opadł już kurz po Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 2019. Mogłam go obserwować jedynie z daleka, a nawet horyzontalnie, bo przykuta do łóżka. Miało to swoje wady, ponieważ nie mogłam zobaczyć nawet części filmów, które bym chciała, ale i zalety. Wysłuchałam wszystkich konferencji prasowych i relacji oraz przeczytałam wszystko, cokolwiek przy okazji napisano. Nigdy jeszcze nie byłam tak znakomicie poinformowana, a filmy…. sukcesywnie obejrzałam. Zresztą idziemy dalej, przed chwilą przyznawali Orły.

Oczywiście żałuję nieobecności, bo miałam marzenie, aby w Gdyni towarzyszyć Januszowi Majewskiemu przy wydarzeniach związanych z premierą Jego filmu: pt. Czarny mercedes. To dla mnie byłby zaszczyt, ale choroba pokrzyżowała cały misterny plan. Nie udało mi się także być na premierze w Warszawie, bo tym razem już chodzącą (choć ledwo żywą), los rzucił na nagranie do czeskiej Pragi z Cezarym Skubiszewskim i Robertem Glińskim. Przeżycie super, ale lepiej by było, aby nie wszystko działo się w tym samym czasie.

W Gdyni film przemknął trochę niezauważony i to zdziwiło mnie niezwykle. Wszyscy piszący i komentujący, skupiali się na podkreślaniu, jak świetnie jest zrobiony: klasycznie i rzetelnie, a zarazem barwnie i niesztampowo. Znakomita książka (Janusz Majewski) i na jej podstawie świetny scenariusz (współpraca Włodzimierz Kowalewski, autor Excentryków). Gwiazdorska obsada, a role, nawet te epizodyczne zagrane koncertowo (Andrzej Seweryn wzór kurwiarza, Andrzej Baranowski miłośnik bordografii). Scenografia (Andrzej Haliński), wnętrza (Inga Palacz), kostiumy (Ela Radke), dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Bajeczne zdjęcia Arka Tomiaka. Trudno nie zauważyć rzetelnej dźwiękowej roboty Krzysia Jastrzębia i Pawła Jaźwieckiego oraz ekipy (lista długa, ale zacna), która zadbała nawet o odtworzenie blaszek, w jakie wyposażano hitlerowskie oficerki, aby siały grozę dźwiękiem, a przy okazji nie pochwalić dzielnej ekipy muzycznej, której miałam przyjemność przewodzić: Kasi Figat, która wybrała i zmontowała muzykę ilustracyjną i Pawła Lucewicza, który dokomponował brakujące motywy tak, że powstała jednolita i bardzo ciekawa oprawa muzyczna. A przecież to nie koniec naszych dokonań, bo razem z muzyką wewnątrz kadrową, film ma muzyczne drugie dna, bardzo dopracowane. I to jest nasz wkład w wielowarstwowy, barwny przekaz. Dla jury film nie zaistniał. A może to tradycyjna klątwa ekipy wielkiego twórcy? – On już dostał wszystkie zaszczyty świata, a więc i im nic się już nie należy. Kiedy to piszę, film zszedł już z ekranów, a my właśnie realizujemy udźwiękowienie serialu. Mam nadzieję, że widzom nasza praca się spodobała i docenią tę koronkową robotę, która w serialu telewizyjnym musi być całkiem odmienna niż w filmie. W dodatku tak,aby widz w obu formach nie zauważył różnicy, a wrażenie odniósł podobne, choć po serialu jego wiedza będzie bogatsza. Jak to u pana Janusza, nie jest to kino dla masowego widza, a trochę dla koneserów i smakoszy, chociaż Zaklęte rewiry pokazały, że czasem grupa ta bywa liczna.

