Chopin. Spotkanie ze Maurycym Schlesingerem

Chopin. Spotkanie ze Maurycym Schlesingerem
Chopin. Pragnienie miłości. Reż. Jerzy Antczak

Był to jeden z bardziej pieczołowicie przygotowanych scenariuszy, jakie w życiu widziałam. Jadwiga Barańska i Jerzy Antczak spędzili nad nim blisko 10 lat. Sami robili dokumentacje. Wczytywali się w różnorodne materiały, od historycznych po beletrystyczne. Oglądali filmy o podobnej tematyce i z podobnego okresu historycznego. Bardzo wiele słuchali muzyki, Chopina, jak i jego współczesnych. Wszystko to procentowało w trakcie realizacji, bo równie świetnie mieli zgłębiony temat jako reżyserzy filmu.

Ale i tak nie ustrzeżono się błędów, co tylko wzmacnia twierdzenie, że zawsze należy pokazać swoją pracę komuś, kto nie jest z nią dotychczas związany, a wtedy na pewno zada pytania, które wskażą braki, czy rzeczy niezrozumiałe. Taką osobą w wydawnictwach jest redaktor i wielu świetnych pisarzy podkreśla jak bardzo ważna jest to dla nich postać. Z uwagą czytam zawsze podziękowania i wiem, że to jest ta grupa czytelników, którzy pytali autora: Po co?; Dlaczego?; A skąd ja mam to wiedzieć?; Jak ja mam się tego domyśleć?

Dzięki nim takich pytań nie trzeba było zadawać później. Również wielu scenarzystów i reżyserów bardzo ceni sobie uwagi z jakimi przychodzą zapraszani do współpracy fachowcy. Są wnikliwymi czytelnikami tej trudnej formy, wprawionymi w jej rozumieniu i bardzo czujnymi. Szczególnie, że wiele elementów, które przy czytaniu przemyka bez konsekwencji, dopiero, kiedy trzeba nadać im kształt konkretnej dekoracji, dialogu, kostiumu, czy utworu muzycznego, pokazuje swoje nieprzystosowanie i błędy. Z takich względów konsultant muzyczny, powinien pojawiać się w filmie jak najwcześniej i wtedy może być, takim krytycznym i zadającym pytania czytelnikiem.

Wspominam, jak po przeczytaniu scenariusza Córek dancingu (reż. Agnieszka Smoczyńska,2015), zadzwoniłam do kierownika produkcji z uwagą, że zapomniano o czasie trwania umieszonych piosenek, a film będzie ze 20 – 30 minut dłuższy. Część piosenek jest formą dialogu, czyli trzeba je skondensować. W odpowiedzi usłyszałam: jesteś siódma.

Co oznaczało, że kolejne osoby zwracają na to uwagę. Nie było takiej analizy przy powstawaniu filmu Tryumf Pana Kleksa (reż. Krzysztof Gradowski, 2001). Niepotrzebnie nagrano kilka piosenek, a pozostałe nagrano za długie. Wykonano wiele zbędnych animacji, a wreszcie, wszystkie użyte piosenki straciły po jednej dwie zwrotki. Ich sens wypracowywaliśmy sztuką montażu i muzycznymi dogrywkami.

Najbardziej śmieszyło mnie zaginięcie w obrazie dwóch kur, które w otrzymanych po poprzednikach nagraniach, odgrywały głosowo ważne role. Musiałam je zastąpić kurczakami, które występują w obrazie, a także śpiewają część piosenki. Tylko, że nasz chórek przez pięć lat, jakie upłynęły od nagrań, zamiast dyszkantami, śpiewał już basem, a więc znalazłam nowe kurczaki i całą piosenkę nagrywaliśmy na nowo. Dobrze, że chociaż pan Kleks pozostał w poprzedniej formie.

