Powrót

You are currently viewing Powrót

Po wakacjach w 1976 r. wróciłam ze Szwecji na Uczelnię spóźniona. Bo miałam dobrą pracę, ale też przez ostatnie tygodnie września nie mogłam dostać miejsca na promie. Ostatecznie wracałam promem ostatnim, już w październiku i zamiast w wykupionej kajucie, to na podłodze w zadaszonej części pokładu. Wcześniej przez miesiąc zastanawiałam się, czy wracać, bo roztoczono przede mną wizję intratnej roboty u piekarza czy cukiernika. Oznaczało to przerwanie studiów, ale też możliwość kupienia po powrocie własnego mieszkania, albo pozostania w Szwecji na stałe.


No i miałam problem. Na studia może by mnie i z powrotem przyjęto (musiałam dostać urlop dziekański), ale pobyt na stałe trochę mnie przerażał, szczególnie, że zdążyłam polubić już moją pracę w zawodzie wyuczonym i nie specjalnie miałam ochotę do końca życia pracować w tej cukierni czy piekarni, nawet gdybym kiedyś miałabym awansować na kierowniczkę czegoś tam. Ostatecznie nie wystąpiłam z prośbą o zgodę na przedłużenie pobytu, tylko się grzecznie spakowałam i jeszcze grzeczniej przespałam na tej podłodze podczas podróży promem.
 

Spodziewałam się oczywiście wydziałowej reprymendy, bo kiedyś dyscyplina na studiach była większa. Ale zamiast tego, sekretarka dziekana, pani Chabowska (blisko spokrewniona z egipskim sfinksem), o mało nie rzuciła mi się w ramiona: jak dobrze, że pani już jest, bo tu do nas z Wytwórni dzwonią i dziekan prosił, żeby pani tam natychmiast jechała, a ja już dzwonię, że pani jedzie. Chwileczkę! Ja wróciłam, żeby postudiować, w spokoju napisać świetną pracę magisterską….. No i się nie udało.


Oferta WFDiF była następująca. Dostaję umowę – zlecenie. W przyszłości, bliżej nie określonej, zamienioną na etat, a teraz pracuję w ramach zlecenia, a czasem dostaję dodatkowe umowy o dzieło, jeżeli będzie to praca „większa”. Oczywiście takich dzieł nie było czasami nawet przez dwa miesiące, a ja jeździłam na wszelkie możliwe nagłe zastępstwa po całej Polsce. Czasami nie wiedziałam nawet za kogo. Przeważnie były to filmy dokumentalne, albo tzw. produkcyjne, czyli robione na zlecenie zakładów pracy, jako ich wizytówka. Taka niby reklama, tylko przed kim skoro wszystko państwowe? 


Zwiedzałam: Włocławek, wsie białostockie, Gorzów Wlk., worek turoszowski, jakieś ruiny, nowoczesne budowy, rezerwat, Płock, Huta Katowice, i tak z małymi przerwami cały czas. Zwiedzałam głównie wielkie place budowy, a więc miasta w których bywałam, nie były istotne. Ważniejsi byli ludzie, ekipy z którymi pracowałam, bo w ten sposób krąg moich zawodowych znajomości szybko się powiększał. Co raz lepiej poruszałam się też po różnych wydziałach Wytwórni oraz miałam wreszcie jakie takie pojęcie o wykorzystywanym na zdjęciach różnorodnym sprzęcie. Moi nowi koledzy, asystenci operatorów obrazu, tłumaczyli mi zawiłości działania kamer, obiektywów, światłomierza. W wielokilometrowych podróżach Roburem, zwanym „Zemstą Hitlera”, w końcu każdy temat był dobry, a dla mnie była to wiedza szczególna, tak jak nie kończące się opowieści o filmowych przygodach.

 
Na szczęście przyszedł wreszcie czas na dzieło i to całkiem ciekawe. Moja była szefowa, Halina Paszkowska robiła film telewizyjny Ostatnie okrążenie (1h) w reżyserii młodego reżysera Krzysztofa Rogulskiego. Reżyser okazał się być mężem mojej koleżanki ze studiów, kompozytorki Eli Sikory, więc od razu poczułam się pewniej, a film opowiadał o ostatnich latach życia i śmierci Janusza Kusocińskiego. Oczywiście dotyczył czasów II wojny Światowej i okupacji. 