Niewiele ukazało się zawodowych recenzji, bo choć Łukasza Maciejewskiego uwielbiam, ale jak na całą krytykę filmową to trochę mało. Za to dużo jest recenzji internetowych i wypowiedzi blogerów, a te, jak to często bywa, są od Sasa do Lasa. W zeszłym roku dwukrotnie miałam do czynienia z dużą grupą przedstawicieli tej nowej profesji (bloger filmowy). W ramach paneli i spotkań na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie i na Festiwalu Filmowym Młodzi i Film w Koszalinie. Część dyskutantów pojawiła się w obu miejscach i słuchając ich odnosiłam wrażenie, że strasznie potrzebują się wybić i zindywidualizować, a walczą o to z poświęceniem wartym lepszej sprawy. Każdy może napisać gdzie chce, to co chce, nie ma żadnej weryfikacji opinii, a jedyną miarą sukcesu jest krwista dyskusja pod wpisem i aby tak się stało musi być skandal, zgorszenie, kontrowersje… To jest ich szansa na zaproszenia na premiery, czy do publicznych dyskusji. Czytam więc o seksizmie i wyśmiewaniu się z kobiet, lekceważeniu i dworowaniu z losu homoseksualistów. Im bardziej zażarta krytyka tym więcej błędów merytorycznych, pomylone daty, imiona bohaterów… Pojawia się błękitny policjant (Andrzej Zieliński jako męski wariant Marleny Dietrich) i to pokazuje jak powierzchownie i bezrefleksyjnie film oglądano. A może PRZEGLĄDANO? Odezwali się amatorzy projekcji na laptopie, w czasie kolacji, gatunek odbiorcy, wyjątkowo mi daleki i niewiele z prawdziwym filmem mający do czynienia.

Film jest sztuką złożoną, wielowarstwową i wielowątkową. Wymaga oglądania we właściwej scenerii i warunkach, a wtedy to, co przy przeglądaniu umyka, wypełnia opowieść treścią. Nie sposób tak poczuć atmosferę wielkich filmowych dokonań Bergmana, Antonioniego, Viscontiego…. Co innego w kinie. Wtedy nie jest za wolno, ani nudno, bo jest szansa, że zwrócimy uwagę na niuanse i dzięki temu przeżyjemy znacznie silniej i znacznie bogaciej zaoferowaną nam wysmakowaną rozrywkę. I takich odbiorców na szczęście także można wśród blogerów filmowych, zauważyć. Nie są bezkrytyczni. Mają wiele przemyśleń i uwag, ale jednocześnie doceniają to, co dla mnie w tym filmie Janusza Majewskiego najważniejsze: inne spojrzenie na wojnę, pokazanie zwykłego życia, które także wtedy się toczyło i całkiem nie wojennych problemów, w które uwikłani są nasi bohaterowie. Bo pan Janusz to reżyser nietuzinkowy i od zawsze odkąd pamiętam (czyli od 1976 r., kiedy po raz pierwszy, jeszcze jako studentka reżyserii dźwięku, pracowałam z nim), jego filmowe wypowiedzi mają swoisty wymiar elegancji i zamyślenia oraz skłaniają nas by na chwilę przystanąć. Nigdy nie jest do końca łatwo i prosto, ale zawsze jest to spotkanie z ciekawą opowieścią i ciekawym człowiekiem – jej twórcą. Wiele osób twierdzi, że Czarny Mercedes jest kryminałem. Dla mnie to film z gatunku noir i jeżeli tak się na tę historię popatrzy, wiele rzeczy układa się i znajduje swoje miejsce.

Dlaczego uważam, że ten właśnie film powinno się zauważyć bardziej? Przez całe moje dzieciństwo o II wojnie światowej opowiadano pokazując bombardowania, stada pędzących czołgów, ataki piechoty, zbrojne akcje podziemia, łapanki, rozstrzelania i obozy koncentracyjne. Już jako nieduża dziewczynka uznałam, że coś mi tu nie pasuje i zaczęłam zadawać pytania: jak wszyscy byli na wojnie, to kto mieszkał w domu? albo co robiły dzieci? Dopiero wtedy okazało się, że wojna miała jeszcze inne oblicza. Nie wszyscy byli na wojnie, w lesie lub w obozach koncentracyjnych. Życie wielu ludzi wyglądało podobnie jak przed wojną. Kochali się, gniewali, kłócili, dzieci się bawiły (np. jeździły na sankach) i psociły. Były kradzieże, bijatyki, nieuczciwi sąsiedzi, a także ludzie umierali z choroby lub starości. Komisarz Król mówi w filmie, że mniej było tylko morderstw, bo wojna wyczerpuje w ludziach atawistyczną potrzebę krwi. Z domowych opowieści wiem, że babcia szyła dzieciom kostiumy na bale przebierańców, piekła (nie wiadomo z czego) pączki na święto Trzech Króli. Sama starała się wyglądać modnie i szykownie. W mieście działała straż pożarna, a nawet strażacka orkiestra dęta, w której grał dziadek. Na wojsko był za stary, a moi wujkowie za młodzi. Tak było w pierwszych latach. Potem było co raz gorzej, ale nadal dzieci się bawiły, a ludzie głodniejsi i gorzej ubrani starali się żyć nie bacząc na wojnę. Każdy dom miał także swoje, niedostępne dla dzieci, wojenne sekrety i nie zawsze były to akcje zbrojne ani spektakularne wyczyny.