W filmie Chopin. Pragnienie miłości, wraz z Martą Broczkowską, pojawiłyśmy się, gdy tylko scenariusz skierowano do produkcji. Dzięki temu mogłyśmy być przydatne w wielu newralgicznych momentach. Piotr Adamczyk rozpoczął naukę gry na fortepianie i słuchanie utworów, które miał w przyszłości wykonywać. Pracował z nim Maciej Majchrzak (syn Krzysztofa, operator filmowy, ale także absolwent studiów pianistycznych). Prowadziłyśmy poszukiwania (dublera) rączek i w tej roli wystąpił Paweł Mazurkiewicz. W filmie pojawiło się w niedużych rolach, ale wymagających gry na fortepianie lub poszukiwania kolejnych dublerów, dwóch aktorów po szkole muzycznej II stopnia. Dzięki naszym sugestiom wzięto ich pod uwagę przy castingach, a pomysł okazał się dobry. Byli to Michał Konarski w roli Liszta i Krzysztof Majchrzak jako Maurycy Schlesinger, wieloletni wydawca Chopina i całej czołówki klasycznych i romantycznych kompozytorów.

Jest w filmie taka scena, w której świeżo przybyły do Paryża Fryderyk (1830), pełen nadziei udaje się na spotkanie ze znanym niemieckim wydawcą, osiadłym w nad Sekwaną. Schlesinger działa już od lat 20. XIX w., a jego wydawnictwo jest ściśle powiązane z potężnym, berlińskim domem wydawniczym jego ojca. Możliwość wydawania u niego, to pierwszy krok w drodze do paryskich salonów. Chopin przynosi swoje etiudy i dowiaduje się, że utwory z których jest dumny, nie mają żadnej wartości. Wydawca jest biegłym pianistą, nie ma w zasadzie problemu z graniem tych utworów a’vista, ale szydzi z młodego kompozytora, który opuszcza go nie wydobywając z siebie ani jednego słowa.

Wcześniej jednak otrzymuje radę, aby te najeżone krzyżykami nuty zamienił na coś, co ludzie będą mogli zagrać lub z przyjemnością posłuchać. Gra mu nawet fragment takiego utworu – Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa. I tu zaczynają się schody. Pierwszy pytanie zadał podobno Jerzy Maksymiuk. Ja byłam druga. Oboje twierdziliśmy, że Strauss to raczej druga połowa wieku, ale oboje uzyskaliśmy pewną odpowiedź: muśmy sprawdzali, wszystko się zgadza.

Mieliśmy do rozwiązania mnóstwo innych problemów, przede wszystkim do nagrania mnóstwo playbacków, a więc Majchrzak/Schlesinger, który miał na zdjęciach wykonać wszystkie niezbędne w scenie fragmenty muzyczne na 100%, gdzieś zginął z mojego pola widzenia. Może dziś dla pewności zajrzała bym do Internetu, ale wtedy pozostawało wertowanie książek i encyklopedii. Zginął…, ale jednak nie całkowicie.

Pewnej nocy, tak z półtora miesiąca przed zdjęciami, przyśniła mi się scena z serialu Modrzejewska (reż. Jan Łomnicki, 1989) w której pierwszy mąż bohaterki (Krystyna Janda) Gustaw Zimajer (Marek Bargiełowski) razem z kolegą Konstantym Łobojką (Wojciech Alaborski) prowadzą szkołę tańca. Dzieje się to w 1857-1860 r. Wtedy miałam problem, bo liczono na Johanna Straussa i jego hity, a tymczasem on w Polsce nie był znany, byli z bratem na koncertach w drodze i z Petersburga, ale kilka lat później, a najważniejsze utwory jeszcze nie powstały (Nad pięknym modrym Dunajem – 1867). Ostatecznie wykorzystaliśmy istniejący już walc jego brata Józefa: Moje życie to miłość i radość, zakładając, że jakieś nuty z Wiednia mogły do Polski dotrzeć. Co więcej walce ciągle były nowością. A u nas w filmie jest rok 1830!

Nie bacząc na środek nocy wylądowałam natychmiast przy półce z książkami. I zrobiło mi się zimno. Johann Strauss (autor hitów) urodził się w 1825 r. Debiutował w 1844 r, czyli pomylono ojca z synem. Oczywiście walc, który miał być wykorzystany w scenie jeszcze nie powstał. Jakby tego było mało, to Johann Strauss ojciec także w Paryżu nie był jeszcze w 1830 r. znany. Pojawił się tam kilka lat później. Wtedy znany był już i Chopin i Liszt. Byli nawet na tym koncercie, ale wyszli przed końcem, bo uznali muzykę za zbyt prostacką, jak na ich wysublimowane gusta. Oczywiście Schlesinger mógł znać jakiś utwór Straussa ojca, ale nie mógł być to utwór powszechnie teraz znany, bo takich nie ma. Papcio skomponował jeden hit – Marsza Radetzky’ego, ale dopiero w 1848 r.