Połowa zdjęć była już zrobiona, zostały sceny w kilku lokacjach na terenie Warszawy. Mieszkanie biegacza na ul. Noakowskiego, więzienie na Pawiaku itp. Oczywiście miały wyjść setki, ale gdyby nie, nic się nie stanie, bo to fabuła. Bardzo przydała mi się ta dokumentalna rozgrzewka. Na planie filmu fabularnego było wręcz nudno. Wszystko ustalone, kilka razy spróbowane i potem kilka razy nakręcone. Kamera blimp 35 mm, super wyciszona i super ciężka, więc spokojnie zdążyłam być gotowa przed ekipą operatora obrazu (Jacek Prosiński). Oczywiście problemów z nagrywaniem nie było, szczególnie, że tak jak w moim poprzednim filmie w reż. Kazimierza Karabasza, towarzyszył mi niezastąpiony technik Todzia Ławnikiewicz.


Główną rolę w filmie grał Mariusz Benoit, syn Ludwika, wtedy jeszcze mało znany. Okazał się zdyscyplinowany, ale też bardzo dociekliwy. Wymagał wielu prób, ale znakomicie współpracował z naszym niedoskonały wtedy sprzętem. Pamiętam scenę w której chodził po pokoju dyktując (nie wiem komu) list. Oczywiście jeżeli mówił okręcając się, ja miałam martwe pole, które źle rejestrował mikrofon. Przekonałam go, żeby tak podawał tekst, aby na zakrętach tworzyła się naturalna przerwa (dokładnie tak, jak mój profesor Jan Szmańda wyćwiczył tekst z Aleksandrą Śląską, żeby nie szeleściła kartkami). W ten sposób nagraliśmy znakomity materiał. Partnerowała mu w roli matki Irena Laskowska. Dla mnie była to żywa legenda. Bo to ona przecież grała u Konwickiego w Ostatnim dniu lata. Okazała się skromna, urocza, życzliwa i perfekcyjnie przygotowana. Karnie powtarzała kolejne próby i duble. Bardzo mi się na tym planie podobało.


Po zakończeniu zdjęć dalej jeździłam przez chwilę po Polsce, ale potem mogłam już zająć się tylko udźwiękowieniem. Nie dość, że poznawałam kolejne etapy pracy nad dźwiękiem w praktyce, to jeszcze mi za to coś nie coś płacili. Oczywiście na spokojne studia miejsca nie było. Studiowałam trochę korespondencyjnie, ale był przede mną drugi semestr. Nagrywałyśmy z szefową post synchrony dialogów, gwary, wybierałam efekty i atmosfery, nadzorowałam pracę montażowni, a także sama trochę montowałam, bo od zawsze lubiłam. Ela napisała muzykę i byłam na nagraniu. Trafiłam też do Wytwórni w Łodzi na nagranie efektów synchronicznych u Zygmunta Nowaka. Wszystko było nowe i interesujące, a pobyt w Szwecji wydawał się co raz bardziej odległy i nierealny.


Prace przy udźwiękowieniu Ostatniego okrążenia, szły pełną para. Spędzałam w Wytwórni czas od rana do wieczora. Kanapki, obiad w stołówce, herbata w hektolitrach. Zimno i kto pamięta te czasy, raczej industrialne i mało przytulnie. Jedyną atrakcją była kupowana co kilka dni butelka Tokaju w sklepie po drugiej stronie ul. Chełmskiej. Dawkowałyśmy sobie trunek z umiarem, ale w towarzystwie naszej bliskiej sąsiadki Ani Wilskiej, która asystowała Eli Kurkowskiej przy Polskich drogach i też pracowała od świtu do nocy. Nasz film montowała Jagoda Leśniewicz, ale przy dźwięku pracowałam przede wszystkim z Kasią Maciejko, która potem zasłynęła znakomitym montażem filmów Pawła Łozińskiego. Niestety obie szefowe już nie żyją, także bardzo młodo odeszła Kasia. Za to my z Anią jesteśmy w stałym kontakcie, a wspominki pozostają dzięki temu wiecznie żywe.


