Dotknąć absolutu

Dotknąć absolutu

Słuch absolutny, to cecha bardzo ceniona u uczniów szkół muzycznych. Takie osoby są najlepsze na solfeżu (zajęcia z kształcenia słuchu). Dostają piątki z dyktand (ćwiczenia z zapisywania nut ze słuchu). Idealnie stroją dźwięki grając na instrumentach (przede wszystkim strunowych). Potrafią bez trudu zapisać nie tylko melodię, czy melodię z akompaniamentem, ale cały rozpisany na orkiestrę utwór. Takim słuchem, ale także super pamięcią muzyczną był obdarzony Mozart, który już jako mały chłopiec, po jednym wysłuchaniu zapisał skomplikowany utwór chóralny.

Tylko pewien procent populacji ma taką zdolność i jest to dla tych ludzi stan naturalny. W sposób trwały zapamiętują wysokości dźwięków. Jeżeli są muzykami, to potrafią nadać im muzyczne nazwy. Mogą rozpoznać wysokość kilku jednocześnie brzmiących dźwięków i nie potrzebują do tego żadnych intelektualnych spekulacji (np. rozpoznawania interwałów i akordów niezbędna wszystkim pozostałym). Szacuje się, że tych zapamiętanych wzorców jest ok. 70, a tak naprawdę 12, bo reszta to powtórzenia. Niby nie dużo, ale jest przedmiotem zazdrości, czy złośliwych docinków (złote ucho) w stosunku do właściciela takiego słuchu. Reszta ludzkości ma słuch relatywny, czyli nazwać dźwięk, potrzebuje punktu odniesienia (kamerton).

Czy słuch absolutny jest to umiejętność częsta? U psów i kotów obowiązkowa, ale wśród ludzi już nie bardzo. Podobno dotyczy 1 na 10 tys. osób. Prawdopodobnie takich ludzi jest więcej, tylko, że jeżeli nie są muzykami, jest mała szansa, aby mogli to sami odkryć, czy mógł to ktoś inny zauważyć przypadkiem. Osoba zainteresowana, nie ma z kim siebie porównać, a więc myśli, że tak słyszą wszyscy. Trudno powiedzieć, że jest to przypadłość muzyków. Po prostu w tym środowisku częściej się ją identyfikuje.

Słuch absolutny (wysokościowy) nie oznacza wyjątkowych zdolności muzycznych, na które składa się wiele innych cech, takich jak wrażliwość na barwę dźwięków, inwencja artystyczna i wykonawcza, biegłość techniczna, pamięć muzyczna, ogólna muzykalność i wiele innych. Oczywiście znane są przypadki absolutów, którzy niczego w muzyce nie osiągnęli. Natomiast większość wybitnych muzyków, poradziła sobie z karierą, nie oglądając się na ułatwienie, jakim może być taki słuch, a jak widać nie musi. Mówi się też o słuchu absolutnym biernym (rozpoznawanie i nazywanie dźwięków według ich wysokości) i czynnym (możliwość wyprodukowania dźwięku o właściwej wysokości), a więc sprawność i precyzja posiadaczy tej wyjątkowej umiejętności także bywa różna.

Posiadanie słuchu absolutnego nie zwalnia z zajęć z solfeżu, bo trzeba go kształcić i gimnastykować. Bez trudu można sobie wyobrazić, że ktoś ze świetnie wyszkolonym słuchem relatywnym, jest bieglejszy w zadaniach muzycznych niż ktoś, kto zapamiętał kilkadziesiąt wzorcowych, ale nic ponad to. Po wielu latach ciągłych i intensywnych kontaktów z muzyką, wielu z nas zapamiętuje trochę wzorców, rozpoznając wysokość dźwięków granych na naszym instrumencie, słysząc tonacje, czy bezbłędnie rozpoczynając od dobrego dźwięku pieśń ze swojego repertuaru. Jeżeli nasza aktywność muzyczna maleje, także spada nasza biegłość i sprawność reakcji. Czyżby słuchu absolutnego można się nauczyć?

Od kiedy zauważono, że niektórzy ludzie słyszą inaczej niż cała reszta, zastanawiano się skąd się słuch absolutny bierze. Badania rozpoczęto w drugiej połowie XIX w., ale dalej jesteśmy w sferze domysłów. Najczęściej jako źródło takiej zdolności, wskazuje się otrzymane od przodków geny i kulturę w jakiej się wzrasta i rozwija. Niewykluczone, że wpływ na rozwój słuchu absolutnego ma jedno i drugie.