Rano zameldowałam się u państwa Antczaków. Rzeczywiście ich pomyłka, ale jednocześnie już były próby sceny i jest fantastycznie, czyli lepiej niczego nie zmieniać. Poza tym nikt się nie zorientuje. Obie z Martą byłyśmy innego zdania. Proponujemy przeszukanie zbiorów specjalnych Biblioteki Narodowej, bo pomiędzy klasycyzmem, a romantyzmem, był jeszcze barok i rokoko. Ta twórczość nie jest współcześnie znana, ale coś znajdziemy, pełnego ozdobników i bardzo niegustownego. Nie ma zgody. Poległyśmy.

Na nasze szczęście na planie poległa też dekoracja wnętrz. Generalnie do filmu wypożyczane były z Czech instrumenty, będące replikami, kopiami oryginałów. Ale w Muzeum na Rynku Starego Miasta w Warszawie był historyczny instrument w dobrym stanie, a więc nie pytając nas, postanowiono z niego skorzystać. Stroiciel, jak zawsze na takie 100% zdjęcia był zamówiony. Dramat zaczął się za chwilę.

Do nastrojonego instrumentu usiadł Krzysztof Majchrzak i od razu stwierdził (ma słuch absolutny), że instrument jest obniżony prawie o tercję małą. Nie jest w stanie na nim grać. Wszyscy czekają, przestrajamy instrument do współczesnego stroju, a potem co godzinę poprawiamy, bo stary instrument wraca do naciągu strun, do którego jest od ponad 150 lat przyzwyczajony. Również brzmienie instrumentu nie jest takie jakbyśmy chcieli, chociaż jest autentyczne. To instrument wiedeński, dźwięk jest szklisty i sprawia wrażenie pianina z kinematografu. Scenę kręcimy z ogromnym mozołem. I wiadomo, że musimy do fortepianu nagrać postsynchron.

Druga scena tego dnia to spotkanie z Rossinim i w niej mamy grającą atrapę fortepianu, a także playback. Chopin gra mistrzowi początek swojego koncertu. Piotr Adamczyk gra osobiście, Rossini (Paweł Szczęsny) jest zachwycony, bo on pierwszy w całym Paryżu poznał się na sztuce Chopina. Szkoda, że ta scena wypadła z ostatecznej redakcji filmu, bo bardzo ją lubiłam. Pokazała jednak różnicę w komforcie pracy całej ekipy i w ten sposób z naszego życia zniknęły wszystkie historyczne instrumenty oraz próby realizacji zdjęć z ich udziałem.

No i szczęśliwy finał. Na kolejnych projekcjach zmontowanego obrazu odzywają się nieśmiałe głosy: A to Strauss nie był późniejszy? A to Strauss był znany w tym czasie w Paryżu?

Wreszcie do całej ekipy dociera, że to pomyłka o blisko 40 lat i to w XIX w.. To tak, jakby jedna z aktorek pojawiła się w charakteryzacji i kostiumie z lat 60. czy 70. we współczesnym filmie. Chopin. Pragnienie miłości, ma wejść do światowej dystrybucji. To film muzyczny, będzie go oglądać wielu muzyków. Dotyczy wielkiego kompozytora, a pomyłka także dotyczy kogoś powszechnie znanego.

Dostajemy zgodę na grzebanie w zbiorach specjalnych. Marta spędza tam tydzień, a efekt jest słyszalny w filmie. Johann Strauss (syn) to może inny styl, ale jednak ktoś rangi The Beatles. Philomelen Walc C – dur op.82 nr 2 Johanna Straussa (ojca) to jego bardzo wczesna kompozycja. Cały odnaleziony zbiorek zawiera rokokowe miniatury, oczywiście wpadające w ucho, ale na tle romantycznej twórczości Chopina brzmiące jak disco polo. Przy okazji scena zmienia też charakter. Schlesinger jest osobą wyrobiona muzycznie. On chce Chopina obrazić. Gra utwór, który sam uważa za nic ważnego, a młodego kompozytora lekceważy… na razie. Za chwilę będzie z zapałem wydawać wszystkie przyniesione mu przez Chopina kompozycje.