Taką wojnę pokazuje film Czarny mercedes. Mecenas (Artur Żmijewski) zachował mieszkanie, majątek, ma służącą (Natalia Rybicka). Prowadzi kancelarię, ma fachową, lekko egzaltowaną i elegancką sekretarkę (Sonia Bohosiewicz) i asystenta (Andrzej Mastalerz). Jak przed wojną. Nie walczy w akcjach ulicznych, ale wykorzystując swoją pozycję, pracuje dla podziemnej Polski i pomaga mieszkańcom Getta. W to tło, wkomponowana zostaje Żydówka (Maria Dębska), której mecenas udziela schronienia. Jego dom wydaje się przystanią bezpieczną. Kolejnym zabezpieczeniem jest przypadkowo poznany SS-man (Aleksander Milićević), arystokrata z Pomorza, człowiek obyty i wykształcony. Gdyby nie wojna, ci dwaj mogliby się zaprzyjaźnić. Kultura, znajomość języków, wiedza, wspólne pasje i zainteresowania. To inny obraz hitlerowca, niż te dotychczas nam znane. Koneser, miłośnik sztuki i pięknych kobiet (do czasu). Komisarz Król jest granatowym policjantem i specjalistą od zabójstw, jeszcze z przed wojny. On także pracuje dla AK, a jego pozycja, daje podziemnej organizacji wiele możliwości, podobnie jak pracującego dla niemieckiego komisarza tłumacza (Andrzej Szenajch). Kolejna nietuzinkowa postać to niemiecki śledczy (Bogusław Linda), a jego rozmowy z polskim kolegą i pomoc jakiej udziela niewinnej służącej, pokazują jak bardzo daleki jest od akceptacji toczącej się wojny, chociaż w niej uczestniczy.

To jakoś w Polakach zakodowano genetycznie, albo może metodą Goebbelsa wtłoczono w nasze umysły masowy udział rodaków w powstaniach Narodowych, walkę z bronią w ręku, bezgraniczne poświęcenie i pomoc Żydom. Tak jak teraz przekonuje się nas o masowym udziale w działaniach podziemnej Solidarności, a kombatantów zamiast ubywać, przybywa. Wszyscy poza nami wiedzą, że to jest świat nierealny, a my w większości bezkrytycznie wierzymy, że tak właśnie było. Polska to Chrystus Europy i Naród wybrany i cały świat powinien to docenić. Rozmawiałam po Gdyńskiej projekcji z przyjaciółką od lat mieszkającą w Niemczech. To było jej pierwsze wrażenie.

– Wreszcie film, który zrozumie ktoś poza Polakami. Opowiada zwykłą, prawdopodobną, ponadczasową i ponadnarodową historię. Polacy może tego nie docenią, ale ten film będzie pokazywany na świecie i zrobi dla naszych spraw więcej niż wszystkie wojenne filmy, które dotychczas w Polsce wyprodukowano.

Ja też tak sądzę. Ta wojna jest estetyczna, ale dalej okrutna. Film pokazuje straszne jej przejawy, ale nimi nie epatuje i nie domaga się wyjątkowego traktowania i chwały. Już kiedyś zwrócono nam na to uwagę, kiedy pracowałam przy międzynarodowej wojennej produkcji. Polacy chcieli koniecznie pokazać widzom film z wyzwalanego obozu koncentracyjnego, który pokazywano w naszym serialu amerykańskim żołnierzom. Wszyscy koproducenci byli przeciwni. Nasz serial Bonne Chance Frenchie, opowiadał o alzackim znawcy języków, którego wcielono do hitlerowskiego wojska jako tłumacza i wylądował na cofającym się froncie wschodnim. Nie umiał nawet strzelać, ale dla postronnych był niemieckim żołnierzem, musiał kryć się i uciekać. Drugą bohaterką była francuska szansonistka, a więc było dużo śpiewu i tańca, co nie przeszkadzało, że radosne piosenki (Eric Demarsan) mieszały się z realną grozą. Cała historia miała międzynarodowy wymiar, zrozumiały dla każdego i nie epatowano wielkim heroizmem, chociaż taką wojnę bez trudu można było odczuć i zauważyć.