Mówi się, że to cecha rodzinna, ale jednocześnie są to z reguły rodziny parające się muzyką, czyli jest to też czynnik kulturowy. W innych rodzinach, nawet, jeżeli słuch absolutny występuje, to nie jest rozpoznawany. U muzyków stwierdza się słuch absolutny, ale jest to środowisko w którym łatwiej go zauważyć. Częściej taki słuch mają ludzie, którzy swoją przygodę z muzyką zaczęli bardzo wcześnie. Tak się częściej dzieje w rodzinach muzycznych, w których muzyka jest stałym elementem życia i dostęp do instrumentów muzycznych jest nieograniczony. Jednocześnie wczesne rozpoczęcie edukacji muzycznej nie gwarantuje słuchu absolutnego.

Badania mózgów wykazują, że ciało modzelowate, jest większe u muzyków niż u nie muzyków, a dodatkowo u osób dysponujących słuchem absolutnym, obserwuje się asymetrię prawej i lewej półkuli w obszarze odpowiadającym za percepcję mowy i muzyki (równina skroniowa). W żadnej innej specjalności nie zauważono tak istotnej różnicy w wyglądzie mózgu. Odkryto też, że muzycy już na poziomie pnia mózgu znacznie szybciej reagują na mowę czy muzykę niż inni śmiertelnicy. Wynika to z treningu i doświadczenia. Zaobserwowano zmiany w mózgu powstające z czasem i zależne od czasu rozpoczęcia edukacji muzycznej. Nawet krótki epizod muzyczny stymuluje zdolności matematyczne, werbalne i wizualno-przestrzenne.

Jest przypuszczenie, że człowiek rodzi się ze słuchem absolutnym, lub z takimi predyspozycjami (badania kilkumiesięcznych niemowląt wykazują wrażliwość na zmianę tonacji prezentowanej melodii) oraz pewną wrodzoną muzykalnością. Pomiędzy półkulami mózgu niemowlęcia jest wiele zbytecznych połączeń, które nieużywane zanikają, albo z czasem zostają wykorzystane do innego celu. Są wśród nich połączenia dotyczące słuchu, które np. zostają wykorzystane przez rozwijający się wzrok, a jeśli osoba jest niewidoma, to do rozwoju wzroku nie są potrzebne. Potwierdzają to badania. Słuch absolutny częściej zdarza się wśród osób niewidomych, ale też nie występuje powiększenie równiny skroniowej. Stwierdzono, że wśród niewidomych dzieci jest znacznie większe zainteresowanie muzyką, niż wśród dzieci widzących. 40-60% niewidomych uczniów szkół muzycznych ma słuch absolutny. Jest przynajmniej kilku światowej sławy niewidomych muzyków (Andrea Boccelli, Ray Charles, Jose Felliciano, Stevie Wonder, Mieczysław Kosz, Edwin Kowalik – startował w Konkursie Chopinowskim).

Przypuszcza się, że słuch absolutny może się ukształtować tylko do ósmego roku życia, podobnie jak zdolność opanowania obcego języka bez naleciałości. Zauważono, że częściej słuch absolutny występuje u osób posługujących się językami melodycznym (chiński, wietnamski), w których głoski wymawia się na różnych wysokościach i od tego zależy ich znaczenie. Częściej słuch absolutny miewają Azjaci, ale też z kultury dalekiego wschodu wywodzi się powszechny i wcześnie podejmowany udział w muzykowaniu. Wśród Azjatów wzrastających w kręgu kultury zachodniej, procent osób ze słuchem absolutnym jest podobny jak wśród rasy białej.

Czy słuch absolutny może być utrapieniem? Wielu ludzi wyobraża sobie, że taka osoba zamiast dźwięku słyszy jego muzyczną nazwę i nie może się uwolnić od ciągłego określania, że skrzypienie furtki to fis, a gwizdek czajnika to d. Na szczęście tak nie jest. Podobnie słuchając muzyki zawodowcy nie analizują dogłębnie jej formy, czy struktury harmonicznej. Prawdopodobnie takie osoby mniej kształcą swój słuch barwowy, harmoniczny, czy pamięć muzyczną, bo nie potrzebują się tymi elementami wspierać pisząc solfeżowe dyktanda. Mściwie, jako relatywni możemy powiedzieć: Widzicie. Zawsze jest coś za coś.