Był to właśnie tokajowy dzień. Anka wróciła ze sklepu i próbowała otworzyć butelkę, ale jakoś nie szło. Postawiła butelkę na podłodze, pomiędzy nogami i wypięta w kierunku drzwi próbowała wyciągnąć korkociąg. Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich elegancki, przystojny pan, w wieku ok. 40 lat. 
– Dzień dobry, szukam Eli Kurkowskiej i podobno w tym pokoju jest jej asystentka.
– To ja
 – jęknęła Anka, dalej z butelką stojącą pomiędzy nogami. Wytłumaczyła co i jak. Pan podziękował i zaproponował ze spokojem, jakby chodziło o przesunięcie ciężkiego mebla:
 To może ja wam (wszystkie wyglądałyśmy na nieletnie) ten Tokaj otworzę, bo to rzeczywiście ciężko idzie.


Otworzył i poszedł. Zapanowało zamieszanie, pan dziewczynom najwyraźniej był znany, ale jakoś zapomniałam zapytać:  kto to? Oczywiście historia miała ciąg dalszy. Kilka dni później w drzwiach naszej montażowni stanął szef wydziału dźwięku z Łodzi, słynny Blacha, czyli Jerzy Blaszyński. Na szczęście Tokaju nie było. Jak byłam w Łodzi to mnie oczywiście zawleczono przed jego oblicze i przedstawiono, a tu okazuje się, że ma do mnie pilną sprawę i zaprasza do bufetu na herbatę. Przerażona poszłam. Sprawa okazała się następująca: Pan Jerzy zaczyna film Sprawa Gorgonowej z Januszem Majewskim i potrzebuje asystenta, który przez jakiś czas (!) byłby sam na planie. Przez tydzień czy dwa jest i tak głośna kamera, a potem BL (nowoczesna kamera Arrifleksa do nagrań 100%), ale wtedy to on skończy już zdjęcia z Jerzym Kawalerowiczem i będę mogła trochę nawet postudiować (rozmawiamy już o drugim semestrze). Na zdjęciach do Ostatniego okrążenia jego żona była dekoratorem wnętrz (Pani Lala) i bardzo mnie chwaliła.


– A Pan wie, że moje doświadczenie to ze dwa miesiące na planie filmów dokumentalnych i dwa tygodnie kameralnych 100% w fabule? Tak uprzedzono go, ale jakbym panikowała lub nie dawała rady, to ktoś by już dawno przyszedł do dysponenta z awanturą, a poza tym Halusia (H. Paszkowska) chwali mnie pod niebiosa. 


– Ciekawe skąd oni wszyscy tacy wyrywni? Tego nie powiedziałam, ale pomyślałam. No i największy problem jest taki, że udźwiękowienie będzie w Łodzi, a poza nim, to chce mnie zatrudnić Andrzej Bohdanowicz, a jego film jest w Warszawie. To rzeczywiście problem, bo to mój profesor i pewnie uważa, że ma pierwszeństwo. Ale dla mnie najważniejsze o czym jest ten jego film i z jakim reżyserem? Okazuje się, że Jan Łomnicki. Akcja pod Arsenałem.


Mówię: – To pan wygrał. Ja od wielu tygodni prowadzę przesłuchania na Szucha i na Pawiaku, katuję więźniów i marzę, żeby ta masakra się skończyła, chociaż film, który robię bardzo mi się podoba. Nie dam rady robić od razu następnego filmu o wojnie i sama pójdę to powiedzieć Andrzejowi.


W tej sytuacji poszliśmy do dysponenta (słynnej Pani Tereski) poinformować o podjętych decyzjach. Nie była zachwycona. Liczyła, że się przestraszę profesora, ale zagroziłam, że gdybym miała robić kolejna wojnę, to przecież mogę pójść studiować, bo nie jestem na etacie. Prawda? Prawda. Andrzej nie był zachwycony, ale zrozumiał.


Pozostałą wizyta w kierownictwie produkcji. Wchodzimy do pokoju, a tam siedzi miły, przystojny, elegancki pan koło czterdziestki, który umie otwierać korkociągiem Tokaj. Pan Jurek przedstawia mnie i na to słyszę: – Wprawdzie nas nie przedstawiono sobie, ale myśmy się spotkali, więc się już znamy. Cieszę się, że będziemy razem pracować. Janusz Majewski. No i pracujemy. Właśnie zaczynamy kolejny wspólny film. Kurtyna.