Na pewno słuch absolutny staje się ciężarem, jeżeli orkiestra w której gra muzyk stroi instrumenty nie na 440 Hz, a np. na 446. Jeszcze gorzej jest, gdy gramy w zespole instrumentów dawnych i wtedy strój a’ wyznacza nam np. flet barokowy (390, albo 385 Hz), barokowe skrzypce (strojone o ½ tonu niżej niż współcześnie), albo orkiestra gra w stroju Beethovenowskim nazywanym też Pitagorejskim (432 Hz). Są też stare, zabytkowe fortepiany, które potrafią być odstrojone nawet o tercję małą w stosunku do współczesnego a’.

Tak nastrojony był instrument, który dostarczono nam na plan filmu Chopin. Pragnienie miłości (reż. Jerzy Antczak, 2002). Miał na nim grać posiadacz słuchu absolutnego Krzysztof Majchrzak. Kompletnie nie dawał rady, bo skoro wiedział, że gra e’, a słyszał cis’, to za chwilę nie wiedział już ani co gra, ani jaki mówi tekst. Instrument usilnie przestrajano, ale bez rezultatu. W krótkim czasie struny wracały do swego naturalnego stroju, czyli stanu napięcia, jaki był dla nich właściwy przez półtora wieku. Może gdyby to były pojedyncze dźwięki szło by lepiej, ale on grał fragmenty etiud Fryderyka Chopina. Ostatecznie brzmienie fortepianu było tak rozpaczliwe, że całą scenę powtarzaliśmy w formie postsynchronów.

Absoluty zapamiętują bezwzględną wysokość dźwięku, ale jednocześnie dopasowują ją do obowiązującego w danym momencie wzorca i według wzorca nadają nazwy muzyczne konkretnym dźwiękom. Natomiast reszta ludzkości wzorca nie pamięta, a więc od wieków instrumenty dopasowywano do siebie tylko w ramach najbliższej okolicy, aby można było zestawić z nich zespół. Jakie były wzorce w starożytności nie wiemy, ale podobno a’ na 432 Hz ustali Pitagoras, bo jest to częstotliwość w przyrodzie wszechobecna. Tak szumią drzewa, strumyki, trzmiele…

Pomysł na ustalenie dźwięku wzorcowego a’ wydaje się stary jak świat, ale dopiero w 1834 r. przyjęto, że dźwięk a’ ma 440 Hz. Pierwsza umowa międzynarodowa dotycząca ujednolicenia stroju instrumentów powstała w 1850 r. i określała a’ jako 435 Hz. Potwierdziła to w 1859 r. Akademia Paryska, a w 1885 r. Międzynarodowa Konferencja Muzyczna w Wiedniu. Do tego czasu a’ oscylowało pomiędzy 390 a 475 Hz. Za najniższy uważany był strój wiedeński z a’= 434 Hz. W Paryżu i Londynie było to raczej 450 Hz. Najwyższy strój stosowano w Rosji, gdzie a’ było równe nawet 460 Hz. Naprawdę każdy stroił jak uważał, niezależnie od miejsca zamieszkania. W 1939 r. przyjęto a’ jako 440 Hz i teoria spiskowa mówi, że winien jest temu Joseph Goebbels, który kazał zastąpić muzykom łagodne brzmienie a’ = 432 Hz, dźwiękiem agresywnym, budzącym wściekłość i nastrajającym niemieckich nazistów do ataków na cały świat.

Teorią się nie przejęto i takie same ustalenia co do wysokości a’ = 440 Hz powtórzono w 1951 r. na Kongresie Muzyków w Londynie. W 1953 r. Międzynarodowa Organizacja Normalizacyjna nadała a’= 440 Hz normę ISO. Współcześnie są jednak tendencje do podwyższania obowiązującego a’ do 442,443, a nawet 446 Hz i zależy to od zwyczajów panujących w danej orkiestrze.

Ja najbardziej lubię metodę ustalania wzorców muzycznych przez starożytnych Chińczyków. Pierwsi władcy Chin ustalali dla muzyki podstawowy ton i wywodził się on nie z wysokości dźwięku, a z długości piszczałki z jakiej go wydobywano. Ton zmieniano przy zmianie dynastii, ale także zgodnie ze zmianą pór roku. Istniał także cesarski urząd do spraw muzyki, czyli była to sprawa ważna. Jednak nie oznacza to, że znano metodę strojenia, czy bezwzględnego określania wysokości dźwięku. Przeciwnie, nie zdawano sobie sprawy, z wpływu, jaki na wysokość wydobywanego dźwięku ma układ warg, czy przekrój piszczałki. Z badań wynika, że dźwięk wzorcowy oscylował wokół d.